środa, 27 czerwca 2012

Rozdział 19.


Bardzo powoli otworzyłam oczy. Jednak szybko je zamknęłam, ponieważ światło mnie raziło powodując tym samym ból i łzawienie. Okropnie bolała mnie głowa, lecz co dziwne, nie bolało mnie serce. Nie czułam nic, żadnego kłucia, czy tym bardziej bólu w miejscu, gdzie teraz z pewnością znajdowała się brzydka rana…
Gdy tak leżałam w samotności i powoli przyzwyczajałam oczy do światła coś mi się przypomniało. Ale, czy to był sen, czy to działo się naprawdę? Nie, jednak to była prawda… Otóż, gdy byłam w narkozie, podczas przeszczepu ja, jako dusza opuściłam swoje ciało. I to dosłownie. Unosiłam się w powietrzu i widziałam wszystko, co robili lekarze. Na dodatek byłam bosa, a na sobie miałam jakiś materiał, coś w rodzaju sukienki. Dziwne? Nawet bardzo. Przez moment czułam się tak, jakbym już miała umrzeć. Na szczęście tak się nie stało. W takiej postaci postanowiłam zobaczyć, co z rodzicami i przyjaciółmi. Nie zdążyłam nawet do końca o tym pomyśleć, a już byłam z nimi na korytarzu przed blokiem operacyjnym. To, co zobaczyłam sprawiło, że po moich policzkach poleciały łzy.
Mama siedziała na krześle, była blada, zapłakana. W jej lewy bok siedział wtulony Mike. Jego twarz była skupiona, a oczy wpatrzone w jeden tylko jemu wiadomy punkt. Tata pod wpływem niepewności i oczekiwania przemierzał korytarz. Na pewno zrobił już ładnych parę kilometrów przez tyle godzin. W dalszej części korytarza zauważyłam Jessicę i Toma obejmujących się. Nathan, tak samo jak mój tata chodził po korytarzu w tą i z powrotem. Z tym wyjątkiem, że on był wkurzony, widziałam to po jego oczach. Był zły na mnie, że nic mu nie powiedziałam, że znowu go okłamałam i zataiłam prawdę… Wreszcie chłopak oparł się o ścianę, nerwowo spojrzał na zegarek na swoim nadgarstku i bezradny osunął się po niej na podłogę. Twarz schował w dłonie. Czyżby płakał? Podeszłam bliżej i kucnęłam obok niego. Tak, Nathan płakał, widziałam łzy w jego zielono-niebieskich oczach, a także na policzkach. Ten widok kompletnie mnie zdołował. Objęłam go swoimi ramionami i zaczęłam przepraszać, chociaż wiedziałam, że ani mnie nie usłyszy, a tym bardziej nie poczuje mojego dotyku. Byłam w kompletnej rozsypce, po moich policzkach płynęły strumienie łez. Nie mogłam znieść widoku ich wszystkich czekających w wielkiej niepewności na koniec operacji. Nie mogłam patrzeć na ich ból, cierpienie spowodowane moją osobą. Gdybym tylko mogła cofnąć czas… Inaczej pokierowałabym swoim życiem, cierpiałoby mniej osób… Stałam tak i przyglądałam się im wszystkim, bo nie mogłam wrócić do swojego ciała. Cierpiałam jeszcze bardziej niż oni… Na samo wspomnienie tych wydarzeń rozpłakałam się. W żaden sposób nie próbowałam zatrzymać słonych łez.
Ból psychiczny był jeszcze gorszy od bólu fizycznego. Fizyczny zostawia tylko nic nie znaczące blizny na ciele, z kolei psychiczny – głębokie i bardzo trudne w uleczeniu ślady, on nie pozwala człowiekowi racjonalnie myśleć, normalnie funkcjonować, rozdziera serce i duszę… Właśnie tak było w moim przypadku. Zamiast cieszyć się, że poznałam tak cudowne osoby, że mam kochającą rodzinę, wspaniałego chłopaka ja chcę cofnąć czas tylko dlatego, by uchronić ich przed cierpieniem. A przecież cierpienie to nieodłączny element ludzkiego życia. Z tym jednak wyjątkiem, że niektórzy cierpią mniej, a inni bardziej. Tak właśnie było z moimi bliskimi, oni zaliczali się do tej drugiej grupy. Jeśli kogoś naprawdę kochamy i gotowi jesteśmy zrobić dla niego wszystko ból i cierpienie utwierdzają nas w tym przekonaniu. Bo jak można kogoś kochać i nie cierpieć po stracie tej osoby? Jedno wyklucza drugie. Miałam przed sobą niezaprzeczalny dowód, że jednak coś dla nich znaczę, że nie jestem im obojętna, że zawsze będą o mnie pamiętać i mnie wspominać. A to, czy będą wspominać w sposób pozytywny lub negatywny zależy tylko od nas samych i od naszych działań…
Moje życie jest brutalne, usłane ciągłym bólem i cierpieniem…. Bo kto powiedział, że życie jest zawsze kolorowe?
Moje rozmyślania nad sensem tego wszystkiego przerwali wchodzący do sali lekarze wraz z całą świtą pielęgniarek. Bez żadnych słów sprawdzili wszelką aparaturę do której byłam podłączona, zapisali coś w swoich dziennikach i po prostu wyszli. Jeszcze zdążyłam zapytać jedną z pielęgniarek o datę i godzinę oraz poprosić, by podała mi pamiętnik wraz z długopisem. Zdawałam sobie sprawę, że pisanie po tak ciężkiej operacji może być trudne ale nie poddawałam się, to miał być mój ostatni wpis i musiałam to zrobić. Musiałam przelać na papier moje ostatnie wspomnienia, myśli, refleksje….



No i jest, wreszcie. Smutny? Tak miało być... Ale i tak wiem, że nie napisałam wszystkiego, czego chciałam i źle dobrałam słowa :(
+ będzie jeszcze jeden rozdział, a na koniec prolog....

czwartek, 21 czerwca 2012

Rozdział 18.


Tak jak przypuszczałam, ból w klatce piersiowej nie ustał. Więc po południu pożegnałam się z przyjaciółmi, a Nathan odwiózł mnie do domu. Gdy rodzice mnie zobaczyli musiałam im wszystko opowiedzieć. Oni natomiast od razu zabrali mnie do szpitala na badania. Na szczęście wpadli na taki pomysł. Nie chciałam sama im tego mówić, gdyż bałam się ich reakcji. Zabrali też ze sobą Mike’a.
Przeszłam szereg długich i monotonnych badań, a potem musiałam poczekać na wstępne wyniki. Wraz z rodzicami w ciszy siedzieliśmy przed gabinetem lekarza i czekaliśmy. Na ich twarzach widziałam zdenerwowanie. Znowu się martwili, znowu przeze mnie. Już od tylu lat, codziennie widziałam w ich oczach ból. Cierpieli, a tylko dlatego, że adoptowali chorą dziewczynkę, czyli mnie, chcąc stworzyć kochającą rodzinę. Jednak, życie to nie bajka i los postawił przeszkody na naszych drogach…
Moje rozmyślania przerwał lekarz, który wreszcie opuścił swój gabinet, by nam przekazać nowe wieści. Po jego minie wnioskowałam, że dobrze nie jest ale musiałam poczekać aż się odezwie.
- Nie mam dobrych wieści – zaczął mężczyzna po dłuższej chwili milczenia i trzymania nas w niepewności, co jeszcze bardziej potęgowało zdenerwowanie rodziców – Twoje serce jest w ostatniej fazie – zwrócił się do mnie – Za 11 dni musisz się zgłosić, a za 13 dni zostanie przeprowadzony przeszczep serca. Gdyby nie ostatnie wydarzenia wszystko odbyłoby się trochę później. Niestety, serce umiera szybciej…
Spodziewałam się takich słów, znałam swoje ciało i wiedziałam, czego się mogę spodziewać. Jednak słowa lekarza i tak wprawiły mnie w osłupienie. Moje oczy były suche w porównaniu z oczami mamy, tata również nie płakał. Niewiele myśląc wstałam z krzesła.
- Czyli to już pewne. Skoro już za kilka dni czeka mnie przeszczep to to oznacza mój koniec, moją…. – w tej chwili zacięłam się, te słowo nie chciało przejść przez moje gardło - ….śmierć… - dokończyłam z trudem.
Spojrzałam na rodziców, Mike’a, lekarza. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie.
- Gdzie idziesz? – usłyszałam ciche pytanie taty.
- Przejść się. Chcę pobyć sama i ułożyć sobie wszystko – oznajmiłam i zostawiłam ich samych.
Szłam ulicami ręce chowając do kieszeni. Powoli nastawał wieczór, robiło się ciemniej i zimniej. Podczas tego spaceru postanowiłam jedno, ostatnie dni spędzić z najbliższymi mi osobami: z Nathanem, Jessicą, Tomem, Kelsey, Michelle, Nareeshą, Jayem, Sivą i Maxem, a także rodzicami i bratem.
Ponad godzinę później znalazłam się przed domem przyjaciół. Ucieszyli się na mój widok, tym bardziej, że pozornie miałam lepszy humor. W rzeczywistości udawałam, żeby nie robić im przykrości. Razem spędziliśmy miły wieczór, chłopcy zadbali o filmy, a dziewczyny o jedzenie i picie. A na koniec, późnym wieczorem Nathan odwiózł mnie wraz z Jessicą do domu.
Gdy weszłam do domu od razu poszłam do swojego pokoju. Widziałam, że rodzice są w salonie i namiętnie o czymś dyskutują ściszonymi głosami, więc nie chciałam im przeszkadzać. Z kolei brat leżał na łóżku pogrążony we własnych myślach. Jedyne czego pragnęłam w tej chwili to iść spać. Dlatego też wzięłam szybki prysznic i wsunęłam się pod ciepłą kołdrę…
W ciągu kilku kolejnych dni
Podczas tych kilku dni przed moją operacją starałam się normalnie funkcjonować, co przychodziło mi z wielką trudnością. Okłamywałam przyjaciół, że wszystko jest dobrze, rodziców i samą siebie, że się nie boję. Bałam się, cholernie się bałam. Z każdym kolejnym dniem szukałam powodów, by wstać z łóżka. Najgorsze było czekanie, chciałam już mieć wszystko za sobą. Ale z drugiej strony nie chciałam tak szybko żegnać się z przyjaciółmi, z Nathanem… Znałam ich tak krótko, a byli najważniejszymi osobami w moim życiu.
Z Eleanor utrzymywałam kontakt. Ona jedna wiedziała o wszystkim na bieżąco. Była w identycznej sytuacji, więc bezgranicznie jej ufałam. Przez te kilka dni stałyśmy się przyjaciółkami. To niewiarygodne, jak nieszczęście zbliża ludzi…
O całej sytuacji powiedziałam w wielkiej tajemnicy Jessice i Tomowi, który obiecał mi, że gdy będę w szpitalu przyprowadzi moich prawdziwych rodziców. Również opisywałam każdy dzień w pamiętniku dokładnie charakteryzując emocje, uczucia mi towarzyszące. Zapisywałam po kilka stron pisząc też, ile wszyscy dla mnie znaczyli, jak bardzo ich kochałam. Chodź tak naprawdę wiedziałam, że żadne słowa nie wyrażą moich uczuć.
Codziennie po szkole spędzałam czas z Nathanem i resztą, a wieczorami byłam z mamą, tatą i Mike’m. Korzystałam z każdej chwili, chciałam je jak najlepiej wykorzystać. Ale to, co miało się wydarzyć już niedługo było nieuniknione….
Jedenastego dnia, zgodnie z poleceniem lekarza stawiłam się w szpitalu. Tego dnia nie poszłam do szkoły tak, jak Nathan i Jessica, która miała przetrzymać brata jeszcze przez dwa dni. Do szpitala nie brałam zbyt dużo rzeczy, ale nie mogłam zapomnieć o pamiętniku. Chciałam jeszcze po wybudzeniu z narkozy zamieścić ostatni wpis, pożegnalny, a sam pamiętnik dać Nathanowi. Cel był taki, by mógł mieć pełny obraz mojej sytuacji, zarys uczuć, by znał całą prawdę…
Przez te dwa dni nikt mnie nie odwiedzał oprócz rodziców i Mike’a. W tym czasie robiono mi masę różnych badań, by potem podczas przeszczepu nie pojawiły się jakieś komplikacje.
Wreszcie, trzynastego dnia w mojej sali pojawił się lekarz wraz z pielęgniarką.
- Już czas – oznajmił mężczyzna – Zaraz zabierzemy Cię na salę operacyjną, a tam zaśniesz pod wpływem leków i zostanie przeprowadzona kilkugodzinna i bardzo trudna operacja. Jesteśmy dobrej myśli i wierzymy, że wszystko się powiedzie.
Kolejno podeszli do mnie tata, mama i Mike.
- Spokojnie, zobaczymy się za kilka godzin, obiecuję – pocieszałam ich.
Zostałam zawieziona na blok. Chwilę później poczułam igłę wbijaną w moją rękę i odpłynęłam…..




Oto właśnie jest przedsmak końca.... Kolejny rozdział będzie najbardziej smutnym i najtrudniejszym dla mnie do napisania, więc trochę na niego poczekacie. Ale wierzę, że temu podołam i mam nadzieję, że obejdzie się bez płaczu (chodź może to być trudne).



środa, 20 czerwca 2012

Rozdział 17.

Drzwi się otworzyły i przede mną pojawił się Nathan.
- Louise! – zawołał, a ja od razu rzuciłam mu się w ramiona.
- Nathan… - szepnęłam.
Z moich oczu popłynęły łzy, nie mogłam ich powstrzymać.
- Spokojnie, tu nic Ci nie grozi – mówił chłopak.
Ja na te słowa jeszcze bardziej wtuliłam się w jego ramiona. Nathan ponad moją głową zamknął drzwi i powoli ruszył w stronę salonu tym samym rozluźniając uścisk.
- Nie wypuszczaj mnie – poprosiłam szeptem.
Chłopak spojrzał mi w oczy, a następnie pocałował w czoło.
- Zabierz ją na górę – usłyszałam za sobą głos Kelsey.
Nie zastanawiając się dłużej Nath wziął mnie na ręce i pomaszerował schodami na górę. Wszedł do pierwszego pokoju po prawej stronie korytarza wyglądającego na pokój gościnny. Ostrożnie położył mnie na łóżku, a sam usiadł obok mnie trzymając mnie za rękę.
- Martwiłem się o Ciebie, zresztą nie tylko ja. Nie spaliśmy całą noc, Jess ciągle płakała, że to przez nią masz kłopoty… Próbowaliśmy Cię szukać – mówił smutnym głosem – Twoja twarz, szyja, ręce… - wyliczał i wolną dłonią dotykał mojej skóry – Jak oni mogli Cię skrzywdzić… Bardzo bolało? – zapytał.
- Trochę… - oznajmiłam, a oczy Nathana zaszkliły się od łez – Nath, było minęło. Teraz jestem tu z Tobą, a te wszystkie rany się zagoją i nie będzie po nich śladu – próbowałam go pocieszyć – Kocham Cię – powiedziałam na koniec i musnęłam jego wargi swoimi.
- Pewnie chcesz się przespać – zaczął.
Kiwnęłam głową.
- Ale mógłbyś zostać ze mną? – poprosiłam.
- Oczywiście ale najpierw się umyj, a w tym czasie zrobię Ci coś do jedzenia – zaproponował.
Zgodziłam się na taki układ. Chłopak jeszcze raz mnie pocałował i wyszedł z pokoju. Po chwili pojawiła się Michelle z czystymi ubraniami i ręcznikiem. Powolnym krokiem udałam się do łazienki. Zdjęłam z siebie brudne ciuchy i rzuciłam je w kąt, by już kilka sekund później poczuć na skórze strumień ciepłej wody zmieszanej z płynem do kąpieli o zapachu jabłek. Ten zabieg podziałał na mnie uspokajająco i odprężająco, pozwolił mi na trochę zapomnieć o wczorajszym wieczorze. Ale nie pozwolił zapomnieć o ciągłym, już znacznie mniejszym bólu serca spowodowanego ucieczką i nadmiarem emocji. Stojąc tak w kabinie prysznicowej ciągle czułam jego przyśpieszone bicie w swojej klatce piersiowej. Mimo iż byłam spokojna wiedząc, że teraz nic mi nie grozi to i tak nie mogło się uspokoić i wrócić do normalnego tempa. Zdawałam sobie sprawę, że jeśli nie zmieni się to do wieczora będę zmuszona zawitać do szpitala na dodatkowe badania. Żeby potem nie okazało się, że moje serce szybciej zakończyło swój żywot niż to było przewidywane i, żeby zdążono zrobić mi przeszczep…
Przerwałam swoje rozmyślania, które mogłyby doprowadzić mnie do płaczu. Zakręciłam kran i opatulając się najpierw ręcznikiem opuściłam kabinę. Drugim wysuszyłam włosy. Wreszcie ubrana i uczesana wyszłam z łazienki i wróciłam do pokoju, gdzie czekał już na mnie Nathan z tacą, na której stał talerz z naleśnikami i herbatą. Na mój widok uśmiechnął się.
- Teraz wyglądasz znacznie lepiej – oznajmił.
Nie zdążyłam usiąść obok niego, a taca już znalazła się na moich kolanach.
- Jedz póki ciepłe – rzekł Nath.
Nie śmiałam nawet protestować, więc zjadłam wszystkie naleśniki jakie były na talerzu i grzecznie wypiłam herbatę. Podziękowałam mu pocałunkiem.
- Odniosę tacę i zaraz wrócę – oznajmił i znikł za drzwiami.
Ja w tym czasie postanowiłam zadzwonić do rodziców, żeby powiedzieć im, że wrócę wieczorem. Na szczęście nie wiedzieli o tym, co się działo poprzedniego wieczoru, bo i tak miałam nocować u przyjaciół. Odłożyłam telefon Nathana, bo mój był rozładowany, na szafkę i wyciągnęłam się na łóżku. Kilka minut później wrócił Nath, zamknął drzwi i położył się obok mnie otulając nas kocem i obejmując mnie. Przy nim czułam się bezpieczna, chciana i przede wszystkim, kochana. Wtuliłam się w jego tors i wsłuchując się w równomierne bicie jego serca zasnęłam…



Przepraszam, że taki krótki ale tak musi być.
I, jeśli nie będzie powyżej 10 komentarzy nie będzie następnego rozdziału. To moje ostatnie rozdziały, więc oczekuję szczerych opinii. Pokażcie, ile Was czyta moje opowiadanie :)


środa, 13 czerwca 2012

Rozdział 16.


Mężczyzna chciał mnie przewrócić na ziemię, lecz ja kopnęłam go z całej siły w krocze i pognałam dalej przed siebie. Jessici nie widziałam, modliłam się w duchu, żeby była już w domu, z chłopakami, bezpieczna. Podczas biegu postanowiłam zmienić kierunek, żeby przypadkiem nie doprowadzić porywaczy do domu The Wanted. Skręciłam w uliczkę po lewej stronie. Tu kończyło się powoli osiedle. Gdzie niegdzie stały tylko nowe ale jeszcze niezamieszkałe domy. Wszystkie miały okna i drzwi zabite deskami, a dalej rozpościerał się las. Na szczęście ulica ta nie była oświetlona więc bez obawy, że ktoś mnie zauważy przeskoczyłam przez prowizoryczny płot jednej z posiadłości i ukryłam się za rosnącymi w rogu krzakami. Usiadłam na ziemi, a z moich oczy popłynęły łzy. Zakryłam usta dłonią, żeby czasami nie było słychać mojego szlochu. Czułam okropny ból w sercu, a także ból wszystkich mięśni w moim ciele oraz głowy. Czułam się fatalnie, pragnęłam, by to wszystko się już skończyło. Chciałam wrócić do domu, gdyż póki co nie przeczuwałam swojej śmierci, jeszcze nie teraz…
Siedziałam tak bardzo długo, moje ciało zesztywniało z bezruchu i zimna. W dodatku zaczął padać deszcz. Wstałam z ziemi i powoli ruszyłam wzdłuż płotu w stronę domu z nadzieją, że uda mi się wejść do środka i przeczekać resztę nocy. Weszłam przez szparę od tyłu. Dłońmi opierałam się o ściany, ledwo szłam, byłam wykończona. Idąc tak w pewnym momencie potknęłam się o coś i upadłam na kolana. Zbadałam ten przedmiot dłonią. To było drewno, obok mnie leżały drewniane deski. Znacznie lepiej nadawały się do spania niż betonowa podłoga. Położyłam się na nich, na głowę naciągnęłam kaptur, a dłonie schowałam w rękawy. Leżałam tak wsłuchując się w panującą ciszę i krople deszczu uderzające o dach. Wreszcie zmęczona odpłynęłam w ramiona Morfeusza…
Zostałam obudzona w brutalny sposób. Otóż ktoś zepchnął mnie z desek i zaczął okładać pięściami gdzie popadnie.
- Ał! To boli! – krzyczałam – Uspokój się! Nie zrobię Ci krzywdy kimkolwiek jesteś! Proszę…..
Osoba ta wreszcie się uspokoiła, a ja mogłam zobaczyć kim jest. Moim oczom ukazała się wysoka dziewczyna o długich brązowych włosach.
- Kim jesteś? – zapytała ostro.
- Jestem Louise… - zaczęłam.
- Co robisz w moim domu? – przerwała mi zadając kolejne pytanie.
Chciałam najpierw podnieść się z twardej podłogi, lecz gdy podjęłam starania moje kończyny odmówiły posłuszeństwa.
- Wczoraj uciekałam przed porywaczami i schowałam się w ogrodzie ale potem zaczął padać deszcz i weszłam do środka – opowiedziałam w skrócie.
- To oni Cię tak urządzili? – zapytała wskazując moją twarz.
Przytaknęłam. Chwilę potem nieznajoma podeszła do mnie i wyciągnęła dłoń.
- Jestem Eleanor – przedstawiła się i pomogła mi wstać.
Z powrotem siedziałam na deskach. Sięgnęłam do kieszeni po komórkę.
- Rozładowana, no pięknie… - jęknęłam chowając urządzenie – Która tak właściwie jest godzina? – zapytałam.
- Dochodzi ósma – usłyszałam w odpowiedzi – Przepraszam, że się tak na Ciebie rzuciłam ale wystraszyłaś mnie…
- Ok, nie gniewam się. Co nie znaczy, że mnie nie bolało… - oznajmiłam z wyrzutem.
Zapanowała między nami cisza.
- Muszę wrócić do domu, przyjaciele na pewno się martwią… - zaczęłam i chciałam stanąć na nogach ale poczułam ostry ból w klatce piersiowej. Automatycznie przyłożyłam dłoń do bolącego miejsca i się zatoczyłam.
W ostatniej chwili Eleanor złapała mnie za łokieć.
- Co jest? – usłyszałam jej głos.
- Nic – wyszeptałam.
- Kłamać to Ty nie umiesz – oznajmiła i spojrzała mi w oczy – Serce? – zapytała po chwili.
Nie zdążyłam nic powiedzieć ani zareagować, gdy Eleanor ponownie się odezwała.
- Tylko spokojnie, nie panikuj – pouczała mnie, jakbym sama nie wiedziała co mam robić.
Tak poza tym, wcale nie panikowałam. To było normalne, serce mnie bolało wskutek wczorajszego okropnego wieczoru. Strach o siebie i Jessice, wysiłek, który włożyłam w ratowanie nas i milion innych emocji, to za dużo jak na tak słabe i bliskie śmierci serce.
- Jak zgadłaś? – zapytałam cicho.
- Byłam w identycznej sytuacji dwa lata temu i znam wszystkie objawy – zaczęła – Miałam trochę szczęścia i mój organizm przyjął przeszczep. Dzięki temu żyję…
- Mnie przeszczep czeka. Ale nie znaczy, że jeśli Tobie się poszczęściło to i mi się uda… - oznajmiłam z rezygnacją w głosie.
- Nie poddawaj się za wczasu, musisz wierzyć, że wszystko się powiedzie, że będziesz żyła długo i szczęśliwie – próbowała mnie pocieszyć.
- Sama dobrze wiem, co mówi mi moje ciało. A mówi, że przeszczep to mój koniec, moja klęska – obstawałam nadal przy swoim – Ale skończmy to, nie chcę się bardziej dołować moją beznadziejną sytuacją – oznajmiłam jednocześnie zamykając temat.
- Jak chcesz… - powiedziała zrezygnowana Eleanor – Zawiozę Cię do domu, ok? – zapytała i zaczęła prowadzić mnie ku wyjściu.
Po chwili stałyśmy przy jej czarnym terenowym Chevrolecie. Wsiadłyśmy do niego, podałam jej adres domu The Wanted. W ciszy przemierzałyśmy drogę, żadna z nas nie podjęła tematu. Dopiero, gdy samochód dotarł do celu Eleanor się odezwała.
- Znamy się bardzo krótko ale chciałabym utrzymać z Tobą kontakt – oznajmiła nieco nieśmiało.
Kiwnęłam głową na znak zgody i podałam jej swój numer, który ona wstukała w komórkę. Podziękowałam za podwiezienie, pożegnałyśmy się i z duszą na ramieniu ruszyłam w stronę domu. Wiedziałam, że na pewno się martwili. W końcu nie dawałam znaku życia przez całą noc. W dodatku na twarzy miałam zaschniętą krew, podbite oko, podrapana szyja i ręce, jednym słowem wyglądałam jak siedem nieszczęść. Stanęłam przed drzwiami i nacisnęłam dzwonek. W środku rozległ się dźwięk, po chwili usłyszałam też szybkie kroki…



PRZEPRASZAM. 
Przepraszam za tak długą nieobecność. Nic mnie nie usprawiedliwia, zawaliłam po całej linii...
Przepraszam też za tak beznadziejny rozdział, w ciągu tego miesiąca wyszłam z wprawy w pisaniu :(