poniedziałek, 9 lipca 2012

Epilog.


Rok później.
Dziś pierwsza rocznica mojej śmierci. Nie mogę uwierzyć, że minęło już 365 dni odkąd nie stąpam po ziemi tylko obserwuję wszystko z chmur. Tak, poszłam do nieba i zostałam aniołem, dzięki czemu mogę czuwać nad moimi bliskimi…
Początki były dla mnie bardzo trudne. Z trudem patrzyłam na żałobę rodziny, przyjaciół. Jednak to Nathan najgorzej to zniósł. Był czas, że przez prawie pół roku odwiedzał mój grób za każdym razem przynosząc mi pojedynczą, białą różę, a raz w tygodniu czerwoną. Spędzał na cmentarzu długie godziny prowadząc sam ze sobą monolog. Mówił wtedy jak cierpi, jak tęskni i jak bardzo mnie kocha. Mówił o swoich uczuciach, emocjach, że przyjaciele nie potrafią uszanować jego smutku, że pragnie samotności. Czasami fantazjował jak by było, gdybym nadal żyła, gdzie by mnie zabrał. Nieraz widziałam łzy płynące z jego pięknych zielono-niebieskich oczu. Zawsze miał przy sobie mój pamiętnik, którego wpisy już znał na pamięć. Dopiero po upływie pół roku powoli zaczął wracać do normalnego życia, zaczął normalnie funkcjonować. Wraz z zespołem zacząć ponownie koncertować, częściej się uśmiechał, wróciło też jego poczucie humoru, żartował. Tego mi brakowało. Jego uśmiechnięta twarz była wszystkim czego potrzebowałam, co pragnęłam ujrzeć. Była lekarstwem na wszystko.
Rodzice również długo nie mogli się pozbierać po mojej śmierci. Przychodzili na cmentarz kiedy tylko mogli, zawsze zabierali ze sobą Mike’a, mojego młodszego braciszka. Pamiętam, że zawsze się denerwował jak tak do niego mówiłam. Z czasem ból po stracie bliskiej osoby zmalał, wrócili do normalności. Przychodzili już znacznie rzadziej ale nadal wiedziałam, że o mnie pamiętają. Mike czasami odwiedzał mnie sam. Dzielił się wtedy ze mną swoimi problemami w szkole, a z czasem zaczął opowiadać o swoich zauroczeniach dziewczynami. Jego rumieniec, który pojawiał się wtedy na jego policzkach był przeuroczy. Rodzice postanowili bardziej troszczyć się o więzi rodzinne oraz zostali zawodową rodziną adopcyjną – adoptowali kolejne dzieci. Tym razem były to bliźniaczki w wieku 5 lat, Lilly i Keith. Dziewczynki były cudowne, aż mi się smutno zrobiło, że osobiście ich nie poznam. Ale cieszyłam się, że wszystko wraca do normy.
Eleanor też była moim częstym gościem. Jako jedyna nie zamierzała wrócić do normalnego życia. Ciągle powtarzała, że to ona powinna leżeć w tym grobie, nie ja. Zdarzyło się, że nawiedzały ją myśli samobójcze. Na szczęście zawsze zdążyłam jej je wyperswadować. Nie mogłam pozwolić, żeby umarła. Miałam względem niej plan, który powinien ją w przyszłości uszczęśliwić.
Max, Tom, Siva, Jay wraz z Michelle, Kelsey, Jessicą i Nareeshą zawsze przychodzili razem. Oni z kolei bardzo żałowali, że nie miałam więcej czasu i, że nie mogli mnie lepiej poznać. Mówili, że przeszłam zbyt dużo, żebym umarła, że mimo wszystko powinnam żyć. Obiecywali, że nigdy o mnie nie zapomną.
Raz na jakiś czas, ku mojemu zaskoczeniu przyszli na cmentarz moi prawdziwi rodzice. Towarzyszył im wtedy Tom. Wiedziałam, że po mojej śmierci spotkali się z rodzicami, aby im podziękować, że mnie adoptowali i zapewnili ciepło rodzinnego domu, którego oni sami z wiadomych przyczyn nie mogli mi dać. Nadal mnie kochali, a zabierali ze sobą Toma, by choć w taki sposób przez te kilka minut mogli pobyć razem, jako rodzina sprzed kilkunastu lat.
- To cała moja historia – zakończyłam długą opowieść i spojrzałam po twarzach wszystkich aniołów i aniołków w wieku 19 lat i mniej, które słuchały mnie z wielką uwagą.
Wszystkie twarze lśniły od łez.
- Piękna historia – usłyszałam zapłakany głos – Szkoda tylko, że bez szczęśliwego zakończenia…
- Powinnaś żyć, być ze swoim chłopakiem, rodzicami, bratem, przyjaciółmi. Zasługiwałaś na szczęście bardziej niż ktokolwiek inny – odezwał się inny anioł.
- To niesprawiedliwe, że Bóg Cię zabrał… - oznajmił kolejny anioł.
- To nie zależało od Boga – odezwałam się.
Nikt się nie odezwał ale widziałam zdziwione spojrzenia wszystkich.
- Bóg tylko pozwolił mi wybrać – zaczęłam – Albo umrę, albo spędzę długie miesiące w szpitalu, bo moje nowe serce nie było na tyle silne abym mogła sama normalnie funkcjonować wskutek czego i tak bym umarła, tyle, że w okropnych bólach i męczarniach. Wybrałam natychmiastową śmierć, nie chciałam cierpieć bólu. Nie chciałam też dawać rodzicom nowych problemów i zmartwień – opowiedziałam.
- A Nathan, on na pewno by chciał, żebyś jeszcze żyła, chociaż te kilka miesięcy – usłyszałam.
- Na pewno by chciał. Ale co by mi to dało? Ten czas spędziłabym w szpitalu, a to mało romantyczne miejsce – odpowiedziałam.
- Doskonale Cię rozumiem – jeden z aniołów mnie poparł – To smutne ale zrobiłabym to samo na Twoim miejscu.
- Dziękuję, że jednak ktoś mnie rozumie – oznajmiłam i uśmiechnęłam się – A teraz wybaczcie, chciałabym zejść na ziemię.
Wszystkie anioły mnie przytuliły. Zeszłam na ziemię. Dokładnie na cmentarz, poszłam na swój grób. Oczekiwałam odwiedzin dwóch osób. Byłam bardziej niż pewna, że pojawią się chwilę przed godziną, o której umarłam. I nie myliłam się. Pierwszy przybył Nathan, oczywiście z dziennikiem pod ręką i bukietem czerwonych i białych róż. Kwiaty położył na pomniku, a sam usiadł na ławeczce. Przez dłuższą chwilę spoglądał na tablicę z moim imieniem i nazwiskiem oraz datą urodzenia i śmierci. Zaraz jego oczy zaszkliły się od łez. Nie chciałam, żeby płakał ale nic nie mogłam na to poradzić.  Wreszcie otworzył mój pamiętnik. Przeglądał go czytając te fragmenty, gdzie pisałam o nim. Na dłużej zatrzymał się na ostatnim, pożegnalnym wpisie. A pod nim był fragment "Iris", który Nathan wpisał zaraz po mojej śmierci:

"I oddałbym wieczność by Cię dotknąć,
Bo wiem, że w jakiś sposób mnie wyczuwasz
Jesteś najbliższa niebu, w którym kiedyś będę
I nie chcę teraz wracać do domu."

Jego lekturę przerwało przybycie Eleanor. Chłopak spojrzał na nią, a dziewczyna się speszyła.
- Przepraszam, jeśli Ci przeszkodziłam – oznajmiła cicho.
- Nic nie szkodzi, każdy może odwiedzić Louise – odparł uśmiechając się delikatnie – Siadaj – zachęcił ją wskazując miejsce obok siebie.
Usiadła obok niego, a widząc pamiętnik zapytała, czy może go zobaczyć. Nathan podał jej zeszyt. El znała treść ale chciała jeszcze raz przeczytać pewne fragmenty. Po kilkunastu minutach ze łzami na policzkach oddała zeszyt chłopakowi.
Przyglądałam się im uważnie. Widziałam Eleanor zerkającą zlęknionym wzrokiem co jakiś czas na Natha. Wiedziałam co jest grane. Nieraz słyszałam jak dziewczyna przeprasza mnie, że zakochała się w Nathanie, że nie chciała tego, a przyszło to tak niespodziewanie. Nie mogłam jej zabronić tego uczucia, zresztą mnie już nie było, umarłam i w żaden sposób nie mogłabym temu zapobiec. Jedyne co mi pozostało to wróżyć im szczęście. Ale najpierw Nath musiał pokochać Eleanor. Mogło to być trudne i czasochłonne ale wierzyłam, że im się uda.
Słyszałam myśli chłopaka. Ciągle wspominał chwile spędzone ze mną. Było mi, nam ciężko. Na szczęście trwało to krótko. Po około trzech godzinach spędzonych na cmentarzu Eleanor postanowiła już wrócić do domu. Gdy się podniosła usłyszała głos Natha.
- Zaczekaj – poprosił ją i również wstał – Może poszlibyśmy razem na kawę? – zaproponował.
El była zaskoczona jego pytaniem ale zgodziła się. Tak, o to mi chodziło. To był pierwszy krok  do czegoś więcej. Ale nadal słyszałam przeprosiny dziewczyny. Musiałam dać jej jakiś znak, że nie mam nic przeciwko, żeby się nie martwiła.
Zauważyłam pamiętnik leżący samotnie na ławce. Poruszyła gałęziami drzew powodując podmuch wiatru, który otworzył zeszyt na ostatnim wpisie. Wpis ów, a dokładnie ostatnie zdania głosiły, żeby dbali o swoje szczęście i niczym się nie przejmowali. Spojrzałam na nich, czytali to. Chwilę potem na twarzy El zagościł delikatny uśmiech, a w głowie zabrzmiało jedne wielkie „Dziękuję”. Z kolei z myśli Nathana usłyszałam:
- Chcesz, żebym był szczęśliwy? Będę, tylko szkoda, że nie z Tobą… Zawsze będzie mi Ciebie brakowało.
Mi też, ale ja jestem tu, a on tam.
Eleanor ze swojej torby wyciągnęła długopis i kucnęła przy ławce wpisując do pamiętnika ważne i piękne słowa, które dokończył Nathan:

“Cause if I had to save someone,  I’d still save you” (Bo gdybym miał kogoś ocalić, wciąż byłabyś to Ty)

Podpisali się, zamknęli pamiętnik. Nathan zabrał zeszyt i razem opuścili cmentarz kierując się na umówioną kawę. Od teraz byłam świadkiem rodzącego się między nimi pięknego uczucia…



No i jest epilog, którym kończę to opowiadanie.
Było mi bardzo miło pisać je dla Was. Mam nadzieję, że w jakimś stopniu się podobało :)
Osobiście, jestem bardzo zadowolona z niego, bardziej aniżeli z pierwszego opowiadania :)
Więc proszę o dużą ilość komentarzy ^^

A teraz czas się pożegnać, po raz drugi :)
Bardzo dziękuję wszystkim czytelniczkom za odwiedzanie mojego bloga i tyle miłych komentarzy, które bardzo mnie motywowały :)
Nie potrafię pisać podziękowań, więc napiszę tylko DZIĘKUJĘ Z CAŁEGO SERCA!!!
♥♥♥



+ moje trzecie opowiadanie ^^


środa, 4 lipca 2012

Rozdział 20.


Skończyłam, wreszcie napisałam ostatni wpis zamykając w ten sposób ostatni rozdział mojego życia. I tak żadne słowa nie wyrażą moich uczuć. Ale za kilka minut zobaczę się ze wszystkimi, po raz ostatni. Oni tego nie wiedzą, myślą, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że za kilka dni opuszczę mury szpitala i będę dalej wiodła szczęśliwe życie. Nawet nie mają pojęcia, w jakim są błędzie. A przekonają się już niebawem…
Drzwi do mojej sali ponownie się otworzyły i pojawił się w nich lekarz, tym razem bez swojej świty. Znów sprawdził całą aparaturę.
- Rodzina i przyjaciele czekają na zewnątrz – oznajmił – Mogę ich zawołać, jeśli wyrazisz na to ochotę.
- Tak, niech wejdą – odpowiedziałam.
Mężczyzna w białym fartuchu wyszedł, a chwilę po nim weszli rodzice z Mike’m, Nathan z Jessicą i Tomem, reszta zespołu z dziewczynami, a na końcu Eleanor. Mama od razu znalazła się przy moim łóżku po lewej stronie. Zaczęła mnie przytulać, całować, znosiłam to cierpliwie, żeby jej nie urazić. To samo zrobił tata i Mike.
- Dziękuję, że mi wtedy pomogłaś oraz, że zabrałaś mnie do swojego domu. Gdyby nie Ty, nie wiem co by się teraz ze mną działo – te słowa usłyszałam z ust mojego młodszego brata.
Teraz przynajmniej on będzie miał szczęśliwą rodzinę.
 Reszta stała w ciszy i się przyglądała. Gdy rodzice odeszli na bok ich miejsce zajął Nathan, ujął moją dłoń w swoje ręce i nachylił się nade mną, by złożyć pocałunek na moich wargach.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? – zapytał szeptem, w jego głosie wyczułam wyrzut – Znowu nie powiedziałaś mi prawdy…
- Co miałam Ci powiedzieć? Że po przeszczepie umrę, że odejdę na zawsze i po raz ostatni zobaczymy się w szpitalu? Że będę musiała Cię zostawić, że to koniec nas, naszego związku… - szeptałam, a w jego i moich oczach zaszkliły się łzy.
Miałam nie płakać ale to okazało się niemożliwe. Odejście z tego świata miało być proste, wyszło zupełnie inaczej.
Trwaliśmy dobre kilkanaście minut wpatrzeni w siebie i trzymający się za ręce. Kochałam go mimo, iż moje pierwotne serce umarło kilka godzin temu, a jego miejsce zajęło inne. To uczucie było o wiele silniejsze, nikt nie mógł tego zniszczyć, to było silniejsze nawet od śmierci, i wieczne. Byłam pewna, że Nathan nie zapomni, że gdzieś w sercu będzie nosił wspomnienie o mnie...
Nath rozluźnił uścisk i powoli i niechętnie wycofał się, aby inni również mogli do mnie podejść. Po policzkach Jessici płynęły strumienie łez, gdy stanęła obok mnie. Widok jej, takiej zrozpaczonej był okropny. Tym bardziej, że wiedziała co się niebawem stanie. Nie mówiła nic, wszystko zostało już powiedziane. Przytuliła mnie tylko i wróciła na swoje miejsce. Max, Siva, Jay, Michelle, Nareesha i Kelsey chyba zdawali sobie sprawę z tego, co nastąpi, gdyż podobnie jak Jess, podchodzili do mnie, obejmowali i wracali na miejsca. Między mną, a nimi nie było jakiejś szczególnej przyjaźni ale cieszyłam się, że przyszli.
Jako ostatnia podeszła Eleanor.
- Cieszę się, że Cię poznałam – zaczęłam pierwsza.
- Mi również miło – jej głos się co chwila załamywał – Szkoda, że to będzie miało taki koniec…
- Takie życie, nie da się odwrócić kolei losu.
- Nie Ty powinnaś umrzeć, tylko ja. Masz tu tylu kochających Cię ludzi, powinnaś być z nimi, cieszyć się życiem. Nie to co ja, wiecznie samotna, nigdy niechciana… Na co mi pieniądze, gdy nie mam prawdziwych przyjaciół… Nie chce takiego życia…
Słowa Eleanor bolały. Ta dziewczyna wolałaby umrzeć za mnie niż cierpieć samotność i odrzucenie.
- Nie mów tak. Żyjesz, bo masz jeszcze szansę na zmianę. Widocznie tam na górze, ktoś ma względem Ciebie jakieś plany. Jesteś wspaniałą dziewczyną, przyjaciółką. Nasza znajomość dużo dla mnie znaczyła w ostatnim czasie. Musisz żyć, rozumiesz? Zapamiętaj moje słowa – starałam się ją przekonać, że mam rację.
- Dziękuję Ci – wyszeptała.
- To ja Ci dziękuję – oznajmiłam, a ona przytuliła mnie mocno i odeszła - A gdzie Tom? – zapytałam.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że nie ma go tutaj.
- Wyszedł, wróci ale nie sam – odezwała się Jess.
Nie sam, czyli przyprowadzi moich prawdziwych rodziców tak jak się umawialiśmy….
Zanim wrócił Tom, Nathan ponownie pojawił się u mojego boku łapiąc mnie za rękę.
Wreszcie drzwi się otworzyły. Pierwszego ujrzałam Toma, który od razu podszedł do mnie. Za nim weszło małżeństwo. Mężczyzna był wysoki, miał czarne włosy, widoczne kości policzkowe oraz rysujące się pod koszulką mięśnie ramion. Tom był bardzo do niego podobny, nawet oczy i nosy mieli identyczne. Z kolei kobieta, niższa od męża miała proste, brązowe włosy opadające na ramiona, długie nogi, była szczupła. Miała piękne oczy, miały taki głęboki i intensywny kolor. Niestety nie odziedziczyłam ich po niej, moje były mieszanką oczów mamy i taty. Widziałam po nich wewnętrzne rozdarcie. Z jednej strony byli szczęśliwi, że mnie odnaleźli po tylu latach, że żyłam, miałam kochającą rodzinę. Z drugiej, byli zrozpaczeni, że ich córka umiera na ich oczach. Bo nie ma nic gorszego dla rodzica, jak widok umierającego dziecka…
Nie podeszli, bo tak się umawiałam z Tomem. Tak będzie dla nich lepiej.
Spojrzałam po twarzach wszystkich. Wiedziałam, za chwilę wszystko się skończy. Czas się pożegnać.
- Cieszę się, że jesteście tutaj wszyscy, to wiele dla mnie znaczy – zaczęłam – Żałuję tylko, że miałam tak mało czasu…
Rodzice, Mike, Nathan, zespół, dziewczyny, biologiczni rodzice, u każdego z nich widziałam łzy.
- Zbliża się mój koniec - oznajmiłam – Kocham Was. I proszę o jedno, nie zapominajcie o tym…
Po raz ostatni spojrzałam na ich twarze, na Nathana. Ścisnęłam mocniej jego rękę i wymusiłam delikatny uśmiech.
- Kocham Cię – szepnęłam do niego.
To koniec. Powieki zaczęły powoli się zamykać, nie miałam już na to wpływu. Usłyszałam jeszcze tylko wołanie Nathana.
- Nie odchodź! Proszę, nie zostawiaj mnie! – wołał i całował moją twarz.
Umarłam, odeszłam na zawsze…



Płakałam pisząc ten rozdział, płaczę i teraz.... Czuję się jak morderca :(
Taki oto smutny rozdział na zakończenie :(
Wyczekujcie epilogu.

+ głosujcie w ankiecie