Przez kilka minut wpatrywałam się tępym wzrokiem w dwie
idealnie pasujące do siebie połówki zdjęcia. Jeśli Tom potwierdzi, że to on
jest na zdjęciu, a dziewczynka obok to jego siostra, co jest bardzo
prawdopodobne to przypadkiem odnalazłam… brata. Musiałam się upewnić, musiałam
go zapytać.
- Tom... – zaczęłam łamiącym się głosem – Spójrz –
poprosiłam i podsunęłam mu fotografię.
Przyglądał jej się chwilę.
- Skąd masz druga połówkę? – zapytał patrząc na mnie
uważnie – To jestem ja z moją siostrą….
- Dostałam ją dziś od rodziców – oznajmiłam bliska płaczu –
Jeśli to jesteś Ty, a to jestem ja – zaczęłam wskazywać na dzieciaki na zdjęciu
– To jesteśmy rodzeństwem…
Rozpłakałam się. Po tylu latach odnalazłam brata, a jeśli
brata to także biologicznych rodziców…
- Ale jak… - zaczął chłopak, przerwałam mu.
- Zostałam adoptowana, gdy miałam dwa lata. Rodzice zabrali
mnie z domu dziecka w Londynie… - mówiłam poprzez łzy – Opowiadali mi zawsze,
że jedna z opiekunek sierocińca znalazła mnie poza miastem. Byłam sama, mała,
więc zabrały mnie do domu dziecka. Zgłoszono to na policję ale nikt się nie
zgłosił, nikt mnie nie szukał. Jedynym śladem była połówka zdjęcia ale w niczym
nie pomogła….
- Jak to nikt nie szukał? Szukaliśmy Cię, rodzice nie
dawali za wygraną… Ale prawda jest taka, że nie szukaliśmy Cię aż w Londynie… -
dodał smutny.
Między nami zapanowała cisza.
- Nie wierzę! – wnet krzyknął na cały głos zrywając się na
równe nogi – Louise! Ty żyjesz! Po tylu latach! - podbiegł do mnie i zaczął
mocno przytulać.
Żyję, na razie, dodałam w myślach.
- Tom... – próbowałam wyrwać się z jego stalowego uścisku.
- Odnalazłem siostrę! – krzyczał nadal, a z jego oczu
ponownie popłynęły łzy, tym razem były to łzy szczęścia.
Z kolei ja byłam w totalnym szoku. Pogodziłam się z tym, że
rodzice mnie nie kochali, nie chcieli, więc oddali do domu dziecka. A okazało
się, że to wszystko wina pijanego kierowcy, który spowodował wypadek i w wyniku
czego najzwyczajniej się zgubiłam.
- Tom do cholery! Połamiesz mi żebra! – krzyknęłam
uwalniając się wreszcie z jego uścisku.
- Ja chcę się tylko Tobą nacieszyć… - zaczął.
- Ale ja nie chcę – przerwałam mu poważnym tonem – Myślisz,
że teraz, że przez kilka chwil nadrobisz to wszystko? Że wszystko wróci do
normy, że będzie tak jak kiedyś było? Mylisz się! Poznałam Ciebie ale lepiej by
było, gdyby tak się nie stało…
- Ale rodzice… Oni nadal za Tobą tęsknią, chcieliby Cię
zobaczyć…
- Nie będą chcieli się ze mną spotkać dopóki im nic nie
powiesz.
- A Ty byś nie chciała? – zapytał z nadzieją.
- Nie – oznajmiłam stanowczo – Jest jak jest, nic się teraz
nie zmieni tylko dlatego, że jesteśmy rodzeństwem. Zrozum, nie chcę niszczyć
spokoju naszych rodzin, nie chcę cierpieć… - zakończyłam już szeptem.
Odwróciłam się od chłopaka i nacisnęłam klamkę.
- Nikomu ani słowa, rozumiesz? – uprzedziłam go i opuściłam
jego pokój.
Schodziłam po schodach z przeświadczeniem, że tak będzie
lepiej. Po co wszystko komplikować skoro i tak za niedługi czas być może umrę?
Po co poznawać prawdziwych rodziców i robić im złudną nadzieję, a potem się
okaże, że umrę, a oni znowu będą cierpieć… Ale też nie będę wredna, obiecałam
sobie, że jeśli przeżyję pójdę do nich i pokażę, że żyję, że nic mi nie grozi…
Przerwałam swoje rozmyślania z chwilą, gdy do przedpokoju
wszedł… Nathan. Zdążyłam złapać się poręczy w ostatniej chwili, inaczej
wywinęłabym orła. Spojrzał na mnie tymi swoimi zielonymi i przenikliwymi
oczami, zamarłam, tak samo jak on. Przez kilka chwil patrzyliśmy na siebie nie
mrugając oczami.
- Nathan, idziesz? – rozległo się z kuchni czyjeś wołanie,
a sekundę potem w holu pojawiła się również Michelle, co przerwało niezręczną
ciszę.
- Tak, tak – oznajmił szybko Nath i zniknął w kuchni.
- Sorry – wyszeptała Michelle.
- Nie ma sprawy – odparłam i również poszłyśmy do kuchni.
Na stole stał już tort. Na wierzchu było napisane „Louise,
Happy 18th Birthday!”.
- Co z Tomem? – zapytała od razu Kelsey.
- Z Tomem? – upewniłam się.
- Tak, słyszeliśmy jakieś krzyki – oznajmiła Jess.
- To nic poważnego…. – zaczęłam.
- Jestem! – krzyknął sam zainteresowany.
- Świetnie, są wszyscy. Teraz pomyśl życzenie i zdmuchnij
świeczki – poinformowała Kelsey obejmująca Toma.
Zanim zdmuchnęłam świeczki rozejrzałam się po twarzach
wszystkich tu zebranych. Dłużej przyglądałam się Nathanowi, lecz ten patrzył w
zupełnie innym kierunku.
„Niech wszyscy będą szczęśliwi” pomyślałam i zdmuchnęłam
osiemnaście świeczek.
Rozległy się brawa, a potem dziewczyny pokroiły tort, a Max
nalał szampana do kieliszków. Przyjaciele wznieśli toast i zaczęliśmy jeść
słodkości. Towarzyszyły temu głośne rozmowy i czasami również pokrzykiwania.
Jedynie ja, Nathan i Tom nic nie mówiliśmy, z nikim nie chcieliśmy rozmawiać.
Gdy zjadłam swoją porcję odstawiłam pusty talerz do zlewu.
- Przejdę się – oznajmiłam.
Nikt nie miał nic przeciwko, więc szybko wciągnęłam buty i
kurtkę i wyszłam przed dom. Ruszyłam do ogrodu, zrobiłam wokół niego jedna
rundkę, by w końcu oprzeć się o jedno z wielu drzew. Stałam tak nie myśląc o
niczym, relaksowałam swój umysł. Ale nie trwało to długo. Tom moim bratem,
Nathan nadal na mnie zły… te dwie myśli nie dawały mi spokoju. Dlaczego
dzisiaj, dlaczego teraz tak wszystko się komplikuje?
Nie zauważyłam nawet kiedy Nathan również oparł się o
drzewo po drugiej stronie. Milczał, nie wiedziałam, czy chcc coś powiedzieć
tylko nie może, czy czeka aż ja zacznę.
- Nadal jesteś zły, tak? – zapytałam.
Nadal milczał, więc uznałam to jak potwierdzenie. No tak,
czego ja oczekiwałam…
- Więc po co za mną przyszedłeś? – zapytałam ponownie.
Cisza. Dałam się już na spokój, skoro nie chce ze mną gadać
to nie będę się wysilać.
- Wtedy, powiedziałem kilka słów za dużo – odezwał się po
kilkunastu minutach.
Wzruszyłam ramionami.
- Źle to sformułowałem… Chodziło mi o to, że gdybym
wiedział wcześniej inaczej bym to rozegrał…
- Nie prawda – oznajmiłam krótko – Nathan, ludzie pod
wpływem impulsu mówią różne rzeczy ale nigdy nie kłamią. Powiedziałeś to, co
chciałeś powiedzieć.
- Powiedziałem to, czego nie chciałem, czego teraz żałuję…
- powiedział i stanął naprzeciw mnie – Chciałem Ci powiedzieć, że gdybym
wiedział zachowałbym się inaczej, wszystko potoczyłoby się w lepszym kierunku.
A zareagowałem tak, bo nie lubię gdy ktoś mnie okłamuje…
- Nie okłamałam Cię, zataiłam prawdę, a to różnica –
przerwałam mu.
- Naprawdę, wielka mi różnica – oznajmił z ironią w głosie.
- A żebyś wiedział…
Nie pozwolił mi dokończyć, gdyż brutalnie wpił się w moje
usta. Całował mnie namiętnie, zachłannie jednocześnie przyciskając do drzewa.
- Daj mi szansę – szepnął patrząc mi w oczy – Chcę się
cieszyć Tobą, chcę z Tobą być… Chcę poczuć smak prawdziwej miłości.
Patrzyłam na niego, byłam w szoku. Słowa wypływające z jego
ust były piękne, nieziemskie. Czułam, że mu ulegam, był to odruch bezwarunkowy,
nic nie mogłam na to poradzić. Moje serce biło szybko, czułam jak obija się o
żebra. Nie zważając na nic wtuliłam się w Nathana, objął mnie swoimi ramionami.
Z moich oczu popłynęły łzy, przy nim czułam się bezpieczna, ufałam mu
bezgranicznie, i co najważniejsze, kochałam bardziej niż własne życie.
- Kocham Cię. I nie ważne, co będzie potem, liczy się tylko
teraźniejszość, my i nasza miłość – powiedział spokojnym tonem – Wystarczy
jedno Twoje słowo, nie przyjmuję odmowy… .
- Tak… - szepnęłam po dłuższej chwili.
Usta Nathana wygięły się w uśmiech, a potem ponownie
złączyliśmy się w pocałunku.
- Jeśli umrę… A Ty będziesz cierpiał… Nie wybaczę sobie
tego, nie wybaczę tego, że pozwoliłam Ci się we mnie zakochać… - oznajmiłam
przez łzy.
- Nie mów tak. Nie zakładaj od razu, że się nie uda… -
próbował mnie pocieszyć.
- Chciałabym wierzyć, że wszystko się ułoży, lecz życie
lubi płatać figla i nie zawsze jest takie kolorowe jakby się mogło wydawać.
Próbuję wierzyć ale nie wychodzi mi to… Ale nie mówmy już o tym – poprosiłam –
Okaże się, co czas przyniesie…
Skinął głową i pocałował w czoło. Objął mnie ramieniem i
tak wróciliśmy do środka…
Kwestie Nathana nie były pisane przeze mnie ;D
I ten rozdział jest taki przewidywalny...
I ten rozdział jest taki przewidywalny...
Tylko nie bijcie!! <333





