poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Rozdział 13.


Przez kilka minut wpatrywałam się tępym wzrokiem w dwie idealnie pasujące do siebie połówki zdjęcia. Jeśli Tom potwierdzi, że to on jest na zdjęciu, a dziewczynka obok to jego siostra, co jest bardzo prawdopodobne to przypadkiem odnalazłam… brata. Musiałam się upewnić, musiałam go zapytać.
- Tom... – zaczęłam łamiącym się głosem – Spójrz – poprosiłam i podsunęłam mu fotografię.
Przyglądał jej się chwilę.
- Skąd masz druga połówkę? – zapytał patrząc na mnie uważnie – To jestem ja z moją siostrą….
- Dostałam ją dziś od rodziców – oznajmiłam bliska płaczu – Jeśli to jesteś Ty, a to jestem ja – zaczęłam wskazywać na dzieciaki na zdjęciu – To jesteśmy rodzeństwem…
Rozpłakałam się. Po tylu latach odnalazłam brata, a jeśli brata to także biologicznych rodziców…
- Ale jak… - zaczął chłopak, przerwałam mu.
- Zostałam adoptowana, gdy miałam dwa lata. Rodzice zabrali mnie z domu dziecka w Londynie… - mówiłam poprzez łzy – Opowiadali mi zawsze, że jedna z opiekunek sierocińca znalazła mnie poza miastem. Byłam sama, mała, więc zabrały mnie do domu dziecka. Zgłoszono to na policję ale nikt się nie zgłosił, nikt mnie nie szukał. Jedynym śladem była połówka zdjęcia ale w niczym nie pomogła….
- Jak to nikt nie szukał? Szukaliśmy Cię, rodzice nie dawali za wygraną… Ale prawda jest taka, że nie szukaliśmy Cię aż w Londynie… - dodał smutny.
Między nami zapanowała cisza.
- Nie wierzę! – wnet krzyknął na cały głos zrywając się na równe nogi – Louise! Ty żyjesz! Po tylu latach! - podbiegł do mnie i zaczął mocno przytulać.
Żyję, na razie, dodałam w myślach.
- Tom... – próbowałam wyrwać się z jego stalowego uścisku.
- Odnalazłem siostrę! – krzyczał nadal, a z jego oczu ponownie popłynęły łzy, tym razem były to łzy szczęścia.
Z kolei ja byłam w totalnym szoku. Pogodziłam się z tym, że rodzice mnie nie kochali, nie chcieli, więc oddali do domu dziecka. A okazało się, że to wszystko wina pijanego kierowcy, który spowodował wypadek i w wyniku czego najzwyczajniej się zgubiłam.
- Tom do cholery! Połamiesz mi żebra! – krzyknęłam uwalniając się wreszcie z jego uścisku.
- Ja chcę się tylko Tobą nacieszyć… - zaczął.
- Ale ja nie chcę – przerwałam mu poważnym tonem – Myślisz, że teraz, że przez kilka chwil nadrobisz to wszystko? Że wszystko wróci do normy, że będzie tak jak kiedyś było? Mylisz się! Poznałam Ciebie ale lepiej by było, gdyby tak się nie stało…
- Ale rodzice… Oni nadal za Tobą tęsknią, chcieliby Cię zobaczyć…
- Nie będą chcieli się ze mną spotkać dopóki im nic nie powiesz.
- A Ty byś nie chciała? – zapytał z nadzieją.
- Nie – oznajmiłam stanowczo – Jest jak jest, nic się teraz nie zmieni tylko dlatego, że jesteśmy rodzeństwem. Zrozum, nie chcę niszczyć spokoju naszych rodzin, nie chcę cierpieć… - zakończyłam już szeptem.
Odwróciłam się od chłopaka i nacisnęłam klamkę.
- Nikomu ani słowa, rozumiesz? – uprzedziłam go i opuściłam jego pokój.
Schodziłam po schodach z przeświadczeniem, że tak będzie lepiej. Po co wszystko komplikować skoro i tak za niedługi czas być może umrę? Po co poznawać prawdziwych rodziców i robić im złudną nadzieję, a potem się okaże, że umrę, a oni znowu będą cierpieć… Ale też nie będę wredna, obiecałam sobie, że jeśli przeżyję pójdę do nich i pokażę, że żyję, że nic mi nie grozi…
Przerwałam swoje rozmyślania z chwilą, gdy do przedpokoju wszedł… Nathan. Zdążyłam złapać się poręczy w ostatniej chwili, inaczej wywinęłabym orła. Spojrzał na mnie tymi swoimi zielonymi i przenikliwymi oczami, zamarłam, tak samo jak on. Przez kilka chwil patrzyliśmy na siebie nie mrugając oczami.
- Nathan, idziesz? – rozległo się z kuchni czyjeś wołanie, a sekundę potem w holu pojawiła się również Michelle, co przerwało niezręczną ciszę.
- Tak, tak – oznajmił szybko Nath i zniknął w kuchni.
- Sorry – wyszeptała Michelle.
- Nie ma sprawy – odparłam i również poszłyśmy do kuchni.
Na stole stał już tort. Na wierzchu było napisane „Louise, Happy 18th Birthday!”.
- Co z Tomem? – zapytała od razu Kelsey.
- Z Tomem? – upewniłam się.
- Tak, słyszeliśmy jakieś krzyki – oznajmiła Jess.
- To nic poważnego…. – zaczęłam.
- Jestem! – krzyknął sam zainteresowany.
- Świetnie, są wszyscy. Teraz pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczki – poinformowała Kelsey obejmująca Toma.
Zanim zdmuchnęłam świeczki rozejrzałam się po twarzach wszystkich tu zebranych. Dłużej przyglądałam się Nathanowi, lecz ten patrzył w zupełnie innym kierunku.
„Niech wszyscy będą szczęśliwi” pomyślałam i zdmuchnęłam osiemnaście świeczek.
Rozległy się brawa, a potem dziewczyny pokroiły tort, a Max nalał szampana do kieliszków. Przyjaciele wznieśli toast i zaczęliśmy jeść słodkości. Towarzyszyły temu głośne rozmowy i czasami również pokrzykiwania. Jedynie ja, Nathan i Tom nic nie mówiliśmy, z nikim nie chcieliśmy rozmawiać.
Gdy zjadłam swoją porcję odstawiłam pusty talerz do zlewu.
- Przejdę się – oznajmiłam.
Nikt nie miał nic przeciwko, więc szybko wciągnęłam buty i kurtkę i wyszłam przed dom. Ruszyłam do ogrodu, zrobiłam wokół niego jedna rundkę, by w końcu oprzeć się o jedno z wielu drzew. Stałam tak nie myśląc o niczym, relaksowałam swój umysł. Ale nie trwało to długo. Tom moim bratem, Nathan nadal na mnie zły… te dwie myśli nie dawały mi spokoju. Dlaczego dzisiaj, dlaczego teraz tak wszystko się komplikuje?
Nie zauważyłam nawet kiedy Nathan również oparł się o drzewo po drugiej stronie. Milczał, nie wiedziałam, czy chcc coś powiedzieć tylko nie może, czy czeka aż ja zacznę.
- Nadal jesteś zły, tak? – zapytałam.
Nadal milczał, więc uznałam to jak potwierdzenie. No tak, czego ja oczekiwałam…
- Więc po co za mną przyszedłeś? – zapytałam ponownie.
Cisza. Dałam się już na spokój, skoro nie chce ze mną gadać to nie będę się wysilać.
- Wtedy, powiedziałem kilka słów za dużo – odezwał się po kilkunastu minutach.
Wzruszyłam ramionami.
- Źle to sformułowałem… Chodziło mi o to, że gdybym wiedział wcześniej inaczej bym to rozegrał…
- Nie prawda – oznajmiłam krótko – Nathan, ludzie pod wpływem impulsu mówią różne rzeczy ale nigdy nie kłamią. Powiedziałeś to, co chciałeś powiedzieć.
- Powiedziałem to, czego nie chciałem, czego teraz żałuję… - powiedział i stanął naprzeciw mnie – Chciałem Ci powiedzieć, że gdybym wiedział zachowałbym się inaczej, wszystko potoczyłoby się w lepszym kierunku. A zareagowałem tak, bo nie lubię gdy ktoś mnie okłamuje…
- Nie okłamałam Cię, zataiłam prawdę, a to różnica – przerwałam mu.
- Naprawdę, wielka mi różnica – oznajmił z ironią w głosie.
- A żebyś wiedział…
Nie pozwolił mi dokończyć, gdyż brutalnie wpił się w moje usta. Całował mnie namiętnie, zachłannie jednocześnie przyciskając do drzewa.
- Daj mi szansę – szepnął patrząc mi w oczy – Chcę się cieszyć Tobą, chcę z Tobą być… Chcę poczuć smak prawdziwej miłości.
Patrzyłam na niego, byłam w szoku. Słowa wypływające z jego ust były piękne, nieziemskie. Czułam, że mu ulegam, był to odruch bezwarunkowy, nic nie mogłam na to poradzić. Moje serce biło szybko, czułam jak obija się o żebra. Nie zważając na nic wtuliłam się w Nathana, objął mnie swoimi ramionami. Z moich oczu popłynęły łzy, przy nim czułam się bezpieczna, ufałam mu bezgranicznie, i co najważniejsze, kochałam bardziej niż własne życie.
- Kocham Cię. I nie ważne, co będzie potem, liczy się tylko teraźniejszość, my i nasza miłość – powiedział spokojnym tonem – Wystarczy jedno Twoje słowo, nie przyjmuję odmowy… .
- Tak… - szepnęłam po dłuższej chwili.
Usta Nathana wygięły się w uśmiech, a potem ponownie złączyliśmy się w pocałunku.
- Jeśli umrę… A Ty będziesz cierpiał… Nie wybaczę sobie tego, nie wybaczę tego, że pozwoliłam Ci się we mnie zakochać… - oznajmiłam przez łzy.
- Nie mów tak. Nie zakładaj od razu, że się nie uda… - próbował mnie pocieszyć.
- Chciałabym wierzyć, że wszystko się ułoży, lecz życie lubi płatać figla i nie zawsze jest takie kolorowe jakby się mogło wydawać. Próbuję wierzyć ale nie wychodzi mi to… Ale nie mówmy już o tym – poprosiłam – Okaże się, co czas przyniesie…
Skinął głową i pocałował w czoło. Objął mnie ramieniem i tak wróciliśmy do środka…


Kwestie Nathana nie były pisane przeze mnie ;D
I ten rozdział jest taki przewidywalny...
Tylko nie bijcie!! <333


sobota, 21 kwietnia 2012

Rozdział 12.


Obudziłam się następnego dnia już we własnym łóżku. Przeciągnęłam się i wstałam. Byłam w ubraniach z poprzedniego dnia, więc podeszłam do szafy i wybrałam czyste ciuchy. Były to ciemne dżinsy, niebieski t-shirt z nadrukiem i sweterek w ciemnym odcieniu szarości. Poszłam do łazienki wziąć prysznic. Uczesałam się, umalowałam i byłam gotowa. Zeszłam do kuchni, rodzice i Mike już tam byli i jedli śniadanie.
- Dzień dobry – przywitałam się – Zasnęłam wczoraj na kanapie czekając na Was. I co, udało się? – zapytałam szybko.
Wszyscy spojrzeli na mnie. Nic nie mogłam odczytać z ich wyrazów twarzy.
- Mike należy do naszej rodziny – oznajmił tata, a ja z radości podskoczyłam kilka razy i rzuciłam się każdemu w ramiona.
Byłam bardzo szczęśliwa, że Mike zostanie z nami. Gdy uspokoiłam trochę emocje zasiadłam przy stole i zabrałam się za śniadanie. Gdy całą rodziną skończyliśmy posiłek pomogłam mamie pozmywać, a potem poszłyśmy do salonu. Oglądaliśmy jak to w niedzielę jakiś film, gdy rodzice podnieśli się i poszli na górę. Wrócili po chwili niosąc wielkiego miśka w spodenkach i koszulce z moim imieniem.
- Wszystkiego najlepszego, kochanie! – zawołali razem.
No tak, dziś obchodziłam 18 rodziny, w pień zapomniałam. Wstałam i podeszłam do rodziców.
- Dziękuję – podziękowałam i przytuliłam ich bardzo mocno.
Mike również złożył mi życzenia, nic dla mnie nie miał, prezent nie był najważniejszy. Wystarczyło, że był z nami.
- Nie wiedzieliśmy co Ci kupić… - zaczęła mama.
- Sprawdź kieszenie – oznajmił tata.
Usiadłam z miśkiem na kolanach z powrotem na kanapie i przeszukałam kieszenie. W jednej znalazłam dowód, który prawnie oznaczał, że jestem już pełnoletnia. W drugiej znalazłam pieniądze, z kolei w trzeciej i ostatniej było zdjęcie. Wzięłam je w dłonie i przyjrzałam się. Fotografia była stara. W górnej części miała nierówne brzegi, jakby została przerwana. Przedstawiała dwoje małych dzieci trzymających się za dłonie i obejmowanych przez czyjeś ręce.
- To Ty, gdy byłaś mała – poinformowała mnie mama wskazując na dziewczynkę.
- A ten chłopiec obok? – zapytałam.
- Opiekunki w sierocińcu, a także i my domyślamy się, że mógł to być twój brat… - kontynuowała.
- Chcieliśmy dać Ci te zdjęcie wcześniej ale zapodziało się, znaleźliśmy je, gdy się przeprowadzaliśmy – rzekł tata.
- Nic nie szkodzi, to i tak nie ma teraz znaczenia… - oznajmiłam.
Ponownie spojrzałam na zdjęcie, na chłopca. No oko mógł być 3-5 lat starszy ode mnie, miał brązowe oczy, uśmiechał się. Widziałam małe podobieństwo między nami, a to oznaczało, że jednak miałam brata. Jednak miałam kochającą rodzinę. Ale dlaczego to się zepsuło, dlaczego trafiłam do sierocińca, dlaczego mnie nie odnaleźli… Nasuwały mi się tysiące pytań, na które nie znałam odpowiedzi. W moich oczach pojawiły się pojedyncze łzy, więc zamrugałam szybko, żeby rodzice nic nie zauważyli i schowałam fotografię do kieszeni dżinsów z postanowieniem, żeby się jej pozbyć.
Zapanowała chwilowa cisza, którą przerwał tata.
- Co byś powiedziała na wspólny rodzinny wypad na miasto? – rzucił propozycję tatuś.
- Świetny pomysł – ożywiłam się od razu.
- W takim razie za kilka minut wychodzimy – oznajmiła mama, a ja i Mike pognaliśmy na górę do swoich pokoi.
Miśka położyłam na łóżku, pieniądze i dowód włożyłam do portfela, a portfel wraz z komórką wrzuciłam do małej torby. Zeszłam na dół, by się ubrać. Założyłam skaty, kurtkę i byłam gotowa. Razem opuściliśmy dom i udaliśmy się do samochodu.
Pół godziny później tata zaparkował na podziemnym parkingu centrum handlowego. Ruszyliśmy na jego podbój. Łaziliśmy po sklepach do południa, w większości rodzice kupowali nowe ubrania Mike’owi, bo stare się nie nadawały. Ja też się załapałam na nową bejsbolówkę i adidasy. Wreszcie poszliśmy do restauracji na wyśmienity obiad, a na zakończenie odwiedziliśmy park.
Gdy tak sobie spacerowaliśmy i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym zadzwoniła moja komórka. Wyjęłam ją z torby i spojrzałam na wyświetlacz. Dzwoniła Jessica. Nacisnęłam na zieloną słuchawkę i rozpoczęłam rozmowę.
- Hej – przywitałam się.
- Siemka – usłyszałam po drugiej stronie – Dzwonię w sprawie twoich dzisiejszych urodzin – oznajmiła z radością.
- Skąd wiesz? – zapytałam zdezorientowana.
- Nie ważne. Chciałam Cię zabrać do domu chłopaków, bo zorganizowaliśmy takie małe przyjęcie, wiesz, tort i te sprawy. No i jeśli jesteś w domu, to po Ciebie przyjedziemy…
- Jess, dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Może nie miałam na to ochoty…. – zapytałam z wyrzutem.
- Jak bym Ci powiedziała nie zgodziłabyś się… - zaczęła blondynka.
- Masz rację, teraz też się nie zgadzam – oznajmiłam.
- Teraz to Ty nie masz innego wyjścia moja droga, mów gdzie jesteś, a zaraz po Ciebie przyjedziemy – upierała się przy swoim Jess.
Nie odpowiedziałam jej nic, bardziej martwiłam się, ze Nathan nie będzie zadowolony moją obecnością.
- Myślisz o Nathanie? – zapytała – Nie martw się, nie wrócił jeszcze z Gloucester, jest jeszcze strasznie wkurzony – poinformowała mnie.
- A to wszystko przeze mnie… No dobra, niech Ci będzie, jestem teraz w parku przy Royal Street.
- Ok, będziemy za 15 minut – oznajmiła Jessica i rozłączyła się.
Poinformowałam rodziców o moich planach, nie mieli nic przeciwko, żebym poszła na to przyjęcie. Pożegnaliśmy się i rodzice wraz z Mike’m wrócili do domu. Przyjaciele pojawili się równo po 15 minutach. Była to Jessica wraz z Jayem za kierownicą. Wsiadłam do auta i w ciszy zmierzaliśmy do domu chłopaków z The Wanted.
Gdy tylko przekroczyłam próg ich domu Nareesha, Michelle, Kelsey, Siva, Max, a także Jessica z Jayem rzucili się złożyć mi życzenia urodzinowe i wręczyć symboliczne prezenty. W całym tym towarzystwie brakowało mi jeszcze ciągle uśmiechniętego Toma.
- Tom jest w swoim pokoju i nie chce z niego wyjść, w ogóle ma dziś kiepski humor – oznajmiła jego dziewczyna, Kelsey.
- Może ja spróbuję i go przekonam? – rzuciłam niepewnie.
- Jak chcesz możesz spróbować, tylko szybko, tort czeka – rzekła Kels, a ja ruszyłam po schodach na górę, potem korytarzem do jego pokoju.
Delikatnie zapukałam w drzwi i nasłuchiwałam. Zapukałam ponownie.
- Proszę – usłyszałam zrezygnowany głos chłopaka.
Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Tom leżał na łóżku i patrzył w sufit.
- Cześć Tom – przywitałam się.
- Witaj – odpowiedział i podniósł się – I wszystkiego najlepszego – złożył mi życzenia i objął.
- Kelsey powiedziała, że jesteś nie w sosie – zaczęłam.
Chłopak westchnął i ponownie legł na swoim łóżku.
- Nie mam nastroju. I nie przejmuj się mną, baw się dobrze z resztą – oznajmił.
- Nie wyjdę bez Ciebie, impreza bez Ciebie to nie impreza – rzekłam – I nie licz, że sobie pójdę. Jak to Nath określił, jestem uparta tak samo jak Ty – powiedziałam z uśmiechem.
- No to sobie posiedzimy…
Tom ponownie zapatrzył się w sufit, a ja postanowiłam pooglądać sobie jego zdjęcia, które stały na biurku czy komodzie. Podeszłam właśnie do owej komody, gdy w moje oczy rzuciło się jedno ze zdjęć. Było ono w brązowej ramce. Zdjęcie było dość stare, na co wskazywały liczne zagniecenia. Fotografia przedstawiała kobietę i mężczyznę obejmujących się i uśmiechających. Wyglądali na bardzo szczęśliwe małżeństwo. Coś mnie podkusiło i wzięłam ramkę ze zdjęciem i usiadłam obok Toma.
- Tom, to twoi rodzice? – zapytałam z ciekawością.
Chłopak usiadł i spojrzał na ramkę.
- Tak, moi rodzice, miałem wtedy 8 lat – oznajmił – Tu byliśmy jeszcze szczęśliwą rodziną… Kilka miesięcy potem wszystko się posypało…
- Tom, możesz mi zaufać…
- Jechaliśmy samochodem. Rodzice, ja i moja młodsza siostra. Był wieczór, padał deszcz. Nie pamiętam zbyt wiele ale jedyne, o czym nie mogę zapomnieć to błysk świateł, a potem huk, krzyki… To był pijany kierowca, zasnął za kierownicą i uderzył w nasz samochód… - opowiadał chłopak, w jego oczach zaszkliły się łzy – W tym wypadku straciłem siostrę… Nie, nie umarła – dodał szybko widząc szok na mojej twarzy – Zaginęła… Szukaliśmy jej cały czas, bez skutku… Lata mijały, powoli oswoiliśmy się z myślą, że nie ma jej z nami. Najgorsze jest to, że nie wiemy, czy żyje… Tak chciałbym znowu ją zobaczyć! – ostatnie słowa wykrzyczał.
Na jego twarzy malował się wielki ból i cierpienie. Łzy spływały po jego policzkach, również się rozpłakałam. Cała ta historia była bardzo smutna…
- Właśnie to zdjęcie ucierpiało w wypadku – kontynuował po chwili – Ono nie jest całe, brakuje drugiej połówki, na której jestem ja z siostrą… – oznajmił i wskazał na dolną część.
Przyjrzałam się uważnie fotografii. Jakiś wewnętrzny głos kazał mi wyjąć z kieszeni zdjęcie, które dostałam dziś od rodziców. Niewiele myśląc sięgnęłam po nie i ostrożnie przyłożyłam do zdjęcia w ramce…


Rozdział dedykuję Monice, która oznajmiła mi, że moje komentarze pod każdym rozdziałem są zbędne i nie na miejscu ;*** Tak więc przestanę je pisać ;D

Przepraszam, że musieliście tyle czekać ale problemy....

sobota, 14 kwietnia 2012

Rozdział 11.

Powoli otworzyłam oczy. Leżałam we własnym łóżku, nadal odczuwałam zmęczenie ale nie aż tak duże jak poprzedniego wieczora. Kątem oka zauważyłam Nathana siedzącego na kanapie i chowającego twarz w dłoniach.
- Nath? – szepnęłam.
Chłopak automatycznie spojrzał w moim kierunku, a po chwili siedział obok mnie na łóżku. Przez kilka dobrych chwil przyglądał mi się uważnie.
- Jak się czujesz? – zapytał w końcu.
- Znacznie lepiej… - odpowiedziałam i dopiero teraz zobaczyłam jego zaczerwienione oczy – Nath, Ty płakałeś…
- Nie…
- Kłamiesz – przerwałam mu.
Patrzyliśmy sobie w oczy i Nathan w końcu odwrócił się ode mnie. Po jego policzku spłynęła samotna łza. Od razu usiadłam i położyłam rękę na jego ramieniu ale chłopak odsunął się. Zapanowała niezręczna cisza, którą przerwał Nath.
- Ja…  słyszałem rozmowę Jessici z twoją mamą… - gdy wypowiedział te słowa na jego i moich policzkach pojawiły się łzy wielkości ziarnek grochu – Dlaczego mi nie zaufałaś? – zapytał przez łzy, w jego głosie wyczuwałam pretensje.
- Myślałam, że tak będzie lepiej…
- Źle myślałaś! Gdybyś powiedziała na początku wszystko inaczej by się potoczyło!
- Masz rację! – również podniosłam głos – Przynajmniej miałabym pewność, że się we mnie nie zakochasz! Bo jaki sławny piosenkarz chciałaby chorą dziewczynę! – krzyczałam przez łzy – Szkoda twojego wysiłku! Nie chcę Cię znać, żałuję, że Cię poznałam! A teraz wynoś się!
Nie zwlekał długo, szybko wyszedł z mojego pokoju trzaskając drzwiami. Gdy zniknął wtuliłam twarz w poduszkę i płakałam. To była wszystko moja wina, zawaliłam po całej linii, zraniłam go… Jestem idiotką!
Nie wychodziłam z pokoju przez cały dzień, nic nie jadłam mimo usilnych próśb mamy, nie chciałam z nikim rozmawiać, nie odbierałam telefonów od Jess. Byłam załamana, miałam dość tego wszystkiego. Dlaczego to nie może się już skończyć, ile muszę jeszcze czekać?!
Pod wieczór postanowiłam iść na spacer, miałam nadzieję, że to pomoże mi uspokoić skołatane nerwy.
- Idę się przejść – poinformowałam rodziców, założyłam adidasy i kurtkę i wyszłam uprzednio sprawdzając, czy nie zapomniałam komórki i pieniędzy.
Na szczęście nie było ciemno. Ruszyłam do pobliskiego parku, gdzie bardzo długo spacerowałam. Nie obchodziło mnie ile czasu minęło. Delektowałam się ciszą i świeżym powietrzem. Po dwóch godzinach miałam wracać, żeby rodzice się nie denerwowali. Właśnie wychodziłam z parku, gdy ktoś na mnie wpadł przewracając mnie.
- Nic Ci nie jest? – usłyszałam zdenerwowany i zasapany męski głos.
Spojrzałam na nieznajomego. Ujrzałam przed sobą chłopca, na oko miał nie więcej niż 16 lat. Wyciągał do mnie rękę.
- Przepraszam, nie zauważyłem Cię – zaczął się tłumaczyć, gdy pomógł mi wstać.
- Nic się wielkiego nie stało – oznajmiłam i wymusiłam uśmiech.
Widziałam, że chłopiec był zdenerwowany. Raz po raz rozglądał się wokół, jakby czegoś się obawiał. Na ramieniu miał dużą torbę, a pod okiem limo.
- Jeszcze raz przepraszam – rzekł – A teraz musze już iść – oznajmił, odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie.
Nie wiem czemu ale miałam dziwne wrażenie, że coś jest nie tak, musiałam zareagować. Czułam, że ten chłopak jest mi bliski.
- Zaczekaj! – zawołałam i dogoniłam go – Co Ci się stało? – zapytałam od razu wskazując na jego policzek.
- Nic wielkiego – wyraźnie unikał odpowiedzi.
- Skąd dałeś nogę? – zadałam kolejne pytanie, po jego minie wnioskowałam, że trafiłam w sedno.
- Ehh, ale musisz mi obiecać, że mnie nie wydasz – poprosił zrezygnowany.
- Obiecuję ale najpierw usiądźmy – podeszliśmy do najbliższej ławki i zajęliśmy miejsce – Jestem Louise – przedstawiłam się.
- Mike – i uścisnęliśmy swoje dłonie.
-Więc? – zaczęłam.
- Dałem nogę z sierocińca – oznajmił krótko – Inne dzieciaki biły mnie, znęcały się nade mną i dziś uciekłem – opowiedział widząc moją zdziwioną minę.
- Też byłam w sierocińcu ale zostałam adoptowana – rzekłam, wiedziałam, że mogę mu zaufać.
- A twoi rodzice? – zapytał chłopak.
- Olali mnie, tak po prostu…
- Mamy nie znałem, zmarła przy porodzie, a tata umarł rok temu – opowiedział, jego oczy zaszkliły się.
- Nie znałam ich i szczerze mówiąc nie chcę znać. Nie chcę wiedzieć, co się z nimi dzieje. Nie obchodzi mnie, dlaczego mnie zostawili. Mam rodziców, kocham ich i to się liczy…
- Trochę nas łączy – rzekł wymuszając delikatny uśmiech.
- Trochę… A gdzie ty się teraz podziejesz?
- Nie wiem, na razie chcę uciec jak najdalej, żeby mnie nie znaleźli.
- Wiem, zabiorę Cię do siebie – oznajmiłam – Rodzice nie będą mieli nic przeciwko – sprostowałam szybko nie dając mu dojść do słowa – Nie pozwolę włóczyć Ci się po nocy po Londynie.
W końcu, po długich namowach zgodził się iść ze mną. Rodzice też nie mieli nic przeciwko, by zatrzymał się u nas na jakiś czas gdy dowiedzieli się o wszystkim. Po wspólnej kolacji zaprowadziłam Mike’a do pokoju gościnnego i pokazałam łazienkę. Gdy się wykąpałam poszłam do pokoju chłopaka. Chciałam z nim porozmawiać, poznać lepiej. Bez wahania opowiadałam mu o sobie, o swoim życiu w LA, jak i po przyjeździe do Anglii. Opowiedziałam również o problemach ze zdrowiem, o tym, ze niedługo umrę. Oczywiście nie obyło się bez płaczu. Potem Mike zaczął swoją opowieść, słuchałam go uważnie. Tak jak ja wiele w życiu przeszedł. Rozmawialiśmy do czwartej rano…
Gdy skończyły nam się tematy wróciłam do swojego pokoju i rzuciłam na łóżko. Dzięki niemu zapomniałam o sytuacji z Nathanem. Byłam pod wielkim wrażeniem Mike’a i tuż przed samym zaśnięciem postanowiłam zrobić wszystko, by móc nazwać go bratem. Był mi bardzo bliski, a po drugie nie chciałam, żeby rodzice zostali sami po mojej śmierci…
Przez kilka kolejnych dni rozmawiałam z rodzicami, gdy byliśmy sami, czy nie mogliby adoptować Mike’a. Doskonale wiedzieli, że robię to dla nich, żeby nadal tworzyli rodzinę z ta tylko różnicą, że to Mike zajmie moje miejsce. Z każdym kolejnym dniem rodzice coraz bardziej miękli i  w końcu po moich długich staraniach zgodzili się, by Mike dołączył do rodziny. Od razu przedstawili propozycję chłopakowi. Zgodził się, to była jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Wreszcie mogłam mieć brata, tylko teraz wszystko zależało od Sądu Rodzinnego, czy przyzna prawa do opieki moim rodzicom. Cały proces adopcji trwał długo, ponad tydzień. Cała ta papierkowa robota, testy, rozmowy, koszmar.
Sobota, dziś mieliśmy dowiedzieć się, czy Mike zostanie pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Rodzice i brat pojechali na rozprawę przed południem, a teraz nadchodził wieczór. Byłam sama w domu, zżerały mnie nerwy i ta niepewność. Nie wiedziałam co mam z sobą zrobić, bezczynnie chodziłam po domu nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Wreszcie zasiadłam na kanapie i włączyłam telewizor. Włączyłam pierwszy lepszy kanał muzyczny. Nie minęło dużo czasu jak na ekranie zobaczyłam… Nathana z resztą zespołu. Piosenka, którą śpiewali nosiła tytuł „Warzone” i była bardzo piękna. Przy niej od razu wróciło wspomnienie naszej kłótni. Tego samego dnia wieczorem Jessica napisała mi smsa, że Nath wrócił do domu, spakował się i pojechał do Gloucester. Moje oczy zaszkliły się. Zasnęłam na kanapie…



Ale zamuliłam...
Pisany przy Nickelback - Lullaby, kocham tą piosenkę <333

środa, 11 kwietnia 2012

Rozdział 10.

- Jess! - zawołał Nath, gdy tylko znaleźliśmy się w holu.
- Co wy robiliście, że jesteście cali w śniegu? – blondynka zapytała na nasz widok.
- Udam, że nie słyszałem tego pytania. Nie pogrążaj się Jess, i tak jesteś blondynką – zgasił siostrę Nathan.
- Świnia! – zawołała za nim, kiedy ten szedł już do salonu – A Ty chodź ze mną – oznajmiła Jess, więc zdjęłam buty i kurtkę, z której sypał się śnieg.
Przy stole w kuchni siedziały trzy bardzo ładne dziewczyny.
- Lou, poznaj dziewczyny chłopaków. Michelle, dziewczyna Maxa. Nareesha, dziewczyna Sivy oraz Kelsey, dziewczyna Toma – przedstawiła mi je kolejno Jessica.
- Witaj – przywitały się ze mną.
- Cześć, miło mi Was poznać – również się przywitałam.
- Dziewczyno, przecież Ty jesteś cała mokra – zaczęła Nareesha.
- Nathan wrzucił mnie w zaspę – oznajmiłam.
- Chodź, dam Ci swoje ciuchy, bo jeszcze się nam przeziębisz – zaproponowała Kelsey.
- Naprawdę, nie trzeba, zaraz wyschnę – próbowałam się wymigać.
Niestety, Kelsey zaciągnęła mnie na górę. Weszłyśmy do jakiegoś pokoju na końcu długiego korytarza.
- To pokój Toma ale mam tu swoje rzeczy – poinformowała mnie i otworzyła drzwi – A Ty co tu robisz? – zapytała kogoś, kto był już w pokoju.
Weszłam za nią do środka i zobaczyłam Natha grzebiącego w szafie Toma. Stał do nas tyłem i nie miał na sobie koszulki. Natomiast z nisko opuszczonych spodni wystawały mu bokserki.
- Szukam koszulki, swoją mam mokrą – mówiąc to odwrócił się do nas, a gdy mnie zobaczył uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo – Tak, Lou też się przebierz, bo chora będziesz.
- I będzie to wyłącznie twoja wina… - zaczęłam.
- Ale to ty pierwsza mnie popchnęłaś…
- Ale ty się na mnie rzuciłeś i zacząłeś mnie nacierać! – zawołałam.
- Bo sobie zasłużyłaś…
- Dosyć! – krzyknęła w końcu Kels – Zachowujecie się jak dzieci. Nath, jak już wybrałeś sobie tą koszulkę to spadaj.
- Ok, spokojnie, już mnie nie ma – oznajmił, wciągnął na siebie koszulkę Toma i opuścił pokój nadal uśmiechając się pod nosem.
- Ten to zawsze uchachany – rzekła Kels i zaczęła grzebać w swoich ciuchach.
- Mogą być dresy? A koszulkę dam Ci Toma, bo nie mam takiej, która by pasowała – rzekła.
- Jasne, nie mam nic przeciwko – odpowiedziałam szybko.
- Trzymaj, jak się przebierzesz to mokre ubrania powieś na grzejniku w łazience, drzwi na końcu korytarza i zejdź do nas – dziewczyna podała mi ubrania i wyszła z pokoju.
Najpierw zmieniłam spodnie, a potem ściągnęłam z siebie mokrą bluzę i bluzkę i założyłam t-shirt Toma. Jak mówiła Kels, poszłam do łazienki powiesić mokre ubrania, a gdy z niej wychodziłam wpadłam wprost w objęcia Natha.
- A tobie nadal mało? – zapytałam oschle próbując się wyswobodzić.
- Nie uciekaj, bo tym razem wrzucę Cię pod prysznic – ostrzegł mnie, a ja momentalnie się uspokoiłam – Ładnie wyglądasz w tych dresach i przy dużej koszulce…
- Nath, czego ty ode mnie chcesz? Powiedz mi to i zakończmy sprawę, bo nie wiem czy wiesz ale mecz miałeś oglądać… - zaczęłam ale Nathan mi przerwał całując mnie ponownie tego dnia.
- Pal licho mecz. Zrozum, jesteś piękna, udajesz niedostępną co mnie jeszcze bardziej do Ciebie przyciąga. Kocham Cię… - powiedział, gdy nasze czoła stykały się ze sobą.
- Znasz powiedzenie, co zakazane najlepiej smakuje? – zapytałam, przytaknął – Więc ja jestem tym zakazanym owocem, nie możesz mnie mieć, nie mogę z Tobą być. Ale nie mogę powiedzieć też, że Cię nie kocham, bo bym skłamała.
- Kocham Cię, Ty kochasz mnie, więc do cholery, w czym rzecz?! – widziałam jak wzbiera w nim złość.
Ale co miałam mu powiedzieć? Że mam chore serce, że w ciągu najbliższych dwóch miesięcy umrę? Po co to rozpowiadać, co się stało, już się nie odstanie…
- Zostaw mnie… - poprosiłam Natha łamiącym się głosem i osunęłam po ścianie chowając twarz w dłoniach.
- Nathan, daj jej spokój, idź na dół – zarządziła Jess, która pojawiła się ni stąd ni zowąd.
- Ty wiesz, powiedziała Ci… - zaczął, a Jessica przytaknęła – Fajnie, że zawsze mnie wszystko omija – powiedział wściekły i zbiegł po schodach.
Blondynka zdążyła do mnie podejść i mnie przytulić kiedy odezwała się moja komórka. Spojrzałam na wyświetlacz, dzwoniła mama. Z każdym kolejnym słowem mamy łzy znikały, a we mnie rodziła się nadzieja, nadzieja na nowe życie.
- Lou, co jest? – zapytała Jess zaskoczona tak szybką zmianą mojego nastroju.
- Zadzwoniła mama, powiedziała, ze ma dobrą wiadomość…
- Jaką? – dopytywała blondynka.
- Jest szansa, że będę mogła dalej żyć ale konieczny jest przeszczep serca… W dzisiejszych czasach trudno znaleźć organ, lecz rodzicom się udało…
- Louise, to świetna wiadomość!
- Nie ciesz się tak, zawsze może się okazać, że mój organizm mimo zgodności odrzuci przeszczep… A wtedy już nie będzie żadnego ratunku…
- Ale sama powiedziałaś, jest nadzieja.
- Ale nie można się jej usilnie trzymać, nieraz i nadzieja nie wystarcza i potem czeka Cię wielki zawód– zakończyłam – Nie rozmawiajmy już o tym, i tak miałam za dużo wrażeń dziś…
- Dlaczego do wszystkiego podchodzisz z takim dystansem?
- Życie mnie tego nauczyło.
Podniosłam się z podłogi i razem zeszłyśmy na dół do kuchni. Dziewczyn nie było.
- Pewnie siedzą z chłopakami – oświadczyła Jess i ruszyłyśmy do salonu, gdzie męska część towarzystwa oglądała w wielkim skupieniu mecz piłki nożnej, a Michelle, Kelsey i Nareesha siedziały obok swoich chłopaków i przytulały się do nich.
- Jay i Nath, który będzie tak miły i zrobi nam miejsce na kanapie? – zwróciła się do nich blondynka.
- Dobra, siadajcie ale potem mi nie mów, że nie jestem uprzejmy – oświadczył loczek.
- Jasne – pocałowała chłopaka w policzek – Nath, posuń się – Nathan przesunął się dla świętego spokoju – Siadaj Lou – Jessica zwróciła się do mnie, a gdy jej nie posłuchałam siłą wepchnęła mnie na miejsce obok Nathana uśmiechając się przy tym triumfalnie, sama usiadła obok mnie.
Siedzieliśmy w ciszy i wgapialiśmy się w telewizor. Ja nie widziałam w tym nic ciekawego, bezcelowe bieganie za piłką i tym bardziej bezcelowe oglądanie tego.
- Idę po picie – oznajmił Jay i poczłapał do kuchni.
Wrócił po chwili niosąc dziesięć butelek piwa. Każdemu po kolei wręczał po jednej.
- Nie dziś, będę wracać samochodem – podziękował Nath.
- Ja nie mogę pić – oznajmiłam, wszyscy spojrzeli na mnie – Problemy ze zdrowiem – oświadczyłam w wielkim skrócie.
Jay nie nalegał i dwie zbędne butelki postawił na ławie. Z kolei Nathan podniósł się z kanapy i poszedł do kuchni. Wrócił niosąc dwie puszki coli.
- Trzymaj – i podał mi jedną.
- Dzięki – podziękowałam i znów zaczęliśmy oglądać nudny mecz.
Szybko wypiłam colę, a pustą puszkę odstawiłam na ławę. Mecz był tak nieciekawy, że w końcu dopadła mnie senność. Nie wiedząc kiedy moje powieki opadły i zasnęłam…
Obudziły mnie głośne rozmowy towarzystwa. Gdy otworzyłam oczy spostrzegłam, że zasnęłam z głową opartą na ramieniu Natha, a nasze dłonie były ze sobą splecione.
- Jak się spało? – zaraz usłyszałam pytanie Sivy, jednak nie odpowiedziałam na nie.
Czułam się zbyt zmęczona, jakby wszystkie siły nagle ze mnie uszły. Byłam też trochę połamana i zdrętwiała, przede wszystkim bolał mnie kark.
- Z tego co widzę, kroi się mały romans między małolatami – oznajmił Tom wskazując na nasze dłonie.
Nie miałam siły nawet zabrać swojej ręki, a tym bardziej głowy, która usilnie z powrotem opadała na ramię Nathana.
- Lou? – szepnął Nathan.
- Efekt uboczny pobytu w szpitalu… - odpowiedziałam z trudem i ponownie moje powieki się zamknęły ale nie usnęłam.
- Jess, zbieraj się – usłyszałam jakby w oddali głos Natha, a po chwili ktoś wziął mnie na ręce.
Zostałam czymś otulona i ktoś wyniósł mnie z domu do samochodu. Będąc już w samochodzie uchyliłam powieki i zobaczyłam Natha przypinającego mnie pasem.
- Zaraz będziesz w domu – poinformował mnie i sam zajął miejsce kierowcy, jeszcze przez chwilę czekaliśmy na Jessicę. Gdy dziewczyna wsiadła do auta ja tym razem totalnie odpłynęłam.
- Zanieś ją do pokoju – po jakimś czasie usłyszałam głos mamy.
Reszty nie pamiętałam...




 Pisałam go z łzawiącymi oczami, bólem głowy i gorączką...

wtorek, 10 kwietnia 2012

Rozdział 9.

Wtorek, wstałam dość wcześnie, nie mogłam spać, miałam wyrzuty sumienia. Chciałam przeprosić Nathana. W tym celu zadzwoniłam do Jessici i zapytałam, czy są w domu, nie chciałam iść i pocałować klamki. Gdy dostałam twierdzącą odpowiedź zeszłam na dół i oznajmiłam rodzicom, że wychodzę. O dziwo, nie mieli żadnych zastrzeżeń. Zawsze, gdy wychodziłam ze szpitala musiałam kilka dni spędzić w domu, dla bezpieczeństwa.
- Weź drugi komplet kluczy, my też niedługo wychodzimy i nie wiemy, kiedy wrócimy z powrotem – poprosiła mama.
- Gdzie Wy tak często ostatnio wychodzicie? – zapytałam.
- Mama pomaga mi w pracy – odpowiedział tata, i tak im nie uwierzyłam. Coś przede mną ukrywali i postanowiłam to odkryć.
Ubrałam się i wyszłam z domu. Szłam spacerkiem, już przyzwyczaiłam się do zimna panującego o tej porze roku w Anglii. Dwadzieścia minut później nacisnęłam dzwonek u drzwi domu Jessici. Blondynka chwilę potem otworzyła mi.
- Hej, wchodź – zaprosiła mnie do środka.
Weszłam, zdjęłam kurtkę i buty.
- Jest Nathan? Chciałabym z nim porozmawiać – zaczęłam.
- Jest, chodź za mną – oznajmiła i ruszyła schodami na górę.
Przeszłyśmy korytarzem na sam koniec.
- Nathan, masz gościa – poinformowała chłopaka Jessica wchodząc do jego pokoju.
- Kto przyszedł? – usłyszałam jego głos.
- Cześć – przywitałam się niepewnie pojawiając się obok Jess.
Chłopak na mój widok podniósł się z pozycji leżącej do pozycji siedzącej.
- Jeszcze Ci mało? – zapytał niezbyt miłym tonem.
Gdybym sobie nie obiecała, że będę dla niego miła to opuściłabym ten dom.
- Przekonaj się – rzekłam.
- Dobra, to ja będę na dole, tylko się nie pozabijajcie – uprzedziła nas Jessica, po czym wepchnęła mnie do pokoju Natha i zamknęła drzwi.
- Siadaj gdzie chcesz – oznajmił, usiadłam na kanapie – Więc, co Cię sprowadza? – zapytał i z powrotem wyciągnął się na łóżku wgapiając w sufit.
- Chciałam Cię przeprosić za wczoraj… - zaczęłam, nie zareagował – Przeprosić, i nie tylko za wczoraj, także za wszystkie niemiłe słowa…
Czułam się jak idiotka. Nie dość, że go przepraszałam, to ten leżał na łóżku olewając mnie.
- Co, mam jeszcze błagać Cię o wybaczenie na kolanach? – warknęłam po długiej chwili milczenia, byłam wściekła – Niedoczekanie Twoje!
Wstałam z kanapy i szybkim ruchem złapałam za leżącą na niej poduszkę, podeszłam do łóżka Natha i walnęłam nią chłopaka. Miałam właśnie nacisnąć klamkę, gdy Nathan złapał mnie za nadgarstek i odwrócił twarzą do siebie.
- Za szybko się denerwujesz – oświadczył z uśmiechem na twarzy.
Był stanowczo za blisko mnie, spróbowałam się cofnąć, lecz poczułam tylko jak dotykam plecami drzwi.
- Przeprosiłam Cię, o co jeszcze chodzi? – zapytałam.
- Nie, nadal nie usłyszałem tego jednego słowa, magicznego słowa.
- Puść mnie – syknęłam i odepchnęłam go.
- Oho, to teraz czekam na dwa magiczne słowa – oznajmił i przysunął się do mnie z powrotem, był tak blisko, że czułam jego oddech na swoim policzku – Znasz je, czy mam Cię nauczyć? Chcesz jak w przedszkolu je powtarzać do znudzenia? – zapytał z chytrym uśmieszkiem.
Nie znam słów, które mogłyby opisać jak bardzo Nathan mnie irytował. Wzięłam się w garść. Wdech, wydech.
- Przepraszam – powiedziałam szybko – Czy możesz mnie teraz puścić, proszę?
Zrobiłam, co chciał.
- Jakoś nadal nie jestem przekonany… - zaczął ale mu przerwałam.
- Przepraszam! – krzyknęłam.
- Ok, przeprosiny przyjęte – powiedział i odsunął się ode mnie.
Spojrzałam na niego i po chwili odwróciłam się. Otworzyłam drzwi i zrobiłam krok do przodu, gdy poczułam jego dłonie na swoich ramionach.
- Nie rozumiem dlaczego trzymasz mnie na dystans – szepnął mi na ucho smutnym głosem – Ale się dowiem, nie pozbędziesz się mnie tak szybko.
Postaliśmy tak jeszcze przez chwilę, po czym opuściłam jego pokój. Gdy schodziłam po schodach naprzeciw wyszła mi Jess.
- I jak? Obyło się bez bójki? – zapytała, a ja przytaknęłam – Jak tak patrzę na Twoją minę to sądzę, że Nath Cię czymś zszokował.
Ponownie przytaknęłam, a blondynka zaciągnęła mnie do kuchni.
- Nie pytam o szczegóły, to Wasza sprawa. Napijesz się czegoś?
- Nie możesz mu powiedzieć ani słowa na wiesz jaki temat. Powiedział, że się dowie…
- Nie dowie, na pewno nie ode mnie, bądź spokojna – uspokajała mnie Jess.
Z szklankami w dłoniach wróciłyśmy do salonu i rozsiadłyśmy się przed telewizorem. Nie minęło pół godziny jak w salonie pojawił się również Nathan.
- Jadę do chłopaków – oznajmił i zaczął się ubierać.
- A my? – zapytała Jess – Mamy zostać same, kiedy wy będziecie się dobrze bawić?
- Jak chcecie, możecie zostać albo jechać ze mną – rzekł Nath.
- Więc jedziemy – postanowiła Jessica – Chodź Lou, będzie fajnie – dodała widząc moją minę i pociągnęła mnie za rękę.
Kilka minut później siedzieliśmy w samochodzie. Podróż zajęła nam prawie godzinę, wszystko przez korki w centrum miasta. Wreszcie Nathan zaparkował samochód. Gdy z niego wysiadłam i rozejrzałam się wokół szczęka mi opadła. Otóż stałam przed wielkim domem, pomalowanym w odcieniu brązu. Do domu prowadziły schody i duże drzwi. Posesja ogrodzona była wysokim ogrodzeniem, wzdłuż którego rosły drzewa i krzewy niezbyt widoczne pod warstwą śniegu.
- Chodź, bo zostaniesz sama – usłyszałam głos Nathana – Jess jest już w środku, jak zwykle pierwsza.
Powoli stąpałam po oblodzonym chodniku, by nie wywinąć orła i przyglądałam sie wszystkiemu wokół.
- Szybciej – popędzał mnie Nath i zanim się zorientowałam ciągnął mnie za rękę.
- Ej! – krzyknęłam – Nie tak szybko!
Nie słuchał mnie, więc wyszarpnęłam swoją dłoń z jego uścisku, a jego samego popchnęłam w śnieg.
- Dobra, i teraz się doigrałaś – oznajmił podnosząc się z ziemi.
Niewiele myśląc zaczęłam przed nim uciekać. Jednak w pewnej chwili dostałam śnieżką w tył głowy, a potem Nathan rzucił się na mnie, i to dosłownie, i razem wylądowaliśmy w zaspie. Zdążyłam tylko zauważyć, że Nath siedzi na mnie okrakiem, by sekundę potem mógł nacierać mnie śniegiem gdzie popadnie. Krzyczałam, próbowałam go z siebie zrzucić ale chłopak był sprytniejszy i silniejszy.
- Teraz wiesz, że się ze mną nie zadziera – oznajmił łapiąc mnie za nadgarstki i pochylając nade mną, przy czym uśmiechnął się „niewinnie”.
- Złaź ze mnie – oznajmiłam, ten tylko popatrzył mi w oczy i... musnął moje wargi.
Po czym jak gdyby nigdy nic wstał i wyciągnął do mnie rękę, by pomóc mi. Zignorowałam go. W środku mnie wszystko się gotowało, byłam wściekła, co on sobie myślał.
- Co Ty sobie myślisz?! – krzyknęłam – Nie wolno Ci od tak sobie mnie całować!
- To nie moja wina, że mi się podobasz – oznajmił.
- Że niby moja?! To Ty sobie ubzdurałeś nie wiadomo co… - zaczęłam, a kilka łez spłynęło po moim policzku – Nathan, po prostu daj sobie ze mną spokój i nie utrudniaj nam obojgu życia… - poprosiłam.
- Byłoby łatwiej gdybyś powiedziała o co chodzi.
- Nie! – krzyknęłam, może trochę za głośno – Nie powiem Ci nic, i radzę, żebyś sam też nie dochodził prawdy.
- Dlaczego jesteś taka uparta?! Niczym Tom, świetnie byście się razem nadawali!
- Mam Cię dość! – oznajmiłam i odwróciłam się do niego plecami ruszając w stronę domu.
Nathan mnie wyprzedził i stanął naprzeciw mnie.
- Ale ja Cię kocham! – usłyszałam, a chwilę potem Nathan objął mnie swoimi ramionami, a nasze usta złączyły się w pocałunku. Byłam w całkowitym szoku.
- Nathan, mecz się zaczyna, idziesz? – przerwał nam Tom wychylający się z okna.
- Tom, kretynie! Nie masz za grosz wyczucia! – wrzasnął Nathan do kumpla, widać było po nim , że jest wkurzony.
A ja stałam jak sparaliżowana, nie wiedziałam co mam zrobić, co myśleć. Już nawet nie chciałam krzyczeć na Natha. Gdy Tom zniknął w środku Nathan spojrzał na mnie czułym wzrokiem.
- Chodźmy już do domu – szepnął i za rękę zaprowadził mnie do środka.



Macie, jest miło ;)

sobota, 7 kwietnia 2012

Rozdział 8.

Spacerkiem wróciłam do domu. Na szczęście rodziców nie było, przynajmniej nie zobaczą w jakim jestem stanie. Kurtkę odwiesiłam na wieszak, zdjęłam buty i zamknęłam drzwi na klucz. W kuchni napiłam się jeszcze doku i powłóczyłam do pokoju. Rzuciłam torbę w kąt, a sama walnęłam się na łóżko. Z moich oczu popłynęły pojedyncze łzy. Nie wiadomo kiedy zasnęłam…
Obudziłam się następnego dnia z bólem głowy. Najmniejszy ruch, nawet oddech sprawiały, że moja głowa pulsowała. Powoli poszłam do łazienki, musiałam się umyć i przebrać, bo zasnęłam we wczorajszych ubraniach. Zanim opuściłam pokój schowałam jeszcze komórkę do kieszeni spodni. Schodziłam właśnie po schodach, gdy oprócz bólu głowy poczułam także silny ucisk w klatce piersiowej. Był to tak silny ból, że moje ciało zostało sparaliżowane. Nie zdążyłam złapać się poręczy schodów i sturlałam się w dół. Zatrzymałam się dopiero przed drzwiami wejściowymi. Usłyszałam jeszcze krzyki mamy i po chwili odpłynęłam…
Otworzyłam oczu, które zaraz zamknęłam, gdyż raziło mnie światło padające z lamp. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do światła rozejrzałam się wokoło. Za oknem było już ciemno. Leżałam na szpitalnym łóżku podłączona pod aparaturę, natomiast do lewej ręki podłączoną miałam kroplówkę. Po drugiej stronie sali, na małej kanapie siedzieli rodzice, mama płakała, a tata obejmował ją ramieniem. Jęknęłam cicho z bólu, kiedy chciałam ruszyć prawą ręką. Rodzice od razu podeszli do mojego łóżka.
- Zawołam lekarza – oznajmił tata i wyszedł z sali.
- Lou, kochanie, tak nas wystraszyłaś – mama nadal szlochała.
Nie byłam w stanie nic jej odpowiedzieć.
- Proszę opuścić salę – poprosił lekarz, gdy się pojawił – Muszę spadać pacjentkę.
Rodzice wyszli na korytarz. Lekarz zbadał mnie, osłuchał, sprawdził dane zapisane przez aparaturę. Z każdą kolejną minutą jego mina była coraz smutniejsza, oczy pełne bólu.
- Niech mi pan powie, jaka jest sytuacja.. – poprosiłam.
Widziałam, że chciał na mnie spojrzeć ale nie był w stanie. Jakby miał wyrzuty sumienia.
- Nie wiem jak Ci to powiedzieć… - zaczął.
- Prosto z mostu, i tak umrę, więc po co się rozczulać – oznajmiłam obojętnie.
- Lekarze dawali Ci co najwyżej pół roku, teraz, po tym ataku zostały Ci…. dwa miesiące…
Po słowach lekarza wszystkie moje uczucia ulotniły się, nie czułam nic, była tylko pustka.
- Poinformuję Twoich rodziców – rzekł załamującym się głosem.
- Niech pan im powie, że nie chce teraz z nikim rozmawiać – poprosiłam, na co doktor kiwnął głową i wyszedł zostawiając mnie samą.
Widziałam, jak rodzice stali naprzeciw lekarza i czekali na jego relację. Potem były tylko ułamki sekund. Moja mama blada, wylewająca potok łez, bliska omdlenia. Tata też nie wyglądał lepiej, tak samo blady, płakał. Ostatni raz widziałam jego łzy, gdy dowiedział się o mojej chorobie pięć lat temu. Byłam ich adoptowaną córką ale kochali mnie jak własną, dla mnie skoczyliby w ogień, zawarli pakt z diabłem, żebym tylko wyzdrowiała.
Odwróciłam głowę, żeby nie patrzeć na ich ból, cierpienie, które spowodowane było moją osobą, moją chorobą. Popełnili błąd zabierając mnie do swojego domu i obdarzając miłością. Tak bardzo chciałabym, aby znowu byli szczęśliwi, lecz jedynym sposobem było moje życie. Niestety, mój los był już przesądzony. O moim życiu decydował Bóg… Bóg? Nie on nie istnieje, zwątpiłam w niego. Jak mogłam Go kochać, ufać Mu skoro postanowił zabawić się mną zabierając mi życie? W dodatku postawił na mojej drodze Nathana i Jessicę. Co chciał w ten sposób osiągnąć? Chciał, żebym jeszcze bardziej cierpiała? Jeśli tak to Mu się udało. Teraz, bardziej niż wcześniej żal mi opuszczać ten świat. Co z moimi marzeniami, których nie spełnię? Co miejscami, których nie zobaczę? Co z uczuciami, których nigdy nie przeżyję? I najważniejsze, co z ludźmi, których kocham? Dlaczego nie zabierzesz mnie teraz, na co czekasz? Jeśli mam umrzeć, pozwól mi zrobić to teraz! W duchu przeklinałam Boga za to, co mi zrobił…
Obudziłam się następnego dnia, z tego co kojarzyłam dziś był poniedziałek. Byłam sama na szpitalnej sali, jednak tylko przez kilka minut. Przyszedł ten sam lekarz co poprzedniego dnia i pielęgniarka. Znów mnie zbadał, zapisał coś na tabliczce, w tym samym czasie pielęgniarka wyjęła z mojej ręki igłę i odłączyła kroplówkę.
- W południe dostaniesz wypis i będziesz mogła wrócić do domu – oznajmił lekarz i wyszedł, za nim pielęgniarka.
Chwilę po ich wyjściu dostałam coś co nazywane było śniadaniem. Z wstrętem odstawiłam talerz na szafkę, poza tym nie byłam głodna. Nie wiedziałam ile czasu spędziłam sama, godzinę, może dwie zanim przyszła Jessica.
- Cześć Lou – przywitała się ze mną.
- A Ty nie w szkole? – zdziwiłam się jej przybyciem.
- Jest awaria prądu, więc szkoła jest zamknięta na tydzień – poinformowała mnie.
- Co Ty tu robisz? – zadałam jej kolejne pytanie.
- Dzwoniłam do Ciebie ale nie odbierałaś Anie nie odpisywałaś na smsy, więc dziś poszłam do twojego domu. Spotkałam twoich rodziców ale gdzieś się spieszyli, powiedzieli mi tylko, ze jesteś szpitalu… Co się stało?
- Moje serce się zbuntowało i oznajmiło, że mam co najwyżej dwa miesiące – chciałam obrócić to w żart ale się nie udało -  Co najwyżej, czyli mogę umrzeć w każdej chwili.
- Nie żartuj z takich rzeczy! – oburzyła się Jessica, jej oczy się zaszkliły.
- Tylko mi tu nie płacz, nie ma powodu – próbowałam ją uspokoić.
Dziewczyna przytuliła się do mnie.
- Jess? Lou? – usłyszałam męski głos.
- Nathan? – zapytałyśmy zgodnie z Jessicą.
- Co Ty tu robisz? – zapytałam szybko, nadal zaskoczona jego obecnością.
- Rodzice wysłali mnie na badania. Lou co się stało? – odpowiedział i zmienił temat, na moją niekorzyść.
- Nic poważnego, mam słabą odporność. Byle wirus i ląduję w szpitalu ale już wszystko jest w porządku – kłamałam jak z nut, bez żadnego zająknięcia się, czy też nerwowych ruchów – A Jess przyszła mnie odwiedzić – oznajmiłam i wymusiłam sztuczny uśmiech.
Przez chwilę panowała cisza, a Nath przyglądał mi się uważnie.
- Dlaczego kłamiesz? Jeśli nie chciałaś mówić prawdy mogłaś to powiedzieć – rzekł przerywając ciszę, a mnie zatkało, tak samo zresztą Jessicę.
- Co? – wydusiłam z siebie.
- Kłamiesz, widzę to po twoich oczach – oznajmił.
- Skoro wiesz, że skłamałam to widocznie miałam powód. Mogłeś po prostu udawać, że uwierzyłeś w moje kłamstwo i ciągnąć tą bezsensowną grę – odparłam oschle, musiałam grać ostro, żeby sobie poszedł – Jeszcze jakieś pytania?
- Dziewczyno, o co Ci chodzi? – Nath był poirytowany – Sapiesz się do mnie ale mogłabyś chociaż podać powód?! Raz jesteś miła, raz wkurzasz się o byle co, zdecyduj się, czego chcesz! Twoje zmienne nastroje doprowadzają mnie do szału!
- Skończyłeś?! – również podniosłam głos – To teraz się wynoś!
Jess stała z boku i przysłuchiwała się nam. Była bliska załamania nerwowego, to wszystko było ponad jej siły.
- Na co jeszcze czekasz? – zwróciłam się do Nathana.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie nienawistnymi spojrzeniami. Wreszcie chłopak odwrócił się na pięcie i wyszedł trzaskając drzwiami.
- Ty też już idź – poprosiłam blondynkę – Dopilnuj, żeby nie zrobił czegoś głupiego.
- Najpierw się z nim kłócisz, a potem oczekujesz cudów? Zgadzam się z Nathanem, przesadzasz – oznajmiła.
- Wiem ale mówiłam Ci już, że nie mogę z nim być, zrozum to – powiedziałam błagalnym tonem.
- Lou, rozumiem, proszę Cię tylko o jedno. Bądź dla niego chociaż miła – oznajmiła i wyszła zostawiając mnie samą.
Przeanalizowałam co powiedziała. Może i miała trochę racji. Postanowiłam przeprosić Natha ja tylko go spotkam.
Wróciłam do domu i od razu zamknęłam się w swoim pokoju. Nie chciałam rozmawiać z rodzicami, potrzebowałam samotności. Wygrzebałam z biurka pamiętnik. Tak, prowadziłam pamiętnik od chwili, gdy dowiedziałam się o swojej chorobie. Usiadłam z nim na łóżku i zaczęłam pisać. Miałam małe zaległości, musiałam nadrobić wszystko od momentu, gdy pojawiłam się w Londynie. Zajęło mi to resztę dnia…



Pisany przy TYM <333
Znowu dramat...


piątek, 6 kwietnia 2012

Rozdział 7.

- Jak było na koncercie? – usłyszałam pytanie mamy, gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi wejściowe.
- Fajnie – odpowiedziałam obojętnie.
-Chodź, opowiesz mi wszystko ze szczegółami – zażądała mama, tak więc chcąc nie chcąc poszłam do salonu i usiadłam w fotelu.
Opowiedziałam wszystko mamie od momentu, gdy wraz z Jess weszłam na salę. Nie obyło się bez omówienia reakcji fanek i tego, co chłopcy wyprawiali na scenie.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi, że Nathan należy do tego zespołu?  - zapytałam mamę.
- To miała być niespodzianka. Spotkałaś się z nim i resztą?
- Tak, byłyśmy z Jessicą, moją koleżanką za sceną, a potem Nath mnie odwiózł…
- Fajny z niego chłopak – przerwała mi.
- Kumpel ze szkoły, to wszystko – ucięłam, żeby sobie czegoś nie pomyślała.
W tym samym czasie do salonu wszedł również tata.
- Dobrze, że jesteśmy razem. Chciałabym Was o coś zapytać – zaczęłam, chciałam ich prosić o zgodę na zrobienie tatuaża.
- Słuchamy – rzekł tata siadając obok mamy.
- Otóż, mogłabym sobie zrobić tatuaż? – wypaliłam szybko, nie lubię owijać w bawełnę i komplikować wszystkiego.
- Tatuaż? – dopytała mama.
- Tak, na nadgarstku – oznajmiłam i pokazałam miejsce.
- Co to miałoby być? – tym razem głos zabrała tata.
- Gwiazdka, sam kontur…
Rodzice spojrzeli na siebie.
- Najpierw porozmawiamy z mamą, a jutro Ci odpowiemy, pasuje taki układ? – powiedział tata.
- Jasne, kocham Was – oznajmiłam, podeszłam do nich i uścisnęłam – A teraz pójdę spać, dobranoc.
Zostawiłam rodziców w salonie i pobiegłam do pokoju. Szybki prysznic i leżałam już we własnym łóżku. Kilka minut potem zasnęłam…
Obudziłam się bardzo szczęśliwa. Powód, była sobota i chciałam ten dzień dobrze wykorzystać. Od razu napisałam smsa do Jess.
„Jeśli masz czas i chęci zapraszam Cię na wypad na miasto, co Ty na to? J
Nie musiałam długo czekać na odpowiedź. „Jasne, gdzie i o której?” brzmiał sms od niej.
„Przyjdę po Ciebie o 11, ok?”
„Ok”
Dochodziła dopiero 9, więc miałam jeszcze sporo czasu. W piżamie zeszłam do kuchni i od razu zabrałam się za śniadanie. Kanapki i herbata, powinno wystarczyć. Gdy zjadłam posprzątałam po sobie. Wróciłam do pokoju ogarnąć się, tj. ubrać, uczesać i umalować się. Gotowa zeszłam do salonu, gdzie byli rodzice i o czymś rozmawiali. Gdy mnie zobaczyli od razu zamilkli. To było podejrzane.
- Podjęliście już decyzję? – zapytałam przysiadając się do nich.
- Tak, możesz sobie zrobić tatuaż – oznajmiła mama, a ja z radości uściskałam obojga.
- To w takim razie, tato pojedziesz ze mną do studia? Nadal nie mam 18 lat… - zrobiłam oczy ze Shreka.
- Dziś? – dopytał.
- Tak, o 11 umówiłam się z Jessicą.
Tata zrezygnowany kiwnął głową na znak zgody. Jeszcze raz podziękowałam rodzicom i wróciłam do pokoju. Z torby wywaliłam wszystkie książki i byle jak wrzuciłam je do biurka, natomiast włożyłam do niej portfel i słuchawki. Wzięłam laptopa i położyłam się na łóżku. To było silniejsze ode mnie, więc w Google wpisałam The Wanted, ściągnęłam kilka piosenek i dałam się ponieść muzyce…
- Lou, zostajesz? – zapytała mam wchodząc do mojego pokoju.
Spojrzałam na zegarek. Za 20 jedenasta, nie spóźnię się, a już się bałam. Wyłączyłam laptopa i odstawiłam go na biurko. Zabrałam torbę, telefon schowałam do kieszeni spodni. Kilka minut później wraz z tatą siedziałam w samochodzie.
- Pójdę po nią – oznajmiłam, gdy tata zatrzymał się przed domem Jess.
Nacisnęłam dzwonek i czekałam. Usłyszałam kroki po drugiej stronie. Drzwi otworzyły się i zobaczyłam w nich… Nathana bez koszulki. Ledwo powstrzymałam się, by nie pisnąć.
- Cześć – przywitał się, gdy mnie zobaczył od razu się uśmiechnął – Jessica jeszcze się szykuje, wejdź – zaprosił mnie do środka.
- Ok, tylko na chwilę – oznajmiłam, a gdy przeszłam przez próg Nath zamknął za mną drzwi.
- Zawołam ją – oświadczył i pognał na górę.
Za wszelką cenę próbowałam nie patrzeć na jego nagi tors. Bezskutecznie. Co prawda nie był umięśniony ale i tak robił wrażenie, przynajmniej na mnie. „Lou, opanuj się” skarciłam się w myślach i puknęłam w czoło. A chwilę potem po schodach schodziła już Jessica, a za nią brat, tym razem w koszulce.
- Już gotowa? – upewniłam się.
- Tak, tak, możemy wychodzić – oznajmiła Jess – Gdzie chcesz iść najpierw?
- Tata nas podrzuci, a gdzie zobaczysz. Potrzebna mi jego zgoda, a potem zostawi nas same – poinformowałam ją.
- Co Ty kombinujesz? – zapytała zaskoczona blondynka.
Wiedziałam, że Nathan nam się przysłuchuje, a nie chciałam nic przy nim mówić.
- Chodź już, zaraz się wszystkiego dowiesz – oznajmiłam i pociągnęłam ją w stronę drzwi – Na razie Nath – pożegnałam się z chłopakiem i wyszłam na zewnątrz.
- Jess, pamiętaj, widzę Cię o 17 z powrotem – ostrzegł siostrę.
Wsiadłyśmy do samochodu. Jechaliśmy jakieś 15 minut zanim tata zatrzymał się przed studiem tatuażu. Spojrzałam na koleżankę, była zszokowana.
- Tatuaż? Jesteś tego pewna? – zapytała tylko, kiwnęłam głową i przestąpiliśmy próg studia.
Tata uzgodnił wszystko z tatuażystą i zostawił nas same. Usiadłam w fotelu i wyciągnęłam prawy nadgarstek. Zdawałam sobie sprawę, że będzie trochę bolało. Ale taki ból nie miał znaczenia, byłam przyzwyczajona do wszelkiego rodzaju igieł. W końcu dość często bywałam w szpitalach.
Na fotelu spędziłam godzinę. Jessica w tym czasie, żeby nie patrzeć na to wszystko włożyła sobie słuchawki do uszu i zamknęła oczy.
- Wyszło lepiej niż myślałam – oświadczyłam zadowolona, gdy wyszłyśmy ze studia.
- Nie mam nic przeciwko tatuażom ale wolałabym nie widzieć, jak są robione… - Jess nadal nie mogła dojść do siebie – Nie żebym coś sugerowała ale Nath nie przepada za tatuażami u dziewczyn…
- A co ma piernik do wiatraka?
- Bo wiesz, Nathan Cię bardzo lubi, nawet bardziej niż lubi. Śmiem nawet sądzić, że mu się podobasz…
- Że co?? – aż przystanęłam na jej słowa.
- To, przecież mówię. Mój brat się w Tobie zabujał…
To nie powinno się stać. Nie powinno ale się stało. W tym problem, co zakazane najlepiej smakuje…
- Dlaczego mi to robisz? Nie żądam dużo, ja chcę tylko żyć… - powiedziałam, a z oczu popłynął potok łez.
- Boże, Lou! Co się dzieje? – zapytała Jess, gdy zobaczyła mój łzy.
- Dlaczego to mnie zawsze spotykają same przykrości? – szlochałam jej w ramię.
- Pojedziemy do mnie, dobrze? I wszystko mi opowiesz – skinęłam głową na znak zgody.
Jess złapała taksówkę, która pojechałyśmy do jej domu.
- Nie płacz przez chwilę, jak Nath Cię zobaczy nie da nam spokoju – poprosiła mnie blondynka.
Chusteczką wytarłam policzki. Weszłyśmy do jej domu, zdjęłyśmy buty i kurtki.
- Już wróciłyście? Tak szybko? – zapytał Nathan, gdy pojawił się w holu.
- Niech Cię to nie obchodzi. Jak nie chcesz mieć ze mną na pieńku, to albo nie zbliżaj się do drzwi mojego pokoju albo jedź do chłopaków – ostrzegła brata Jessica – Lou, chodź.
Poszłam za nią na górę do jej pokoju. Dziewczyna zeszła jeszcze do kuchni po sok i szklanki. Wracając zamknęła drzwi na klucz. Jak tylko usiadła obok mnie rozpłakałam się ponownie. Tym razem nie zamierzałam przestawać.
- Lou, nie wiem, co się dzieje ale martwię się o Ciebie… - zaczęła Jess i objęła mnie ramieniem.
Nie odpowiedziałam jej od razu, nie wiedziałam od czego zacząć.
- Nikomu o tym nie mówiłam, nawet przyjaciołom w Los Angeles… - zaczęłam mówić poprzez łzy – Jess, ja mam chore serce… i lekarze dają mi co najwyżej pół roku… W moim przypadku do końca czerwca… - gdy jej to powiedziałam moje ciało ogarnęły dreszcze.
- Nic nie da się zrobić? – zapytała cicho, w jej oczach widziałam łzy.
- Nie, rodzice próbowali już wszystkiego, nic nie pomaga… Mogę tylko odliczać dni… Nie powinnam nawiązywać bliskich znajomości, żeby nikt nie cierpiał, jak mnie już nie będzie…
- Nie mów tak! – powiedziała błagalnym tonem Jess – Nie możesz umrzeć…
- Już się z tym pogodziłam ale rodzice nie, nadal szukają rozwiązań. Oni nadal żyją nadzieją w przeciwieństwie do mnie… Nie chcę wierzyć, że może się udać, a potem przechodzić kolejne rozczarowanie… Jestem im bardzo wdzięczna, że obdarzyli mnie miłością, której nie mogłam dostać od prawdziwych rodziców. Że mogłam ich poznać, że tak mnie wychowali…
Widziałam zdziwioną minę Jessici.
- Tak Jess, zostałam adoptowana, moi prawdziwi rodzice się mnie wyrzekli gdy miałam dwa lata… Sama widzisz, moje życie to jedno wielkie pasmo nieszczęść…
Obie płakałyśmy. Nie obchodziło nas, ile czasu tak siedziałyśmy przytulone do siebie. Po godzinie,  ewentualnie czterech nasze policzki były już suche, chyba wypłakałyśmy cały zapas łez.
- To dlatego odtrącasz Nathana? – zapytała cicho Jess.
- Tak, i obiecaj mi, że nic mu nie powiesz – poprosiłam.
- Nie dam rady tyle go okłamywać…
- To nie będzie kłamstwo, Ty tylko zataisz prawdę.
- Źle robisz, powinnaś mimo wszystko dać Wam szansę, nacieszyć się tym uczuciem. I nie uwierzę Ci, jeśli powiesz, że nie darzysz mojego brata jakimkolwiek uczuciem.
- Nie Jess, już postanowiłam. Nic między nami nie będzie. Nie chcę odejść z tego świata wiedząc, że go w ten sposób zranię. Z czasem o mnie zapomni i znajdzie sobie inną miłość. Tego pragnę.
Jessica nic nie powiedziała. Wiedziała, że nie zmienię swojej decyzji. Posiedziałyśmy jeszcze przez chwilę w ciszy i wreszcie postanowiłam wracać do domu.
- Dzwoniłaś po tatę? – zapytała, gdy się ubierałam.
- Nie.
- Chyba nie będziesz sama wracać? To może Nath się odwiezie? – na dźwięk swojego imienia chłopak od razu pojawił się w holu.
- Nie, chcę się przejść. Dzięki. Do zobaczenia w szkole – pożegnałam się i opuściłam ich dom.




Jest ;)
Co sądzicie? 

środa, 4 kwietnia 2012

Rozdział 6.

Tego dnia znowu wstałam pierwsza. Nie spałam dobrze tej nocy, można by nawet powiedzieć, że wcale nie zmrużyłam oka. Ciągle tylko przekręcałam się z boku na bok. Byłam strasznie zmęczona. A to wszystko przez wczorajszy dzień, za dużo emocji i wrażeń…
Gdy zeszłam do kuchni ubrana śniadanie było już gotowe. Nie miałam ochoty jeść ale nie warto kłócić się z moją mamą, i tak postawi na swoim.
- Lou, dziś piątek. Masz jakieś plany na wieczór? – zapytał mnie tata zza gazety.
- Nie, raczej miałam siedzieć w domu… - odpowiedziałam obojętnie.
- Bo mam dwa bilety na koncert jakiegoś zespołu z wejściówkami na backstage – oznajmił tata – Mogłabyś zabrać jakąś koleżankę.
- A co to za zespół? – zapytałam, a tata podał mi bilety – The Wanted? Nie słyszałam o nim…
- Zespół jest naprawdę świetny – wtrąciła mama – Sama bym poszła ale muszę coś załatwić.
- Skąd wiesz, mamo? – zadałam głupie pytanie ale cóż.
- Każdy tutaj ich zna. Myślałam, że słyszałaś o nich, w końcu to bożyszcze nastolatek – rzekła mama, a tata popatrzył na nią zdziwionym wzrokiem – Mówię tylko jaka jest prawda – powiedziała mam i uśmiechnęła się do mnie – A teraz uciekaj do szkoły.
Wstałam od stołu razem z tatą, który po drodze do pracy podrzucił mnie do szkoły. O pójście ze mną na koncert poprosiłam Jess, która od razu się zgodziła. Czas w szkole minął raczej spokojnie, Nath już nie dokuczał Jessice, ze mną też się nie kłócił. Zresztą od początku wyczuwałam napiętą atmosferę między nami, tak jakbyśmy nadal żyli wczorajszym dniem. Nie rozmawialiśmy zbytnio, nasze oczy ani razu się nie spotkały, czego bardzo mi brakowało. I byłam pewna, że Jess raczej nic nie wie. W sumie dobrze. Czułam się skrepowana przy Nathanie i nie chciałabym opowiadać całej sytuacji Jessice od początku. Na pewno bym się przy tym rozpłakała.
- Halo! Tu Ziemia do Louise i Nathana! – wołała Jess, gdy całą trójką siedzieliśmy na stołówce, a gdy nie zareagowaliśmy kopnęła nas pod stołem.
- Ej, to bolało – oburzyłam się, Nathan nic nie powiedział.
- Co z wami? Zadałam Wam pytanie ale widocznie mnie nie słuchacie – powiedziała z wyrzutem blondynka.
- To zapytaj jeszcze raz – rzekł Nath.
- Powinnam strzelić focha ale niech Wam będzie. Macie jakieś plany na wakacje? – zapytała Jessica.
- Ja mam, przecież wiesz – powiedział Nathan z obojętnością.
- Niestety wiem. A Ty, Lou? – dopytywała Jess.
I co ja mam jej odpowiedzieć? Że nie mam planów, bo być może nie dożyję do lipca? Nie lubię pytań o moją przyszłość… Nie są one na miejscu patrząc na moją obecną sytuację. Chwilę myślałam nad odpowiedzią.
- Nie mam planów… - powiedziałam cicho.
- A może byśmy razem coś wymyśliły… - zaczęła blondynka.
- Nie… Nie mogę…. – przerwałam jej, a w moich oczach pojawiły się łzy.
Wstałam od stolika i wybiegłam ze stołówki. Biegłam korytarzem aż znalazłam damską łazienkę. Weszłam do niej i zamknęłam się w jednej z kabin. Po moich policzkach spływały łzy wraz z makijażem. Dlaczego płaczę? Przecież pogodziłam się już ze swoim losem, nie zmienię przeznaczenia nawet jeśli bym bardzo chciała. Mi już nic nie pomoże, żaden lekarz, żadna operacja, zostało mi tylko czekać na koniec… Ale jak czekać na koniec, gdy poznałam ludzi, na których zaczyna mi zależeć? Jess i Nathan to tylko znajomi ze szkoły, między nami nie może być przyjaźni, nie chcę, żeby potem przeze mnie cierpieli…
Już dawno temu zaczęła się lekcja, a ja ciągle siedziałam w łazience. Przestałam płakać ale nadal było mi źle, już wolałabym się nie urodzić niż wieść takie życie. Ale muszę wziąć się w garść, obiecałam rodzicom i sobie, że te ostatnie miesiące wytrwamy bez płaczu, bez lamentu, tak jakbym była zawsze zdrowa. Na pozór szczęśliwa rodzina, choć w rzeczywistości cierpiąca jak nikt inny…
Opuściłam kabinę i podeszłam do umywalki. Spojrzałam w lustro, widząc swoje odbicie znów chciałam się rozpłakać. Szybko odkręciłam kran z zimną wodą i przemyłam zapuchnięte oczy tym samym zmywając z policzków czarne smugi, pozostałości po makijażu. Wysuszyłam twarz i powoli wyszłam z toalety kierując się do klasy. Weszłam, przeprosiłam za spóźnienie. Nauczycielka o nic więcej nie pytała, chyba zauważyła, że coś jest nie tak. Poszłam na koniec klasy i zajęłam swoje miejsce, Jessica przyglądała mi się uważnie. Na przerwie pytała, co się stało ale nie chciałam o tym rozmawiać, za każdym razem ją zbywałam. Gdy wychodziłyśmy ze szkoły umówiłyśmy się, że przed koncertem przyjadę razem z tatą po nią i pojedziemy razem.
Wpadłam do domu i od razu pognałam do swojego pokoju trzaskając drzwiami. Rzuciłam się na łóżko, a chwilę potem przybiegła moja mama.
- Lou, kochanie, co się dzieje? – zapytała od drzwi.
- Nic – skłamałam – Jestem zmęczona, nie spałam dzisiaj…
- To prześpij się teraz, obudzę Cię, żebyś się nie spóźniła – oznajmiła mama ale czy uwierzyła w moje kłamstwo, tego nie wiem. Ucałowała mnie w czoło i wyszła.
Leżałam chwilę na łóżku i zasnęłam. Miałam sen, lecz zbytnio go nie rozumiałam. Nawet nie wiem, gdzie się przeniosłam. Wszędzie było biało, a moje ciało unosiło się nad… obłokami? Tak, to chyba były obłoki, a ja byłam w niebie…
- Ej, ja jeszcze nie umarłam, o co chodzi? – zapytałam, a mój głos rozniósł się daleko.
- …. Żyj teraźniejszością, spełniaj marzenia, nie martw się o przyszłość… - rozległ się cichy ton gdzieś w oddali.
Rozejrzałam się wokół, nikogo nie było. Po chwili znów usłyszałam tajemniczy głos powtarzający te same słowa, i znowu, i znowu, i tak kilka razy…
- Louise, obudź się, czas się zbierać – usłyszałam głos mamy nad uchem.
Gdy otworzyłam oczy mamy już nie było. Wspominałam sen analizując słowa wypowiedziane przez nieznaną postać.
- A jeśli ten ktoś ma rację? ... – mówiłam na głos do siebie – Jeśli naprawdę powinnam cieszyć się życiem dopóki je mam?
Szybko usiadłam na brzegu łóżka.
- Ten ktosiek ma rację. Czas spełnić kilka życzeń – oznajmiłam stanowczo i uśmiechnęłam się.
Dochodziła 17, gdy zabierając z szafy nowe ciuchy poszłam do łazienki przygotować się do koncertu. Szybki prysznic, makijaż, włosy rozpuściłam i byłam gotowa. W świetnym humorze zeszłam na dół. Już będąc na schodach czułam rozchodzący się po domu zapach smażonych naleśników. Przy stole siedział tata zajadający się w najlepsze.
- Coś dla mnie zostało? – zapytałam i uśmiechnęłam się.
- Widzę, że humor wrócił – oznajmił tata przyglądając mi się, a ja pokiwałam głową.
Zajęłam miejsce obok niego i zaczęłam jeść. Szybko mój talerz stał się pusty, wypiłam jeszcze herbatę i mogłam wychodzić. Bilety, komórkę i pieniądze schowałam do kieszeni jeansów. Wsiedliśmy do samochodu, podałam tacie adres Jessici i ruszyliśmy.
Jakieś pół godziny później wraz z Jess byłyśmy już przed budynkiem, w którym miał się odbyć koncert. Pokazałyśmy ochroniarzom bilety i wejściówki i poszłyśmy pod scenę zająć miejsca. Fani schodzili się tłumnie, fanki krzyczały bądź zdzierały gardła, jak kto woli.
Punktualnie o 19 wszystkie światła zgasły, wszyscy wstrzymali oddechy. Patrzyłam na scenę, na której zamajaczyły jakieś postacie. Gapiłam się w jeden punkt, a gdy kilka lamp rozbłysło oświetlając scenę przed oczami zobaczyłam… Nathana.
- Nathan? – zapytałam zdziwiona.
- Tak, mój brat. Kanalia jedna nie powiedziała mi, że dziś grają koncert – wysyczała Jess, pewnie słyszała moje pytanie.
- Nie wiedziałam, że ma zespół…
- Rozumiem, przecież niedawno się przeprowadziłaś – Jessica oznajmiła pocieszająco – Ale teraz słuchaj, są naprawdę dobrzy, potem Ci ich przedstawię.
Jak powiedziała tak też zrobiłam. Spojrzałam na scenę w tej samej chwili, gdy Nathan spojrzał w naszym kierunku. Uśmiechnął się i puścił mi tak zwane oczko. Udałam, że to zwykły nic nie znaczący gest. Chłopcy przywitali się i zaczęli przedstawienie. Jessica mówiła prawdę, byli dobrzy, chociaż nie, te słowo miało tu zbyt słabe znaczenie. Każdy z chłopaków miał inny głos, bardzo dla siebie charakterystyczny. Z pośród nich najładniejszy, najbardziej dojrzały i przyprawiający mnie o dreszcze głos miał Nath. Nie mogłam się powstrzymać, żeby się na niego nie gapić, gdy śpiewał swoje kwestie. Już nie wspomnę o tym, co wyprawiał na scenie. Skakał, biegał, robił dziwne pozy i miny, jednym słowem rozpierała go energia. Z drugiej strony widać było, że scena to jego drugi żywioł, druga natura. Kochał to co robił.
Dwie godziny później chłopcy pożegnali się z fanami, podziękowali im z przyjście i zmordowani, spoceni opuścili scenę. Fani powoli opuszczali salę, a ja nadal stałam w jednym miejscu i nie mogłam uwierzyć w to co przed chwilą widziały moje oczy. Aż wreszcie poczułam jak ktoś ciągnie mnie za rękę. To była Jess, która prowadziła mnie na backstage. Na chwilę zatrzymał nas ochroniarz, który żądał wejściówek. Z uśmiechami na twarzach pokazałyśmy mu je i ruszyłam korytarzem z blondynką na czele. W końcu znalazłyśmy drzwi z napisem The Wanted. Weszłyśmy do środka.
- Chłopcy przyjdą za kilka minut, wiesz, autografy, zdjęcia. Siadaj gdzie chcesz – oznajmiła Jess.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Panował w nim mały chaos. Gdzie nie gdzie walały się ubrania, przeważnie koszulki. Na stolikach leżały komórki, stały butelki z wodą lub też puste opakowania po jedzeniu. Za przykładem Jessici znalazłam sobie miejscówkę na kanapie i zajęłam miejsce. Siedziałyśmy w ciszy do czasu, gdy drzwi nie otworzyły się z wielkim hukiem i nie wpadło stado krzyczących chłopaków.
- Hej dziewczyny! – zawołał uśmiechnięty Nathan, gdy zobaczył mnie i swoją siostrę.
- Kłamca, mówiłeś, że nie gracie w tym tygodniu, a okazało się co innego – Jessica powiedziała z wyrzutem do brata.
- Jakbym Ci powiedział rodzice znowu mieliby pretensje, że Cię wszędzie za sobą ciągam. Nie pamiętasz już co mówili? – bronił się chłopak – Więc mnie się nie czepiaj – oznajmił i zgarnął ze stolika jedną butelkę z wodą, by się napić i usiadł na kanapie obok mnie – A tak w ogóle, skąd się tu wzięłaś? – zapytał Jess.
- Lou miała bilety i wejściówki – odpowiedziała blondynka.
Czy nie mógł usiąść gdzie indziej? Natomiast ja krzyczałam w myślach.
- Jak było na koncercie? – zagadnął mnie, a gdy spojrzałam na niego szczerzył się w uśmiechu. Widząc jego wyszczerz też się uśmiechnęłam, humor Nathana był zaraźliwy.
- Podobało mi się – oznajmiłam krótko.
- Tylko tyle masz do powiedzenia? – ciągnął.
- Szczegóły zachowam dla siebie – nie chciałam mu mówić, że bardzo mi się podobało, że w życiu nie widziałam nic lepszego.
- Uparta jesteś – stwierdził.
- Ameryki to Ty nie odkryłeś – odgryzłam się.
- Ej, bądź miła – zrobił błagającą minę.
- Jestem… - nie dokończyłam, bo przerwał mi jeden z kolegów Natha.
- Nathan, przedstaw nam swoją koleżankę – wtrącił łysy chłopak.
- To jest Louise, i to moja koleżanka, nie Natha – oburzyła się Jess.
- Spokojnie, kapuję – łysy podszedł do mnie i wyciągnął dłoń.
- Max jestem – przedstawił się, a ja uścisnęłam jego rękę – Ten lokaty to Jay, mulat to Siva, a ten najbardziej krzyczący to Tom. Chłopaki! Przywitajcie się – zawołał ich Max.
Chłopaki podeszli do mnie i również podali ręce.
- Może uczcimy kolejny koncert w jakimś klubie? – zaproponował nagle… ach tak, Tom.
- Jestem za! – wydarł się jak to powiedział Max, lokaty – Alkohol i panienki, to lubię!
- Nath, a Ty idziesz? – zapytał kumpla Siva.
- Nie, muszę wracać odstawić Jess, innym razem – rzekł Nathan.
- Jak tam sobie chcesz – powiedział Tom i zaczął kłócić się z chłopakami, jaki klub wybrać.
- A Lou może wracać z nami? – spytała Natha Jessica nie pytając mnie nawet o zdanie.
- Jeśli tylko chce nie ma sprawy – uśmiechnął się do mnie.
- Więc jedziesz z nami – oznajmiła mi.
Jak ona śmie za mnie decydować? Byłam w szoku ale nie potrafiłabym się na nią gniewać.
- To zbiorę tylko swoje rzeczy i możemy ruszać – odparł Nath i zaczął szukać swoich rzeczy.
Mnie w tym czasie naszło na przemyślenia, nie ma co, idealne miejsce i czas. Wewnątrz mnie toczyła się walka, zacięty bój. Kierując się rozumem próbowałam wmówić sobie, że nie mogę się zakochać w Nathanie.
- Nie możesz się w nim zakochać, nie możesz się w nim zakochać – mówił rozum.
- Jak nie? Już się w nim zakochałaś – rzekło moje serce.
Co takiego? To chyba jakiś żart.
- W końcu to ja jestem sercem, i ja decyduję, kto zasługuje na miłość Lou – broniło się serce.
- Ty, serce, nie masz nic do gadania. Jak chcesz się wtrącać, to nie umieraj. Przez Ciebie Lou nie może się zakochać. Bardzo dobrze robi, że kieruje się mną – upierał się przy swoim rozum.
Co to ma być?? Przez chwilę poczułam się jak w reklamie serca i rozumu z tą tylko różnicą, że Ci dwaj w reklamie mieli mniejsze zmartwienia…
- Lou, idziesz? – moje rozmyślania przerwała Jess.
- A, tak, sorry – odparłam i wyszłam za blondynką z pomieszczenia.
Szłyśmy ramię w ramię. Albo mi się zdawało albo coś było nie halo.
- Jess, co się dzieje? – zapytałam.
- Nic – próbowała się wymigać od odpowiedzi ale łzy w jej oczach ją pogrążyły.
- Kłamiesz, mów mi tu szybko – zatrzymałam ją i stanęłyśmy naprzeciw siebie.
- Jay mi się podoba, tylko on nie traktuje mnie poważnie. Jestem jedną z wielu jego dziewczyn do zabawy – Jessica teraz już szlochała – A ja go kocham! Lou, co ja mam zrobić? Słyszałaś, jak cieszył się, że idzie do klubu…
- Jess, może on na Ciebie nie zasługuje skoro jest takim egoistą – próbowałam ją pocieszyć, lecz nie szło mi to dobrze, sama stałam przed dylematem – Jeśli tak bardzo CI na nim zależy mogę spróbować Ci pomóc, tylko nie płacz już, proszę.
- Naprawdę? – zapytała z nadzieją – Kochana jesteś – oświadczyła i przytuliła mnie.
- Chodźcie – usłyszałyśmy wołanie Natha, które przerwało naszą rozmowę.
Wsiedliśmy do samochodu chłopaka. Podałam mu adres i ruszył. W czasie jazdy wymieniłyśmy się numerami telefonów z Jess i chwilę porozmawiałyśmy szeptem o koncercie, tak by Nath nie słyszał.
- Jesteśmy – poinformował mnie, gdy zatrzymał się przed moim domem.
- Dzięki – podziękowałam obojgu – Do zobaczenia – pożegnałam się i wysiadłam z samochodu.





Dobra, jest rozdział ;)
Komentujcie ;D

niedziela, 1 kwietnia 2012

Rozdział 5.

- Lou! Wstawaj! – zostałam obudzona przez wołanie… taty?
Wygramoliłam się z pościeli. W piżamie zeszłam na dół.
- Gdzie mama? – zapytałam sennym głosem widząc, że nie krząta się po kuchni.
- Pojechała w sprawie pracy – oznajmił tata.
- Czyli mam zrobić śniadanie – powiedziałam sama do siebie i zaczęłam robić kanapki dla siebie i taty.
Kilka minut później wszystko było już gotowe. Zjedliśmy je i wypiliśmy herbatę. Tata zaoferował, że posprząta, a ja mam iść się ubrać. Weszłam do pokoju. Z szafy wyjęłam czarne spodnie, białą bluzkę, a na to wciągany różowy sweterek. Ubierając się na prawym boku zobaczyłam dużego siniaka. Gdy przyłożyłam palec do tego miejsca z moich ust wydobył się jęk. Mały wypadek, a tak się poobijałam. Tylko ja jestem do tego zdolna. Włosy rozpuściłam, umalowałam się delikatnie i byłam gotowa. Z kanapy zabrałam torbę z książkami oraz przy okazji spojrzałam na nowiutką deskę, którą tata mi poprzedniego wieczoru kupił, że jako moja poprzednia się złamała. Zeszłam na dół, tata był już ubrany. Wciągnęłam adidasy, kurtkę i wyszliśmy z domu zamykając go na klucz. Tata podrzucił mnie do szkoły, przy czym obiecał, że tylko do końca tego tygodnia będzie mnie woził, a potem albo będę chodzić pieszo albo jeździć szkolnym busem. Chyba sobie żartuje, niedługo zacznę kursy na prawo jazdy i będę miała swój samochód, jupi!
Od razu poszłam do szatni zostawić kurtkę. Rozpoczęłam poszukiwanie klasy, o dziwo, zajęło mi to dosłownie kilka chwil. Weszłam do niej i zajęłam swoje miejsce. Kilka minut później przyszła Jessica i usiadła w ławce obok mnie.
- Cześć – przywitała się, widziałam, że była wściekła.
- Hej – odpowiedziałam – Co jest? – zapytałam.
- Nathan, wczoraj się wściekał, a dziś ma strasznie dobry humor i mi dokucza – oznajmiła.
- Co on ma takie zmienne nastroje?
- Nie wiem, wczoraj poszedł jeździć na desce, a wrócił zadowolony. Nawet nie krzyczał, że wzięłam jego laptopa. Wszedł do domu i zamknął się w swoim pokoju. A gdy zobaczyłam rano siniaka na jego biodrze zapytałam, co mu się stało. Ten wyszczerzył się w uśmiechu i oznajmił, że miał mały incydent z dziewczyną…
Na ostatnie słowa Jess mało nie spadłam z krzesła. Byłam pewna, że pomiędzy wierszami mówił o mnie. Ale z czego on się cieszył? Faceci, kto ich zrozumie…
- Jak zobaczysz Natha to mów – poprosiła Jess, ona naprawdę miała zamiar się przed nim ukrywać.
Nie spotkałyśmy go aż do długiej przerwy. Szłyśmy właśnie korytarzem na stołówkę, gdy w pewnym momencie Jess krzyknęła. Obok niej pojawił się Nathan i objął siostrę ramieniem.
- Hej mała – przywitał się z nią.
- Tylko nie mała! – oburzyła się blondynka – I nie strasz mnie tak więcej.
- Też Cię kocham – Nath się uśmiechnął i mocniej objął Jessicę.
- Odczep się! – krzyknęła na brata ale ten i tak nic sobie z tego nie robił.
Tak weszli na stołówkę i tak stali w kolejce. Jessica próbowała na wszystkie możliwe sposoby pozbyć się Natha ale nie szło jej to zbyt dobrze. Na prośbę koleżanki usiadłam z nimi przy stoliku, gdyż nie było Eve i Jamesa i ich paczki.
- Nathan! – wydarła się Jess – Uspokój się z tymi czułościami!
- Raz na jakiś czas chcę się poprzytulać do siostry to ta się wścieka. I weź tu zrozum kobiety – lamentował Nath.
- Chętnie powiedziałabym tej dziewczynie, która tak Cię uszczęśliwiła jakkolwiek to znaczy, do słuchu…
Jej, znowu chodziło o mnie, musiałam ratować swoją skórę.
- Jess, nie przejmuj się, przejdzie mu – starałam się powiedzieć to normalnym tonem, by nie wzbudzić jej podejrzeń. Tym samym miałam nadzieję, że Nathan podejmie tą grę i nic nie powie swojej siostrze.
- Jesteś tego pewna? – zapytał, a nasze oczy się spotkały.
- Tak – oznajmiłam pewna siebie. Teraz wystarczyło, żebym go trochę wkurzyła – I nie myśl sobie, że jedno „przepraszam” załatwi sprawę – powiedziałam zanim pomyślałam, jeszcze chwila a sama się wygadam.
- To były dwa słowa „przepraszam” – ciągnął Nath.
- Nawet dwa nie pomogą – Jessica nic nie mówiła, bo nic nie rozumiała z naszej wymiany zdań – Ja tak szybko nie wybaczam.
- To może powiem Jess, kim była ta dziewczyna? – rzucił, a ja wybałuszyłam oczy – Tak nagle ucichłaś?
Zacisnęłam pięści, chciałam wstać i zdzielić go w tą twarzyczkę.
- O co wam chodzi? – zapytała wreszcie Jessica.
- Otóż, to Lou była tą dziewczyną, o której mówiłem rano – zaczął Nath – Wpadła na mnie wczoraj, jak jeździłem na desce…
- Mogłeś mi nie wchodzić na drogę – warknęłam.
Jess zrobiła tylko minę WTF?!
- Lou nic Ci nie powiedziała? – Nath udał zdziwionego, lub po prostu głupiego – Każda dziewczyna na Twoim miejscu by się tym chwaliła…
- Mam się chwalić, że wpadłam na takiego kretyna, który zresztą sam pojawił się na mojej drodze?!– krzyknęłam i zerwałam się na nogi – I nie jestem każdą! Zapamiętaj to sobie! – po czym odwróciłam się i chciałam odejść.
- Nie skończyłem jeszcze! – tym razem to Nathan się oburzył.
- Pierdol się Sykes! – i pokazałam mu środkowy palec. Znowu wszystkie oczy na stołówce były zwrócone w moją stronę.
Szybko opuściłam tą salę i ruszyłam korytarzem w poszukiwaniu klasy, gdzie miała odbyć się kolejna lekcja. Szukałam jej dobre 10 minut ale bez rezultatów. Wszystko przez Nathana, jeszcze nikomu nie udało się mnie tak wkurzyć. Chodziłam i chodziłam, aż wreszcie jakimś cudem znalazłam się na korytarzu prowadzącym do sali gimnastycznej. Już miałam zawracać, gdy poczułam jak ktoś zasłania mi usta dłonią i ciągnie do jakiegoś pomieszczenia. Ten ktoś popchnął mnie na ścianę tak mocno, że uderzyłam w nią głową. Jęknęłam z bólu, a przed oczami zobaczyłam gwiazdki. Po kilku chwilach, gdy minęło zamroczenie zobaczyłam napastnika. Był to jeden z tych szkolnych mięśniaków, był wysoki, łysy i napakowany. Zaczął mnie całować. Próbowałam się bronić, wydostać z tego pomieszczenia ale wszystkie moje siły uszły ze mnie, gdy dotarł do mnie fakt, że mogę paść ofiarą gwałtu…
Ja ofiarą gwałtu? Nigdy w życiu, nikt mnie tak nie schańbi! Musiałam racjonalnie i szybko myśleć. Jak się bronić? Wiem! W którejś kieszeni torby miałam długopis z prądem. Jedną ręką po omacku szukałam odpowiedniej kieszeni. Znalazłam ją w samą porę, gdyż chwilę potem torba zsunęła mi się z ramienia i wylądowała na podłodze. Mięśniak zaczął mnie rozbierać. Krzyknęłam ale w zamian uderzył mnie w twarz. Bez chwili wahanie dźgnęłam go tym długopisem w ramię. Na moment chłopak rozluźnił uścisk, wykorzystałam sytuację i kopnęłam go kolanem w czułe miejsce w chwili. Gdy okładałam oprawcę gdzie popadnie drzwi się otworzyły i do środka wpadł zdyszany…. Nathan.
- Już, uspokój się – Nath odciągnął mnie od leżącego na ziemi chłopaka.
- Nie daruję mu tego! – próbowałam wyrwać się Nathanowi ale mocno trzymał mnie w ryzach.
Nagle do pomieszczenia wszedł sam dyrektor i dwóch ochroniarzy.
- Co tu się dzieje?! – zapytał groźnie – Wszyscy do mojego gabinetu, natychmiast! – zarządził dyrektor i wyszedł.
- Chodź – szepnął Nath i pociągnął mnie za rękę, z kolei ochroniarze pomogli dwóm mięśniakom.
Wszyscy siedzieliśmy przed gabinetem dyrektora pilnowani przez owych ochroniarzy.
- Dzwoniłem do Waszych rodziców, zaraz przyjadą – oznajmił dyrektor, gdy na chwilę opuścił swój gabinet. Wrócił do niego i zasiadł za biurkiem, był zdenerwowany całą tą sytuacją.
- Co ty tam robiłeś? – zapytałam Natha.
- Szedłem na lekcje – oznajmił.
- Dzięki – rzekłam, a on kiwnął głową.
Pierwsi przyjechali moi rodzice. Gdy mnie zobaczyli podbiegli i zaczęli zadawać pytania. Opowiedziałam im wszystko, na co mój tata rzucił się w stronę mojego oprawcy w celu dokopania mu. Jednak ochroniarz powstrzymał go, a szkoda.
- Dziękuję – rzekł tata i podał dłoń Nathowi, tak samo zrobiła moja mama.
Kilka minut później przybyli rodzice Nathana i mięśniaków. Gdy już wszyscy byli pojawił się dyrektor i jako pierwszych zaprosił Nathana z rodzicami. Państwo Sykes dość sporo czasu spędzili na rozmowie z dyrektorem, a gdy wyszli nie byli zadowoleni.
- I co? – zapytałam od razu.
- Zostałem zawieszony, tamci też… - oznajmił Nath.
Krew we mnie zawrzała. Nathan zawieszony, bo chciał mi pomóc, a tamci, że próbowali mnie zgwałcić?! Chyba żart. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.
- Poczekaj – poprosiłam Natha i jak burza wparowałam do gabinetu, rodzice za mną.
Zaczęłam krzyczeć, że to niesprawiedliwe, że w jednakowy sposób potraktował chłopaków. Nawet wymusiłam płacz, kiedy opowiadałam co zaszło w pomieszczeniu, oczywiście zabarwiłam troszeczkę całą historyjkę.
- On naruszył moją godność! – szlochałam – Niech pan coś z tym zrobi! Nie wrócę do szkoły, jeśli on nadal tu będzie!
To była gra, którą rodzice szybko podchwycili i popierali mnie. Mama też się rozpłakała, na myśl, że jej córka mogła paść ofiarą gwałtu. Dyrektor patrzył na nas z politowaniem i nie wiedział, co ma zrobić. Ale jednak zmienił zdanie, obiecał cofnąć zawieszenie Nathana, a mojego oprawcę usunąć ze szkoły, zawieszenie nadal obowiązywało drugiego mięśniaka. Gabinet opuściłam cała zapłakana, by rodzice tamtych kretynów zobaczyli, jak zostałam „skrzywdzona”.
Gdy tamci zniknęli za drzwiami gabinetu szybko wytarłam rękawem łzy z twarzy i przekazałam nowe wieści Nathowi.
- Zawieszenie zostało cofnięte, jutro normalnie przychodzisz do szkoły – rzekłam już z uśmiechem na twarzy.
- Jak to zrobiłaś?
 - Trochę płaczu, lekko zabarwiona historyjka i gotowe.
- Jesteś niesamowita – również się uśmiechnął – Dzięki.
- To teraz jesteśmy kwita – przybiliśmy piątkę – Do zobaczenia jutro.
Nasze rodziny pożegnały się i opuściliśmy budynek szkoły. Gdy wracaliśmy do domu nie rozmawiałam z rodzicami, słyszałam tylko, jak wychwalają Nathana i jego chęć pomocy.  W kompletnej ciszy zjedliśmy obiad, potem poszłam do siebie odrobić lekcje. Gdy skończyłam odwiedziłam portale społecznościowe. Ku mojemu zaskoczeniu na facebooku czekała na mnie wiadomość.
„Przez to wszystko zapomniałem zapytać, jak się czujesz.” Brzmiała wiadomość, której nadawcą był Nathan.
Odpisałam mu szybko. „Lepiej późno niż wcale. Nic mi nie jest ale całe te zajście na pewno odbiło się na mojej psychice L
Nie zdążyłam się obejrzeć, a już miałam odpowiedź. Czyżby siedział teraz przy komputerze?
„Nie zamartwiaj się, zapomnisz o tym i wszystko wróci do normy ;***” Buziak? Byłam lekko zaskoczona.
- Lou, chcesz obejrzeć z nami film? – zawołała z dołu mama.
- Tak, już idę – odpowiedziałam.
Szybko wystukałam odpowiedź „Mam nadzieję. To jak, chyba czas zakopać topór wojenny, co? J A teraz wybacz, mama mnie woła. Dzięki za troskę” Poszło, odczekałam chwilę i dostałam odpowiedź.
„A była jakaś wojna między nami? J Jasne, już nie przeszkadzam” Na pierwsze zdanie wybuchłam śmiechem, jeszcze tylko wysłałam mu zaproszenie do grona znajomych i wyłączyłam laptopa, po czym zeszłam na salonu, gdzie siedzieli już rodzice. Na ławie stał popcorn, ciastka i o dziwo butelka wina i dwa piwa. Usiadłam między rodzicami i zaczęliśmy seans.




Znów brak mi słów...