poniedziałek, 9 lipca 2012

Epilog.


Rok później.
Dziś pierwsza rocznica mojej śmierci. Nie mogę uwierzyć, że minęło już 365 dni odkąd nie stąpam po ziemi tylko obserwuję wszystko z chmur. Tak, poszłam do nieba i zostałam aniołem, dzięki czemu mogę czuwać nad moimi bliskimi…
Początki były dla mnie bardzo trudne. Z trudem patrzyłam na żałobę rodziny, przyjaciół. Jednak to Nathan najgorzej to zniósł. Był czas, że przez prawie pół roku odwiedzał mój grób za każdym razem przynosząc mi pojedynczą, białą różę, a raz w tygodniu czerwoną. Spędzał na cmentarzu długie godziny prowadząc sam ze sobą monolog. Mówił wtedy jak cierpi, jak tęskni i jak bardzo mnie kocha. Mówił o swoich uczuciach, emocjach, że przyjaciele nie potrafią uszanować jego smutku, że pragnie samotności. Czasami fantazjował jak by było, gdybym nadal żyła, gdzie by mnie zabrał. Nieraz widziałam łzy płynące z jego pięknych zielono-niebieskich oczu. Zawsze miał przy sobie mój pamiętnik, którego wpisy już znał na pamięć. Dopiero po upływie pół roku powoli zaczął wracać do normalnego życia, zaczął normalnie funkcjonować. Wraz z zespołem zacząć ponownie koncertować, częściej się uśmiechał, wróciło też jego poczucie humoru, żartował. Tego mi brakowało. Jego uśmiechnięta twarz była wszystkim czego potrzebowałam, co pragnęłam ujrzeć. Była lekarstwem na wszystko.
Rodzice również długo nie mogli się pozbierać po mojej śmierci. Przychodzili na cmentarz kiedy tylko mogli, zawsze zabierali ze sobą Mike’a, mojego młodszego braciszka. Pamiętam, że zawsze się denerwował jak tak do niego mówiłam. Z czasem ból po stracie bliskiej osoby zmalał, wrócili do normalności. Przychodzili już znacznie rzadziej ale nadal wiedziałam, że o mnie pamiętają. Mike czasami odwiedzał mnie sam. Dzielił się wtedy ze mną swoimi problemami w szkole, a z czasem zaczął opowiadać o swoich zauroczeniach dziewczynami. Jego rumieniec, który pojawiał się wtedy na jego policzkach był przeuroczy. Rodzice postanowili bardziej troszczyć się o więzi rodzinne oraz zostali zawodową rodziną adopcyjną – adoptowali kolejne dzieci. Tym razem były to bliźniaczki w wieku 5 lat, Lilly i Keith. Dziewczynki były cudowne, aż mi się smutno zrobiło, że osobiście ich nie poznam. Ale cieszyłam się, że wszystko wraca do normy.
Eleanor też była moim częstym gościem. Jako jedyna nie zamierzała wrócić do normalnego życia. Ciągle powtarzała, że to ona powinna leżeć w tym grobie, nie ja. Zdarzyło się, że nawiedzały ją myśli samobójcze. Na szczęście zawsze zdążyłam jej je wyperswadować. Nie mogłam pozwolić, żeby umarła. Miałam względem niej plan, który powinien ją w przyszłości uszczęśliwić.
Max, Tom, Siva, Jay wraz z Michelle, Kelsey, Jessicą i Nareeshą zawsze przychodzili razem. Oni z kolei bardzo żałowali, że nie miałam więcej czasu i, że nie mogli mnie lepiej poznać. Mówili, że przeszłam zbyt dużo, żebym umarła, że mimo wszystko powinnam żyć. Obiecywali, że nigdy o mnie nie zapomną.
Raz na jakiś czas, ku mojemu zaskoczeniu przyszli na cmentarz moi prawdziwi rodzice. Towarzyszył im wtedy Tom. Wiedziałam, że po mojej śmierci spotkali się z rodzicami, aby im podziękować, że mnie adoptowali i zapewnili ciepło rodzinnego domu, którego oni sami z wiadomych przyczyn nie mogli mi dać. Nadal mnie kochali, a zabierali ze sobą Toma, by choć w taki sposób przez te kilka minut mogli pobyć razem, jako rodzina sprzed kilkunastu lat.
- To cała moja historia – zakończyłam długą opowieść i spojrzałam po twarzach wszystkich aniołów i aniołków w wieku 19 lat i mniej, które słuchały mnie z wielką uwagą.
Wszystkie twarze lśniły od łez.
- Piękna historia – usłyszałam zapłakany głos – Szkoda tylko, że bez szczęśliwego zakończenia…
- Powinnaś żyć, być ze swoim chłopakiem, rodzicami, bratem, przyjaciółmi. Zasługiwałaś na szczęście bardziej niż ktokolwiek inny – odezwał się inny anioł.
- To niesprawiedliwe, że Bóg Cię zabrał… - oznajmił kolejny anioł.
- To nie zależało od Boga – odezwałam się.
Nikt się nie odezwał ale widziałam zdziwione spojrzenia wszystkich.
- Bóg tylko pozwolił mi wybrać – zaczęłam – Albo umrę, albo spędzę długie miesiące w szpitalu, bo moje nowe serce nie było na tyle silne abym mogła sama normalnie funkcjonować wskutek czego i tak bym umarła, tyle, że w okropnych bólach i męczarniach. Wybrałam natychmiastową śmierć, nie chciałam cierpieć bólu. Nie chciałam też dawać rodzicom nowych problemów i zmartwień – opowiedziałam.
- A Nathan, on na pewno by chciał, żebyś jeszcze żyła, chociaż te kilka miesięcy – usłyszałam.
- Na pewno by chciał. Ale co by mi to dało? Ten czas spędziłabym w szpitalu, a to mało romantyczne miejsce – odpowiedziałam.
- Doskonale Cię rozumiem – jeden z aniołów mnie poparł – To smutne ale zrobiłabym to samo na Twoim miejscu.
- Dziękuję, że jednak ktoś mnie rozumie – oznajmiłam i uśmiechnęłam się – A teraz wybaczcie, chciałabym zejść na ziemię.
Wszystkie anioły mnie przytuliły. Zeszłam na ziemię. Dokładnie na cmentarz, poszłam na swój grób. Oczekiwałam odwiedzin dwóch osób. Byłam bardziej niż pewna, że pojawią się chwilę przed godziną, o której umarłam. I nie myliłam się. Pierwszy przybył Nathan, oczywiście z dziennikiem pod ręką i bukietem czerwonych i białych róż. Kwiaty położył na pomniku, a sam usiadł na ławeczce. Przez dłuższą chwilę spoglądał na tablicę z moim imieniem i nazwiskiem oraz datą urodzenia i śmierci. Zaraz jego oczy zaszkliły się od łez. Nie chciałam, żeby płakał ale nic nie mogłam na to poradzić.  Wreszcie otworzył mój pamiętnik. Przeglądał go czytając te fragmenty, gdzie pisałam o nim. Na dłużej zatrzymał się na ostatnim, pożegnalnym wpisie. A pod nim był fragment "Iris", który Nathan wpisał zaraz po mojej śmierci:

"I oddałbym wieczność by Cię dotknąć,
Bo wiem, że w jakiś sposób mnie wyczuwasz
Jesteś najbliższa niebu, w którym kiedyś będę
I nie chcę teraz wracać do domu."

Jego lekturę przerwało przybycie Eleanor. Chłopak spojrzał na nią, a dziewczyna się speszyła.
- Przepraszam, jeśli Ci przeszkodziłam – oznajmiła cicho.
- Nic nie szkodzi, każdy może odwiedzić Louise – odparł uśmiechając się delikatnie – Siadaj – zachęcił ją wskazując miejsce obok siebie.
Usiadła obok niego, a widząc pamiętnik zapytała, czy może go zobaczyć. Nathan podał jej zeszyt. El znała treść ale chciała jeszcze raz przeczytać pewne fragmenty. Po kilkunastu minutach ze łzami na policzkach oddała zeszyt chłopakowi.
Przyglądałam się im uważnie. Widziałam Eleanor zerkającą zlęknionym wzrokiem co jakiś czas na Natha. Wiedziałam co jest grane. Nieraz słyszałam jak dziewczyna przeprasza mnie, że zakochała się w Nathanie, że nie chciała tego, a przyszło to tak niespodziewanie. Nie mogłam jej zabronić tego uczucia, zresztą mnie już nie było, umarłam i w żaden sposób nie mogłabym temu zapobiec. Jedyne co mi pozostało to wróżyć im szczęście. Ale najpierw Nath musiał pokochać Eleanor. Mogło to być trudne i czasochłonne ale wierzyłam, że im się uda.
Słyszałam myśli chłopaka. Ciągle wspominał chwile spędzone ze mną. Było mi, nam ciężko. Na szczęście trwało to krótko. Po około trzech godzinach spędzonych na cmentarzu Eleanor postanowiła już wrócić do domu. Gdy się podniosła usłyszała głos Natha.
- Zaczekaj – poprosił ją i również wstał – Może poszlibyśmy razem na kawę? – zaproponował.
El była zaskoczona jego pytaniem ale zgodziła się. Tak, o to mi chodziło. To był pierwszy krok  do czegoś więcej. Ale nadal słyszałam przeprosiny dziewczyny. Musiałam dać jej jakiś znak, że nie mam nic przeciwko, żeby się nie martwiła.
Zauważyłam pamiętnik leżący samotnie na ławce. Poruszyła gałęziami drzew powodując podmuch wiatru, który otworzył zeszyt na ostatnim wpisie. Wpis ów, a dokładnie ostatnie zdania głosiły, żeby dbali o swoje szczęście i niczym się nie przejmowali. Spojrzałam na nich, czytali to. Chwilę potem na twarzy El zagościł delikatny uśmiech, a w głowie zabrzmiało jedne wielkie „Dziękuję”. Z kolei z myśli Nathana usłyszałam:
- Chcesz, żebym był szczęśliwy? Będę, tylko szkoda, że nie z Tobą… Zawsze będzie mi Ciebie brakowało.
Mi też, ale ja jestem tu, a on tam.
Eleanor ze swojej torby wyciągnęła długopis i kucnęła przy ławce wpisując do pamiętnika ważne i piękne słowa, które dokończył Nathan:

“Cause if I had to save someone,  I’d still save you” (Bo gdybym miał kogoś ocalić, wciąż byłabyś to Ty)

Podpisali się, zamknęli pamiętnik. Nathan zabrał zeszyt i razem opuścili cmentarz kierując się na umówioną kawę. Od teraz byłam świadkiem rodzącego się między nimi pięknego uczucia…



No i jest epilog, którym kończę to opowiadanie.
Było mi bardzo miło pisać je dla Was. Mam nadzieję, że w jakimś stopniu się podobało :)
Osobiście, jestem bardzo zadowolona z niego, bardziej aniżeli z pierwszego opowiadania :)
Więc proszę o dużą ilość komentarzy ^^

A teraz czas się pożegnać, po raz drugi :)
Bardzo dziękuję wszystkim czytelniczkom za odwiedzanie mojego bloga i tyle miłych komentarzy, które bardzo mnie motywowały :)
Nie potrafię pisać podziękowań, więc napiszę tylko DZIĘKUJĘ Z CAŁEGO SERCA!!!
♥♥♥



+ moje trzecie opowiadanie ^^


środa, 4 lipca 2012

Rozdział 20.


Skończyłam, wreszcie napisałam ostatni wpis zamykając w ten sposób ostatni rozdział mojego życia. I tak żadne słowa nie wyrażą moich uczuć. Ale za kilka minut zobaczę się ze wszystkimi, po raz ostatni. Oni tego nie wiedzą, myślą, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że za kilka dni opuszczę mury szpitala i będę dalej wiodła szczęśliwe życie. Nawet nie mają pojęcia, w jakim są błędzie. A przekonają się już niebawem…
Drzwi do mojej sali ponownie się otworzyły i pojawił się w nich lekarz, tym razem bez swojej świty. Znów sprawdził całą aparaturę.
- Rodzina i przyjaciele czekają na zewnątrz – oznajmił – Mogę ich zawołać, jeśli wyrazisz na to ochotę.
- Tak, niech wejdą – odpowiedziałam.
Mężczyzna w białym fartuchu wyszedł, a chwilę po nim weszli rodzice z Mike’m, Nathan z Jessicą i Tomem, reszta zespołu z dziewczynami, a na końcu Eleanor. Mama od razu znalazła się przy moim łóżku po lewej stronie. Zaczęła mnie przytulać, całować, znosiłam to cierpliwie, żeby jej nie urazić. To samo zrobił tata i Mike.
- Dziękuję, że mi wtedy pomogłaś oraz, że zabrałaś mnie do swojego domu. Gdyby nie Ty, nie wiem co by się teraz ze mną działo – te słowa usłyszałam z ust mojego młodszego brata.
Teraz przynajmniej on będzie miał szczęśliwą rodzinę.
 Reszta stała w ciszy i się przyglądała. Gdy rodzice odeszli na bok ich miejsce zajął Nathan, ujął moją dłoń w swoje ręce i nachylił się nade mną, by złożyć pocałunek na moich wargach.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? – zapytał szeptem, w jego głosie wyczułam wyrzut – Znowu nie powiedziałaś mi prawdy…
- Co miałam Ci powiedzieć? Że po przeszczepie umrę, że odejdę na zawsze i po raz ostatni zobaczymy się w szpitalu? Że będę musiała Cię zostawić, że to koniec nas, naszego związku… - szeptałam, a w jego i moich oczach zaszkliły się łzy.
Miałam nie płakać ale to okazało się niemożliwe. Odejście z tego świata miało być proste, wyszło zupełnie inaczej.
Trwaliśmy dobre kilkanaście minut wpatrzeni w siebie i trzymający się za ręce. Kochałam go mimo, iż moje pierwotne serce umarło kilka godzin temu, a jego miejsce zajęło inne. To uczucie było o wiele silniejsze, nikt nie mógł tego zniszczyć, to było silniejsze nawet od śmierci, i wieczne. Byłam pewna, że Nathan nie zapomni, że gdzieś w sercu będzie nosił wspomnienie o mnie...
Nath rozluźnił uścisk i powoli i niechętnie wycofał się, aby inni również mogli do mnie podejść. Po policzkach Jessici płynęły strumienie łez, gdy stanęła obok mnie. Widok jej, takiej zrozpaczonej był okropny. Tym bardziej, że wiedziała co się niebawem stanie. Nie mówiła nic, wszystko zostało już powiedziane. Przytuliła mnie tylko i wróciła na swoje miejsce. Max, Siva, Jay, Michelle, Nareesha i Kelsey chyba zdawali sobie sprawę z tego, co nastąpi, gdyż podobnie jak Jess, podchodzili do mnie, obejmowali i wracali na miejsca. Między mną, a nimi nie było jakiejś szczególnej przyjaźni ale cieszyłam się, że przyszli.
Jako ostatnia podeszła Eleanor.
- Cieszę się, że Cię poznałam – zaczęłam pierwsza.
- Mi również miło – jej głos się co chwila załamywał – Szkoda, że to będzie miało taki koniec…
- Takie życie, nie da się odwrócić kolei losu.
- Nie Ty powinnaś umrzeć, tylko ja. Masz tu tylu kochających Cię ludzi, powinnaś być z nimi, cieszyć się życiem. Nie to co ja, wiecznie samotna, nigdy niechciana… Na co mi pieniądze, gdy nie mam prawdziwych przyjaciół… Nie chce takiego życia…
Słowa Eleanor bolały. Ta dziewczyna wolałaby umrzeć za mnie niż cierpieć samotność i odrzucenie.
- Nie mów tak. Żyjesz, bo masz jeszcze szansę na zmianę. Widocznie tam na górze, ktoś ma względem Ciebie jakieś plany. Jesteś wspaniałą dziewczyną, przyjaciółką. Nasza znajomość dużo dla mnie znaczyła w ostatnim czasie. Musisz żyć, rozumiesz? Zapamiętaj moje słowa – starałam się ją przekonać, że mam rację.
- Dziękuję Ci – wyszeptała.
- To ja Ci dziękuję – oznajmiłam, a ona przytuliła mnie mocno i odeszła - A gdzie Tom? – zapytałam.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że nie ma go tutaj.
- Wyszedł, wróci ale nie sam – odezwała się Jess.
Nie sam, czyli przyprowadzi moich prawdziwych rodziców tak jak się umawialiśmy….
Zanim wrócił Tom, Nathan ponownie pojawił się u mojego boku łapiąc mnie za rękę.
Wreszcie drzwi się otworzyły. Pierwszego ujrzałam Toma, który od razu podszedł do mnie. Za nim weszło małżeństwo. Mężczyzna był wysoki, miał czarne włosy, widoczne kości policzkowe oraz rysujące się pod koszulką mięśnie ramion. Tom był bardzo do niego podobny, nawet oczy i nosy mieli identyczne. Z kolei kobieta, niższa od męża miała proste, brązowe włosy opadające na ramiona, długie nogi, była szczupła. Miała piękne oczy, miały taki głęboki i intensywny kolor. Niestety nie odziedziczyłam ich po niej, moje były mieszanką oczów mamy i taty. Widziałam po nich wewnętrzne rozdarcie. Z jednej strony byli szczęśliwi, że mnie odnaleźli po tylu latach, że żyłam, miałam kochającą rodzinę. Z drugiej, byli zrozpaczeni, że ich córka umiera na ich oczach. Bo nie ma nic gorszego dla rodzica, jak widok umierającego dziecka…
Nie podeszli, bo tak się umawiałam z Tomem. Tak będzie dla nich lepiej.
Spojrzałam po twarzach wszystkich. Wiedziałam, za chwilę wszystko się skończy. Czas się pożegnać.
- Cieszę się, że jesteście tutaj wszyscy, to wiele dla mnie znaczy – zaczęłam – Żałuję tylko, że miałam tak mało czasu…
Rodzice, Mike, Nathan, zespół, dziewczyny, biologiczni rodzice, u każdego z nich widziałam łzy.
- Zbliża się mój koniec - oznajmiłam – Kocham Was. I proszę o jedno, nie zapominajcie o tym…
Po raz ostatni spojrzałam na ich twarze, na Nathana. Ścisnęłam mocniej jego rękę i wymusiłam delikatny uśmiech.
- Kocham Cię – szepnęłam do niego.
To koniec. Powieki zaczęły powoli się zamykać, nie miałam już na to wpływu. Usłyszałam jeszcze tylko wołanie Nathana.
- Nie odchodź! Proszę, nie zostawiaj mnie! – wołał i całował moją twarz.
Umarłam, odeszłam na zawsze…



Płakałam pisząc ten rozdział, płaczę i teraz.... Czuję się jak morderca :(
Taki oto smutny rozdział na zakończenie :(
Wyczekujcie epilogu.

+ głosujcie w ankiecie


środa, 27 czerwca 2012

Rozdział 19.


Bardzo powoli otworzyłam oczy. Jednak szybko je zamknęłam, ponieważ światło mnie raziło powodując tym samym ból i łzawienie. Okropnie bolała mnie głowa, lecz co dziwne, nie bolało mnie serce. Nie czułam nic, żadnego kłucia, czy tym bardziej bólu w miejscu, gdzie teraz z pewnością znajdowała się brzydka rana…
Gdy tak leżałam w samotności i powoli przyzwyczajałam oczy do światła coś mi się przypomniało. Ale, czy to był sen, czy to działo się naprawdę? Nie, jednak to była prawda… Otóż, gdy byłam w narkozie, podczas przeszczepu ja, jako dusza opuściłam swoje ciało. I to dosłownie. Unosiłam się w powietrzu i widziałam wszystko, co robili lekarze. Na dodatek byłam bosa, a na sobie miałam jakiś materiał, coś w rodzaju sukienki. Dziwne? Nawet bardzo. Przez moment czułam się tak, jakbym już miała umrzeć. Na szczęście tak się nie stało. W takiej postaci postanowiłam zobaczyć, co z rodzicami i przyjaciółmi. Nie zdążyłam nawet do końca o tym pomyśleć, a już byłam z nimi na korytarzu przed blokiem operacyjnym. To, co zobaczyłam sprawiło, że po moich policzkach poleciały łzy.
Mama siedziała na krześle, była blada, zapłakana. W jej lewy bok siedział wtulony Mike. Jego twarz była skupiona, a oczy wpatrzone w jeden tylko jemu wiadomy punkt. Tata pod wpływem niepewności i oczekiwania przemierzał korytarz. Na pewno zrobił już ładnych parę kilometrów przez tyle godzin. W dalszej części korytarza zauważyłam Jessicę i Toma obejmujących się. Nathan, tak samo jak mój tata chodził po korytarzu w tą i z powrotem. Z tym wyjątkiem, że on był wkurzony, widziałam to po jego oczach. Był zły na mnie, że nic mu nie powiedziałam, że znowu go okłamałam i zataiłam prawdę… Wreszcie chłopak oparł się o ścianę, nerwowo spojrzał na zegarek na swoim nadgarstku i bezradny osunął się po niej na podłogę. Twarz schował w dłonie. Czyżby płakał? Podeszłam bliżej i kucnęłam obok niego. Tak, Nathan płakał, widziałam łzy w jego zielono-niebieskich oczach, a także na policzkach. Ten widok kompletnie mnie zdołował. Objęłam go swoimi ramionami i zaczęłam przepraszać, chociaż wiedziałam, że ani mnie nie usłyszy, a tym bardziej nie poczuje mojego dotyku. Byłam w kompletnej rozsypce, po moich policzkach płynęły strumienie łez. Nie mogłam znieść widoku ich wszystkich czekających w wielkiej niepewności na koniec operacji. Nie mogłam patrzeć na ich ból, cierpienie spowodowane moją osobą. Gdybym tylko mogła cofnąć czas… Inaczej pokierowałabym swoim życiem, cierpiałoby mniej osób… Stałam tak i przyglądałam się im wszystkim, bo nie mogłam wrócić do swojego ciała. Cierpiałam jeszcze bardziej niż oni… Na samo wspomnienie tych wydarzeń rozpłakałam się. W żaden sposób nie próbowałam zatrzymać słonych łez.
Ból psychiczny był jeszcze gorszy od bólu fizycznego. Fizyczny zostawia tylko nic nie znaczące blizny na ciele, z kolei psychiczny – głębokie i bardzo trudne w uleczeniu ślady, on nie pozwala człowiekowi racjonalnie myśleć, normalnie funkcjonować, rozdziera serce i duszę… Właśnie tak było w moim przypadku. Zamiast cieszyć się, że poznałam tak cudowne osoby, że mam kochającą rodzinę, wspaniałego chłopaka ja chcę cofnąć czas tylko dlatego, by uchronić ich przed cierpieniem. A przecież cierpienie to nieodłączny element ludzkiego życia. Z tym jednak wyjątkiem, że niektórzy cierpią mniej, a inni bardziej. Tak właśnie było z moimi bliskimi, oni zaliczali się do tej drugiej grupy. Jeśli kogoś naprawdę kochamy i gotowi jesteśmy zrobić dla niego wszystko ból i cierpienie utwierdzają nas w tym przekonaniu. Bo jak można kogoś kochać i nie cierpieć po stracie tej osoby? Jedno wyklucza drugie. Miałam przed sobą niezaprzeczalny dowód, że jednak coś dla nich znaczę, że nie jestem im obojętna, że zawsze będą o mnie pamiętać i mnie wspominać. A to, czy będą wspominać w sposób pozytywny lub negatywny zależy tylko od nas samych i od naszych działań…
Moje życie jest brutalne, usłane ciągłym bólem i cierpieniem…. Bo kto powiedział, że życie jest zawsze kolorowe?
Moje rozmyślania nad sensem tego wszystkiego przerwali wchodzący do sali lekarze wraz z całą świtą pielęgniarek. Bez żadnych słów sprawdzili wszelką aparaturę do której byłam podłączona, zapisali coś w swoich dziennikach i po prostu wyszli. Jeszcze zdążyłam zapytać jedną z pielęgniarek o datę i godzinę oraz poprosić, by podała mi pamiętnik wraz z długopisem. Zdawałam sobie sprawę, że pisanie po tak ciężkiej operacji może być trudne ale nie poddawałam się, to miał być mój ostatni wpis i musiałam to zrobić. Musiałam przelać na papier moje ostatnie wspomnienia, myśli, refleksje….



No i jest, wreszcie. Smutny? Tak miało być... Ale i tak wiem, że nie napisałam wszystkiego, czego chciałam i źle dobrałam słowa :(
+ będzie jeszcze jeden rozdział, a na koniec prolog....

czwartek, 21 czerwca 2012

Rozdział 18.


Tak jak przypuszczałam, ból w klatce piersiowej nie ustał. Więc po południu pożegnałam się z przyjaciółmi, a Nathan odwiózł mnie do domu. Gdy rodzice mnie zobaczyli musiałam im wszystko opowiedzieć. Oni natomiast od razu zabrali mnie do szpitala na badania. Na szczęście wpadli na taki pomysł. Nie chciałam sama im tego mówić, gdyż bałam się ich reakcji. Zabrali też ze sobą Mike’a.
Przeszłam szereg długich i monotonnych badań, a potem musiałam poczekać na wstępne wyniki. Wraz z rodzicami w ciszy siedzieliśmy przed gabinetem lekarza i czekaliśmy. Na ich twarzach widziałam zdenerwowanie. Znowu się martwili, znowu przeze mnie. Już od tylu lat, codziennie widziałam w ich oczach ból. Cierpieli, a tylko dlatego, że adoptowali chorą dziewczynkę, czyli mnie, chcąc stworzyć kochającą rodzinę. Jednak, życie to nie bajka i los postawił przeszkody na naszych drogach…
Moje rozmyślania przerwał lekarz, który wreszcie opuścił swój gabinet, by nam przekazać nowe wieści. Po jego minie wnioskowałam, że dobrze nie jest ale musiałam poczekać aż się odezwie.
- Nie mam dobrych wieści – zaczął mężczyzna po dłuższej chwili milczenia i trzymania nas w niepewności, co jeszcze bardziej potęgowało zdenerwowanie rodziców – Twoje serce jest w ostatniej fazie – zwrócił się do mnie – Za 11 dni musisz się zgłosić, a za 13 dni zostanie przeprowadzony przeszczep serca. Gdyby nie ostatnie wydarzenia wszystko odbyłoby się trochę później. Niestety, serce umiera szybciej…
Spodziewałam się takich słów, znałam swoje ciało i wiedziałam, czego się mogę spodziewać. Jednak słowa lekarza i tak wprawiły mnie w osłupienie. Moje oczy były suche w porównaniu z oczami mamy, tata również nie płakał. Niewiele myśląc wstałam z krzesła.
- Czyli to już pewne. Skoro już za kilka dni czeka mnie przeszczep to to oznacza mój koniec, moją…. – w tej chwili zacięłam się, te słowo nie chciało przejść przez moje gardło - ….śmierć… - dokończyłam z trudem.
Spojrzałam na rodziców, Mike’a, lekarza. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie.
- Gdzie idziesz? – usłyszałam ciche pytanie taty.
- Przejść się. Chcę pobyć sama i ułożyć sobie wszystko – oznajmiłam i zostawiłam ich samych.
Szłam ulicami ręce chowając do kieszeni. Powoli nastawał wieczór, robiło się ciemniej i zimniej. Podczas tego spaceru postanowiłam jedno, ostatnie dni spędzić z najbliższymi mi osobami: z Nathanem, Jessicą, Tomem, Kelsey, Michelle, Nareeshą, Jayem, Sivą i Maxem, a także rodzicami i bratem.
Ponad godzinę później znalazłam się przed domem przyjaciół. Ucieszyli się na mój widok, tym bardziej, że pozornie miałam lepszy humor. W rzeczywistości udawałam, żeby nie robić im przykrości. Razem spędziliśmy miły wieczór, chłopcy zadbali o filmy, a dziewczyny o jedzenie i picie. A na koniec, późnym wieczorem Nathan odwiózł mnie wraz z Jessicą do domu.
Gdy weszłam do domu od razu poszłam do swojego pokoju. Widziałam, że rodzice są w salonie i namiętnie o czymś dyskutują ściszonymi głosami, więc nie chciałam im przeszkadzać. Z kolei brat leżał na łóżku pogrążony we własnych myślach. Jedyne czego pragnęłam w tej chwili to iść spać. Dlatego też wzięłam szybki prysznic i wsunęłam się pod ciepłą kołdrę…
W ciągu kilku kolejnych dni
Podczas tych kilku dni przed moją operacją starałam się normalnie funkcjonować, co przychodziło mi z wielką trudnością. Okłamywałam przyjaciół, że wszystko jest dobrze, rodziców i samą siebie, że się nie boję. Bałam się, cholernie się bałam. Z każdym kolejnym dniem szukałam powodów, by wstać z łóżka. Najgorsze było czekanie, chciałam już mieć wszystko za sobą. Ale z drugiej strony nie chciałam tak szybko żegnać się z przyjaciółmi, z Nathanem… Znałam ich tak krótko, a byli najważniejszymi osobami w moim życiu.
Z Eleanor utrzymywałam kontakt. Ona jedna wiedziała o wszystkim na bieżąco. Była w identycznej sytuacji, więc bezgranicznie jej ufałam. Przez te kilka dni stałyśmy się przyjaciółkami. To niewiarygodne, jak nieszczęście zbliża ludzi…
O całej sytuacji powiedziałam w wielkiej tajemnicy Jessice i Tomowi, który obiecał mi, że gdy będę w szpitalu przyprowadzi moich prawdziwych rodziców. Również opisywałam każdy dzień w pamiętniku dokładnie charakteryzując emocje, uczucia mi towarzyszące. Zapisywałam po kilka stron pisząc też, ile wszyscy dla mnie znaczyli, jak bardzo ich kochałam. Chodź tak naprawdę wiedziałam, że żadne słowa nie wyrażą moich uczuć.
Codziennie po szkole spędzałam czas z Nathanem i resztą, a wieczorami byłam z mamą, tatą i Mike’m. Korzystałam z każdej chwili, chciałam je jak najlepiej wykorzystać. Ale to, co miało się wydarzyć już niedługo było nieuniknione….
Jedenastego dnia, zgodnie z poleceniem lekarza stawiłam się w szpitalu. Tego dnia nie poszłam do szkoły tak, jak Nathan i Jessica, która miała przetrzymać brata jeszcze przez dwa dni. Do szpitala nie brałam zbyt dużo rzeczy, ale nie mogłam zapomnieć o pamiętniku. Chciałam jeszcze po wybudzeniu z narkozy zamieścić ostatni wpis, pożegnalny, a sam pamiętnik dać Nathanowi. Cel był taki, by mógł mieć pełny obraz mojej sytuacji, zarys uczuć, by znał całą prawdę…
Przez te dwa dni nikt mnie nie odwiedzał oprócz rodziców i Mike’a. W tym czasie robiono mi masę różnych badań, by potem podczas przeszczepu nie pojawiły się jakieś komplikacje.
Wreszcie, trzynastego dnia w mojej sali pojawił się lekarz wraz z pielęgniarką.
- Już czas – oznajmił mężczyzna – Zaraz zabierzemy Cię na salę operacyjną, a tam zaśniesz pod wpływem leków i zostanie przeprowadzona kilkugodzinna i bardzo trudna operacja. Jesteśmy dobrej myśli i wierzymy, że wszystko się powiedzie.
Kolejno podeszli do mnie tata, mama i Mike.
- Spokojnie, zobaczymy się za kilka godzin, obiecuję – pocieszałam ich.
Zostałam zawieziona na blok. Chwilę później poczułam igłę wbijaną w moją rękę i odpłynęłam…..




Oto właśnie jest przedsmak końca.... Kolejny rozdział będzie najbardziej smutnym i najtrudniejszym dla mnie do napisania, więc trochę na niego poczekacie. Ale wierzę, że temu podołam i mam nadzieję, że obejdzie się bez płaczu (chodź może to być trudne).



środa, 20 czerwca 2012

Rozdział 17.

Drzwi się otworzyły i przede mną pojawił się Nathan.
- Louise! – zawołał, a ja od razu rzuciłam mu się w ramiona.
- Nathan… - szepnęłam.
Z moich oczu popłynęły łzy, nie mogłam ich powstrzymać.
- Spokojnie, tu nic Ci nie grozi – mówił chłopak.
Ja na te słowa jeszcze bardziej wtuliłam się w jego ramiona. Nathan ponad moją głową zamknął drzwi i powoli ruszył w stronę salonu tym samym rozluźniając uścisk.
- Nie wypuszczaj mnie – poprosiłam szeptem.
Chłopak spojrzał mi w oczy, a następnie pocałował w czoło.
- Zabierz ją na górę – usłyszałam za sobą głos Kelsey.
Nie zastanawiając się dłużej Nath wziął mnie na ręce i pomaszerował schodami na górę. Wszedł do pierwszego pokoju po prawej stronie korytarza wyglądającego na pokój gościnny. Ostrożnie położył mnie na łóżku, a sam usiadł obok mnie trzymając mnie za rękę.
- Martwiłem się o Ciebie, zresztą nie tylko ja. Nie spaliśmy całą noc, Jess ciągle płakała, że to przez nią masz kłopoty… Próbowaliśmy Cię szukać – mówił smutnym głosem – Twoja twarz, szyja, ręce… - wyliczał i wolną dłonią dotykał mojej skóry – Jak oni mogli Cię skrzywdzić… Bardzo bolało? – zapytał.
- Trochę… - oznajmiłam, a oczy Nathana zaszkliły się od łez – Nath, było minęło. Teraz jestem tu z Tobą, a te wszystkie rany się zagoją i nie będzie po nich śladu – próbowałam go pocieszyć – Kocham Cię – powiedziałam na koniec i musnęłam jego wargi swoimi.
- Pewnie chcesz się przespać – zaczął.
Kiwnęłam głową.
- Ale mógłbyś zostać ze mną? – poprosiłam.
- Oczywiście ale najpierw się umyj, a w tym czasie zrobię Ci coś do jedzenia – zaproponował.
Zgodziłam się na taki układ. Chłopak jeszcze raz mnie pocałował i wyszedł z pokoju. Po chwili pojawiła się Michelle z czystymi ubraniami i ręcznikiem. Powolnym krokiem udałam się do łazienki. Zdjęłam z siebie brudne ciuchy i rzuciłam je w kąt, by już kilka sekund później poczuć na skórze strumień ciepłej wody zmieszanej z płynem do kąpieli o zapachu jabłek. Ten zabieg podziałał na mnie uspokajająco i odprężająco, pozwolił mi na trochę zapomnieć o wczorajszym wieczorze. Ale nie pozwolił zapomnieć o ciągłym, już znacznie mniejszym bólu serca spowodowanego ucieczką i nadmiarem emocji. Stojąc tak w kabinie prysznicowej ciągle czułam jego przyśpieszone bicie w swojej klatce piersiowej. Mimo iż byłam spokojna wiedząc, że teraz nic mi nie grozi to i tak nie mogło się uspokoić i wrócić do normalnego tempa. Zdawałam sobie sprawę, że jeśli nie zmieni się to do wieczora będę zmuszona zawitać do szpitala na dodatkowe badania. Żeby potem nie okazało się, że moje serce szybciej zakończyło swój żywot niż to było przewidywane i, żeby zdążono zrobić mi przeszczep…
Przerwałam swoje rozmyślania, które mogłyby doprowadzić mnie do płaczu. Zakręciłam kran i opatulając się najpierw ręcznikiem opuściłam kabinę. Drugim wysuszyłam włosy. Wreszcie ubrana i uczesana wyszłam z łazienki i wróciłam do pokoju, gdzie czekał już na mnie Nathan z tacą, na której stał talerz z naleśnikami i herbatą. Na mój widok uśmiechnął się.
- Teraz wyglądasz znacznie lepiej – oznajmił.
Nie zdążyłam usiąść obok niego, a taca już znalazła się na moich kolanach.
- Jedz póki ciepłe – rzekł Nath.
Nie śmiałam nawet protestować, więc zjadłam wszystkie naleśniki jakie były na talerzu i grzecznie wypiłam herbatę. Podziękowałam mu pocałunkiem.
- Odniosę tacę i zaraz wrócę – oznajmił i znikł za drzwiami.
Ja w tym czasie postanowiłam zadzwonić do rodziców, żeby powiedzieć im, że wrócę wieczorem. Na szczęście nie wiedzieli o tym, co się działo poprzedniego wieczoru, bo i tak miałam nocować u przyjaciół. Odłożyłam telefon Nathana, bo mój był rozładowany, na szafkę i wyciągnęłam się na łóżku. Kilka minut później wrócił Nath, zamknął drzwi i położył się obok mnie otulając nas kocem i obejmując mnie. Przy nim czułam się bezpieczna, chciana i przede wszystkim, kochana. Wtuliłam się w jego tors i wsłuchując się w równomierne bicie jego serca zasnęłam…



Przepraszam, że taki krótki ale tak musi być.
I, jeśli nie będzie powyżej 10 komentarzy nie będzie następnego rozdziału. To moje ostatnie rozdziały, więc oczekuję szczerych opinii. Pokażcie, ile Was czyta moje opowiadanie :)


środa, 13 czerwca 2012

Rozdział 16.


Mężczyzna chciał mnie przewrócić na ziemię, lecz ja kopnęłam go z całej siły w krocze i pognałam dalej przed siebie. Jessici nie widziałam, modliłam się w duchu, żeby była już w domu, z chłopakami, bezpieczna. Podczas biegu postanowiłam zmienić kierunek, żeby przypadkiem nie doprowadzić porywaczy do domu The Wanted. Skręciłam w uliczkę po lewej stronie. Tu kończyło się powoli osiedle. Gdzie niegdzie stały tylko nowe ale jeszcze niezamieszkałe domy. Wszystkie miały okna i drzwi zabite deskami, a dalej rozpościerał się las. Na szczęście ulica ta nie była oświetlona więc bez obawy, że ktoś mnie zauważy przeskoczyłam przez prowizoryczny płot jednej z posiadłości i ukryłam się za rosnącymi w rogu krzakami. Usiadłam na ziemi, a z moich oczy popłynęły łzy. Zakryłam usta dłonią, żeby czasami nie było słychać mojego szlochu. Czułam okropny ból w sercu, a także ból wszystkich mięśni w moim ciele oraz głowy. Czułam się fatalnie, pragnęłam, by to wszystko się już skończyło. Chciałam wrócić do domu, gdyż póki co nie przeczuwałam swojej śmierci, jeszcze nie teraz…
Siedziałam tak bardzo długo, moje ciało zesztywniało z bezruchu i zimna. W dodatku zaczął padać deszcz. Wstałam z ziemi i powoli ruszyłam wzdłuż płotu w stronę domu z nadzieją, że uda mi się wejść do środka i przeczekać resztę nocy. Weszłam przez szparę od tyłu. Dłońmi opierałam się o ściany, ledwo szłam, byłam wykończona. Idąc tak w pewnym momencie potknęłam się o coś i upadłam na kolana. Zbadałam ten przedmiot dłonią. To było drewno, obok mnie leżały drewniane deski. Znacznie lepiej nadawały się do spania niż betonowa podłoga. Położyłam się na nich, na głowę naciągnęłam kaptur, a dłonie schowałam w rękawy. Leżałam tak wsłuchując się w panującą ciszę i krople deszczu uderzające o dach. Wreszcie zmęczona odpłynęłam w ramiona Morfeusza…
Zostałam obudzona w brutalny sposób. Otóż ktoś zepchnął mnie z desek i zaczął okładać pięściami gdzie popadnie.
- Ał! To boli! – krzyczałam – Uspokój się! Nie zrobię Ci krzywdy kimkolwiek jesteś! Proszę…..
Osoba ta wreszcie się uspokoiła, a ja mogłam zobaczyć kim jest. Moim oczom ukazała się wysoka dziewczyna o długich brązowych włosach.
- Kim jesteś? – zapytała ostro.
- Jestem Louise… - zaczęłam.
- Co robisz w moim domu? – przerwała mi zadając kolejne pytanie.
Chciałam najpierw podnieść się z twardej podłogi, lecz gdy podjęłam starania moje kończyny odmówiły posłuszeństwa.
- Wczoraj uciekałam przed porywaczami i schowałam się w ogrodzie ale potem zaczął padać deszcz i weszłam do środka – opowiedziałam w skrócie.
- To oni Cię tak urządzili? – zapytała wskazując moją twarz.
Przytaknęłam. Chwilę potem nieznajoma podeszła do mnie i wyciągnęła dłoń.
- Jestem Eleanor – przedstawiła się i pomogła mi wstać.
Z powrotem siedziałam na deskach. Sięgnęłam do kieszeni po komórkę.
- Rozładowana, no pięknie… - jęknęłam chowając urządzenie – Która tak właściwie jest godzina? – zapytałam.
- Dochodzi ósma – usłyszałam w odpowiedzi – Przepraszam, że się tak na Ciebie rzuciłam ale wystraszyłaś mnie…
- Ok, nie gniewam się. Co nie znaczy, że mnie nie bolało… - oznajmiłam z wyrzutem.
Zapanowała między nami cisza.
- Muszę wrócić do domu, przyjaciele na pewno się martwią… - zaczęłam i chciałam stanąć na nogach ale poczułam ostry ból w klatce piersiowej. Automatycznie przyłożyłam dłoń do bolącego miejsca i się zatoczyłam.
W ostatniej chwili Eleanor złapała mnie za łokieć.
- Co jest? – usłyszałam jej głos.
- Nic – wyszeptałam.
- Kłamać to Ty nie umiesz – oznajmiła i spojrzała mi w oczy – Serce? – zapytała po chwili.
Nie zdążyłam nic powiedzieć ani zareagować, gdy Eleanor ponownie się odezwała.
- Tylko spokojnie, nie panikuj – pouczała mnie, jakbym sama nie wiedziała co mam robić.
Tak poza tym, wcale nie panikowałam. To było normalne, serce mnie bolało wskutek wczorajszego okropnego wieczoru. Strach o siebie i Jessice, wysiłek, który włożyłam w ratowanie nas i milion innych emocji, to za dużo jak na tak słabe i bliskie śmierci serce.
- Jak zgadłaś? – zapytałam cicho.
- Byłam w identycznej sytuacji dwa lata temu i znam wszystkie objawy – zaczęła – Miałam trochę szczęścia i mój organizm przyjął przeszczep. Dzięki temu żyję…
- Mnie przeszczep czeka. Ale nie znaczy, że jeśli Tobie się poszczęściło to i mi się uda… - oznajmiłam z rezygnacją w głosie.
- Nie poddawaj się za wczasu, musisz wierzyć, że wszystko się powiedzie, że będziesz żyła długo i szczęśliwie – próbowała mnie pocieszyć.
- Sama dobrze wiem, co mówi mi moje ciało. A mówi, że przeszczep to mój koniec, moja klęska – obstawałam nadal przy swoim – Ale skończmy to, nie chcę się bardziej dołować moją beznadziejną sytuacją – oznajmiłam jednocześnie zamykając temat.
- Jak chcesz… - powiedziała zrezygnowana Eleanor – Zawiozę Cię do domu, ok? – zapytała i zaczęła prowadzić mnie ku wyjściu.
Po chwili stałyśmy przy jej czarnym terenowym Chevrolecie. Wsiadłyśmy do niego, podałam jej adres domu The Wanted. W ciszy przemierzałyśmy drogę, żadna z nas nie podjęła tematu. Dopiero, gdy samochód dotarł do celu Eleanor się odezwała.
- Znamy się bardzo krótko ale chciałabym utrzymać z Tobą kontakt – oznajmiła nieco nieśmiało.
Kiwnęłam głową na znak zgody i podałam jej swój numer, który ona wstukała w komórkę. Podziękowałam za podwiezienie, pożegnałyśmy się i z duszą na ramieniu ruszyłam w stronę domu. Wiedziałam, że na pewno się martwili. W końcu nie dawałam znaku życia przez całą noc. W dodatku na twarzy miałam zaschniętą krew, podbite oko, podrapana szyja i ręce, jednym słowem wyglądałam jak siedem nieszczęść. Stanęłam przed drzwiami i nacisnęłam dzwonek. W środku rozległ się dźwięk, po chwili usłyszałam też szybkie kroki…



PRZEPRASZAM. 
Przepraszam za tak długą nieobecność. Nic mnie nie usprawiedliwia, zawaliłam po całej linii...
Przepraszam też za tak beznadziejny rozdział, w ciągu tego miesiąca wyszłam z wprawy w pisaniu :(


czwartek, 24 maja 2012

Info.

Zawieszam bloga. Nie pytajcie dlaczego, tak po prostu. Może dla Was to źle ale myślę, że gdybym usunęła/zamknęła opowiadanie byłoby gorzej. Tak więc, nie mam pojęcia kiedy wrócę (o ile wrócę), więc jeśli chcecie czekajcie cierpliwie na następny rozdział.....

czwartek, 10 maja 2012

Rozdział 15.


Po lekcjach w piątek wraz z Jessicą udałyśmy się do biblioteki. Musiałyśmy poszukać starych legend dotyczących Wielkiej Brytanii, a potem w jak najciekawszy sposób zaprezentować jedną z nich. Po długich poszukiwaniach i naradach wybrałyśmy legendę o potworze z Loch Ness. Gdy opuściłyśmy bibliotekę wokół już było ciemno, był wieczór. Czasami ulicą przejechał jakiś samochód, natomiast chodnikiem nie spacerował żaden człowiek.
- Jess, zadzwoń po któregoś chłopaka – poprosiłam – Nie uśmiecha mi się wracać o tej porze pieszo.
- Wyluzuj, nie ma czego się bać – zapewniała mnie Jess – Jeszcze nie ma 19, a poza tym spacer dobrze nam zrobi.
- Ok, niech będzie – niechętnie przystałam na jej propozycję i ruszyłyśmy z buta do domu chłopaków.
Podczas spaceru rozmawiałyśmy, żartowałyśmy. Byłyśmy już prawie na osiedlu, gdy minął nas czarny samochód z przyciemnianymi szybami i zatrzymał się kilka metrów przed nami. Nie wiem jak Jessicę ale dopadło mnie wrażenie, że coś jest nie tak, że wydarzy się coś złego.
- Jess, może pójdziemy inną drogą? – zapytałam cicho tym samym zwalniając kroku.
- Czyli nie tylko mi nie podoba się ten samochód? – zapytała niepewnie blondynka, przytaknęłam.
Ale zanim zdążyłyśmy cokolwiek zrobić drzwi auta otworzyły się i wyskoczyło z niego dwóch mężczyzn, byli napakowani. Podbiegli do nas.
- Zajmiesz się blondyną – usłyszałam rozkaz wyższego mężczyzny.
Boże, oni chcieli porwać Jessicę! Wyższy facet złapał mnie za nadgarstki odciągając od przyjaciółki, kiedy niższy próbował ją obezwładnić i wciągnąć do samochodu. Nie mogłam na to pozwolić! Zaczęłam się wyrywać, krzyczeć ale szybko tego pożałowałam. Facet ów bardzo mocno mnie spoliczkował. Na chwilę zamroczyło mnie to, a gdy odzyskałam świadomość ujrzałam Jess siedzącą już w aucie.
- Szefie! – zawołał drugi facet.
Mój napastnik puścił mnie i popchnął na ziemię, po czym ruszył szybkim krokiem do auta. Za wszelką cenę musiałam pomóc Jessice. Pomimo zawrotów głowy i bólu serca podniosłam się, albo ją uratuję albo umrę. Pobiegłam za mężczyzną i podcięłam go. Legł jak długi na ziemi. Nie wahając się ani chwili usiadłam mu na plecach i zaczęłam okładać go pięściami po głowie. Jednak drugi widząc co się dzieje podbiegł do mnie i zepchnął mnie ze swojego szefa i przytrzymał za ręce. Tamten podniósł się. Spojrzał na mnie pogardliwie, widziałam jak zaciska pięści, a chwilę potem ponownie mnie uderzył raz i drugi.
- Myślałaś, że sama dasz sobie ze mną radę? – zakpił.
Nic nie powiedziałam, w głowie czułam tylko mocny, pulsujący ból i krew spływającą mi po policzku i z nosa. Już nie wspomnę o okropnym bólu serca…
Mężczyźnie widocznie było jeszcze mało, bo zanim się zorientowałam uderzyłam plecami o drzewo. Usłyszałam jeszcze trzaskanie drzwiami i odgłos silnika. Byłam bliska omdlenia i chętnie bym to zrobiła ale Jess, nie mogłam jej tak zostawić na pastwę losu porywaczom. Ostrożnie podniosłam głowę i spojrzałam w stronę auta. Nadal stało w miejscu, przez szybę widziałam, jak Jessica próbuje stawić im opór. Rozejrzałam się wokół w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby ewentualnie mi się przydać. Mój wzrok padł na przedmiot leżący w miejscu, gdzie jeszcze kilka minut temu leżał mój oprawca. Powoli podczołgałam się do tego miejsca. Wtem moim oczom ukazał się pistolet. Lecz mimo wszystko nie strzelę do człowieka, nie będę morderczynią. Gdy mój mózg pracował intensywnie myśląc, co z tym zrobić samochód wreszcie ruszył. Spanikowałam, jeśli odjadą… Nawet nie chciałam dopuszczać do siebie żadnego scenariusza.
I w tej chwili zadziałał impuls, który kazał mi strzelać do kół auta. Niewiele myśląc wzięłam w dłoń metalowy przedmiot i wycelowałam. Nacisnęłam na spust i po okolicy rozległ się donośny huk. Chwilę potem dało się słyszeć pisko opon. Trafiłam! Potem były już ułamki sekund, auto wpadło w poślizg i uderzyło w latarnię. Z silnika buchnęły kłęby dymu. Teraz albo nigdy. Ostatkiem sił podniosłam się i chwiejnym krokiem ruszyłam w tamtym kierunku. Widziałam, że jeden z nich stracił przytomność w wyniku zderzenia samochodu z latarnią. Natomiast drugi, kierowca próbował wysiąść z auta. Podeszłam od strony kierowcy, otworzyłam drzwi i wcześniej zabranym kamieniem uderzyłam go w kark, zemdlał. Pomogłam wysiąść Jess i razem odeszłyśmy na chodnik.
- Obiecaj mi tylko, że nie pozwolisz zabrać mnie do szpitala… - wydusiłam z siebie i odpłynęłam.
Ocknęłam się. Nadal w całym ciele czułam silny, przeszywający ból, czułam jak każdy nerw jest spięty. Powoli otworzyłam oczy, lecz szybko je zamknęłam, gdyż ujrzałam wokół czerwono-niebieskie migające światło. Policja, pomyślałam.
- Lou? Lou, proszę, ocknij się! – usłyszałam płaczliwy głos Jessici.
- Jess… - szepnęłam.
- Musimy zabrać ją do szpitala – usłyszałam nad sobą inny głos.
- Nie, nie możecie – zaczęła Jess – Poleży chwilę i jej przejdzie, to silna dziewczyna.
Leżałam na ziemi jakieś pół godziny zanim zdecydowałam się wstać. W głowie mi szumiało, a przed oczami obrazy wirowały.
- Muszę zabrać Was na komisariat – oświadczył jeden z funkcjonariuszy – Złożycie zeznania.
Cóż, nie protestowałyśmy i wsiadłyśmy do policyjnego wozu. Czułam się jakbym to ja popełniła przestępstwo…
W komisariacie spędziłyśmy około dwóch godzin… Te wszystkie procedury, pytania, jednym słowem koszmar. Moja komórka nie przestawała dzwonić. W szczególności imiona Nathana i Toma pojawiały się na moim wyświetlaczu, nie odebrałam żadnego połączenia, a wreszcie wyłączyłam komórkę dla świętego spokoju. Wiem, że się martwili, już dawno powinnyśmy być z nimi ale wyszło jak wyszło. Musiałam nas ratować. A wszystko przez Jessicę, zachciało jej się spaceru po nocy… Ale nie będę jej obwiniać, w końcu skąd miałyśmy wiedzieć, że ktoś spróbuje ją porwać.
Wreszcie policjanci dali nam na dzisiaj spokój. Teraz pragnęłam tylko położyć się do łóżka, zapomnieć o tym wieczorze. Chciałam również, aby moje serce wreszcie przestało mnie boleć, by się uspokoiło.
- Dlaczego nie chciałaś jechać do szpitala? – zapytała cicho Jessica, gdy odeszłyśmy troche od posterunku policji.
- Gdybym się tam znalazła od razu wzięli by mnie pod nóż. Chcieliby przeprowadzić operację, a dla mnie oznaczałoby to koniec, definitywny koniec… - odpowiedziałam.
Jessica na te słowa przytuliła mnie.
- Zadzwonię po Jaya, żeby po nas przyjechał – oznajmiła.
Ja w tym czasie, gdy blondynka szukała komórki rozejrzałam się wokół. Za jednym z drzew coś mi przemknęło. Przeczuwałam kolejne kłopoty. Jeszcze raz spojrzałam w tamta stronę. Teraz byłam już pewna, ktoś tam stoi i nas obserwuje. Jessica właśnie rozmawiała z Jayem.
- Nie ma czasu na rozmowy – przerwałam jej i zakończyłam połączenie – Nie zwracaj na nic uwagi i kiedy Ci powiem masz jak najszybciej biec do domu chłopaków, zrozumiano? – ostrzegłam ją drżącym głosem.
- Ale o co chodzi? – zapytała również przestraszona.
Po raz ostatni zwróciłam wzrok w stronę drzewa. Powoli zaczęła wyłaniać się zza niego wysoka postać.
- Myślałyście, że tak łatwo Wam to ujdzie? – zadrwił mężczyzna.
 Zaraz za nim pojawił się następny. Co to miało być? O co im chodzi? Chcą porwać Jess dla okupu? Czy może chodzi im o zemstę? Nie ważne, ważne było to, że musiałyśmy znowu walczyć o wolność. Powoli zaczęłyśmy się cofać.
- Biegnij ile sił i nie zatrzymuj się, nawet jeśli będę Cię o to prosić, jasne? Będę biegła za Tobą, musisz nas zaprowadzić do domu – zapytałam szeptem ale nie czekałam na odpowiedź – Teraz! – krzyknęłam.
Jessica pędem ruszyła przed siebie, a ja za nią. Słyszałam kroki za sobą, biegli za nami. Moje myśli krzyczały nad okropieństwem tego wieczoru. Co ja zrobiłam, że teraz muszę uciekać przed jakimiś psycholami? Czym zawiniłam? Jakbym jeszcze miała za mało zmartwień…
Wnet poczułam, że jeden z nich łapie mnie za nadgarstek i ciągnie do tyłu…



OMG, przesadziłam z tym rozdziałem...


piątek, 4 maja 2012

Rozdział 14.


Gdy odwiesiliśmy kurtki na wieszaki i zdjęliśmy buty Nathan wprowadził mnie za rękę do salonu. Oczy wszystkich tam zgromadzonych zwróciły się w naszą stronę. Staliśmy tak w progu nie wiedząc co zrobić.
- Jesteście razem? – wypaliła Jessica przerywając ciszę.
Przytaknęliśmy.
- Gratulacje – rozległy się głosy dziewczyn i chłopaków, oprócz Toma.
- Nathan, nie zasługujesz na Louise – odezwał się Tom poważnym głosem.
Tym razem wszyscy spojrzeli na niego.
- Zamknij się Tom, to nie Twoja sprawa – zaczęłam.
- Właśnie, że moja – kontynuował Tom.
- Zachowujesz się jak nadopiekuńczy brat – oznajmiła Nareesha.
- Nie chcę potem widzieć, że Lou cierpi przez Nathana – chłopak obstawał przy swoim.
- Jedyną cierpiącą osobą tutaj będzie Nathan – wtrąciła Jess.
- I to już niedługo – dodałam.
Nastała niezręczna cisza. Nikt oprócz mnie, Jessici i Nathana nic nie wiedział o mojej chorobie. Postanowiłam, że nikomu więcej tego nie powiem ale zmieniłam zdanie widząc ich pytające miny.
- Posłuchajcie mnie uważnie – oznajmiłam zajmując miejsce na kanapie i zaczęłam swoją opowieść.
Przez cały ten czas patrzyłam w podłogę. Bałam się ich reakcji, ich smutnych oczu. Gdy skończyłam mówić niepewnie podniosłam wzrok i przyjrzałam się wszystkim. Dziewczyny wraz z Tomem zalewały się łzami, to było do przewidzenia. Max, Siva i Jay byli smutni, a zarazem w szoku. Z kolei twarz Nathana nie wyrażała nic, żadnych emocji.
- Przepraszam, że chciałem Was rozdzielić – zwrócił się do mnie i Natha Tom – Nie wiedziałem, że tak się mają sprawy…
- Spokojnie, nie gniewam się – rzekłam – Rozumiem Twoje obawy.
- A ja nie – wtrącił Nathan.
Więc czas wyjawić kolejną tajemnicę.
- Tom jest moim bratem – powiedziałam.
- Co? – dało się słyszeć pytania innych.
Tom pobiegł na górę, zapewne po fotografię, a gdy wrócił od razu zaczął opowiadać międzyczasie również i mi dając prawo głosu.
- I co zamierzacie teraz zrobić? – zapytała niepewnie Michelle.
- Nic, wszystko zostanie po staremu – odpowiedziałam.
- A Twoi biologiczni rodzice? Nie powiesz im? – dopytywała Kelsey.
- Nie teraz, nie chcę burzyć ich spokoju. Poza tym nie jestem na to gotowa… Tom, mam nadzieję, że na razie nic im nie powiesz? – zapytałam brata, jak to dziwnie brzmi.
- Nie pochwalam tego ale ok, niech i tak będzie… - odrzekł.
Potem już nikomu nie było do śmiechu, nikt nie żartował, nikt się nie śmiał. Wszyscy siedzieliśmy posępni i wgapialiśmy się w jakiś nudny film w telewizorze.
- Nathan, odwieziesz mnie do domu? – szepnęłam mu na ucho, gdy siedziałam wtulona w niego.
- Tak – odparł.
Podnieśliśmy się z kanapy. Pożegnałam się z przyjaciółmi, podziękowałam za tort i prezenty i opuściłam dom. W ciszy przemierzaliśmy ulice Londynu. Wreszcie Nathan zatrzymał się przed moim domem.
- Dziękuję – powiedziałam i uśmiechnęłam się delikatnie.
Natomiast Nath przyciągnął mnie do siebie i pocałował.
- Do zobaczenia jutro w szkole – pożegnałam się i wysiadłam z samochodu.
Weszłam do domu, dopiero Nathan odjechał. Oznajmiłam rodzicom, ze już jestem i pognałam do pokoju, gdzie od razu rzuciłam się na łóżko. Poleżałam chwilę analizując dzisiejszy dzień. Mam chłopaka, którego kocham. Odnalazłam brata, właśnie, powiedzieć rodzicom, czy nie? Oto pytanie… Jednak im powiem, żeby potem nie było niespodzianki. Poszłam do łazienki wziąć prysznic i, gdy tylko przyłożyłam głowę do poduszki zasnęłam.
Nazajutrz, po powrocie ze szkoły usiadłam z rodzicami w salonie i opowiedziałam im o moim odkryciu. Słuchali mnie uważnie. Czułam, że w ten sposób sprawiam im ból ale nie mogę ich okłamywać. Na koniec tata oznajmił, ze zrobię jak będę uważała, bo jestem dorosła i mogę już sama decydować. Zapewniłam ich, że to z nimi chcę być do końca, że nic się nie zmieni.
Przez kilka kolejnych dni nic ciekawego się nie wydarzyło. Codziennie wstawałam rano do szkoły, potem wracałam do domu, odrabiałam lekcje, czasami Nathan gdzieś mnie zabrał. A to na London Eye, spacer po parku bądź też do siebie, do domu na kolację. Zawsze towarzyszyła tym spotkaniom romantyczna atmosfera, wiele razy Nathan powtarzał mi, jak bardzo mnie kocha i, że zawsze tak będzie, że nic tego nie zmieni. Zawsze słuchałam go z uwagą, uczyłam się na pamięć tych słów. Były dla mnie jak eliksir życia, dla niego byłam gotowa na wszystko. Zaczęłam nawet wierzyć, że wszystko wróci do normy, że przeszczep się uda, i będę szczęśliwa z Nathanem. Ehhh, marzenia….
Tak minął mi czas do piątku. Tego feralnego piątku, kiedy wraz z Jessicą musiałyśmy walczyć o życie i wolność……



Dwie sprawy:
1. Przepraszam, że rozdział taki krótki i taki nieciekawy... Następny będzie lepszy ;) Ale dodam go za.... dość długi czas, może nawet w porywach do miesiąca... ;( ale to w drugim punkcie.
2. Nieuchronnie to opowiadanie zbliża się do końca. Jak wiecie piszę też trzecie opowiadanie, ale czuję, ha, jestem pewna, że gdybym najpierw zakończyłe te, do tamtego bym nie wróciła. Poprostu, jestem zadowolona z tego bloga, jest mi bardzo bliskie, zawsze staram sie przelewać w nie jak najwięcej uczuć, emocji. Nie mogę ot tak sobie, zwyczajnie go zakończyć. Więc postanowiłam wstrzymać się z pisaniem tutaj, dopóki nie zakończę tamtego... Mogę się tylko domyślać, co na mnie szykujecie ;)
Wrócę tu, obiecuję to Wam, i zakończę swoją "karierę pisarską" może nie w wielkim, ale w dobrym stylu. Mam nadzieję, że zrozumiecie...


A tymczasem, do zobaczenia na trzecim blogu!!! ;***


poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Rozdział 13.


Przez kilka minut wpatrywałam się tępym wzrokiem w dwie idealnie pasujące do siebie połówki zdjęcia. Jeśli Tom potwierdzi, że to on jest na zdjęciu, a dziewczynka obok to jego siostra, co jest bardzo prawdopodobne to przypadkiem odnalazłam… brata. Musiałam się upewnić, musiałam go zapytać.
- Tom... – zaczęłam łamiącym się głosem – Spójrz – poprosiłam i podsunęłam mu fotografię.
Przyglądał jej się chwilę.
- Skąd masz druga połówkę? – zapytał patrząc na mnie uważnie – To jestem ja z moją siostrą….
- Dostałam ją dziś od rodziców – oznajmiłam bliska płaczu – Jeśli to jesteś Ty, a to jestem ja – zaczęłam wskazywać na dzieciaki na zdjęciu – To jesteśmy rodzeństwem…
Rozpłakałam się. Po tylu latach odnalazłam brata, a jeśli brata to także biologicznych rodziców…
- Ale jak… - zaczął chłopak, przerwałam mu.
- Zostałam adoptowana, gdy miałam dwa lata. Rodzice zabrali mnie z domu dziecka w Londynie… - mówiłam poprzez łzy – Opowiadali mi zawsze, że jedna z opiekunek sierocińca znalazła mnie poza miastem. Byłam sama, mała, więc zabrały mnie do domu dziecka. Zgłoszono to na policję ale nikt się nie zgłosił, nikt mnie nie szukał. Jedynym śladem była połówka zdjęcia ale w niczym nie pomogła….
- Jak to nikt nie szukał? Szukaliśmy Cię, rodzice nie dawali za wygraną… Ale prawda jest taka, że nie szukaliśmy Cię aż w Londynie… - dodał smutny.
Między nami zapanowała cisza.
- Nie wierzę! – wnet krzyknął na cały głos zrywając się na równe nogi – Louise! Ty żyjesz! Po tylu latach! - podbiegł do mnie i zaczął mocno przytulać.
Żyję, na razie, dodałam w myślach.
- Tom... – próbowałam wyrwać się z jego stalowego uścisku.
- Odnalazłem siostrę! – krzyczał nadal, a z jego oczu ponownie popłynęły łzy, tym razem były to łzy szczęścia.
Z kolei ja byłam w totalnym szoku. Pogodziłam się z tym, że rodzice mnie nie kochali, nie chcieli, więc oddali do domu dziecka. A okazało się, że to wszystko wina pijanego kierowcy, który spowodował wypadek i w wyniku czego najzwyczajniej się zgubiłam.
- Tom do cholery! Połamiesz mi żebra! – krzyknęłam uwalniając się wreszcie z jego uścisku.
- Ja chcę się tylko Tobą nacieszyć… - zaczął.
- Ale ja nie chcę – przerwałam mu poważnym tonem – Myślisz, że teraz, że przez kilka chwil nadrobisz to wszystko? Że wszystko wróci do normy, że będzie tak jak kiedyś było? Mylisz się! Poznałam Ciebie ale lepiej by było, gdyby tak się nie stało…
- Ale rodzice… Oni nadal za Tobą tęsknią, chcieliby Cię zobaczyć…
- Nie będą chcieli się ze mną spotkać dopóki im nic nie powiesz.
- A Ty byś nie chciała? – zapytał z nadzieją.
- Nie – oznajmiłam stanowczo – Jest jak jest, nic się teraz nie zmieni tylko dlatego, że jesteśmy rodzeństwem. Zrozum, nie chcę niszczyć spokoju naszych rodzin, nie chcę cierpieć… - zakończyłam już szeptem.
Odwróciłam się od chłopaka i nacisnęłam klamkę.
- Nikomu ani słowa, rozumiesz? – uprzedziłam go i opuściłam jego pokój.
Schodziłam po schodach z przeświadczeniem, że tak będzie lepiej. Po co wszystko komplikować skoro i tak za niedługi czas być może umrę? Po co poznawać prawdziwych rodziców i robić im złudną nadzieję, a potem się okaże, że umrę, a oni znowu będą cierpieć… Ale też nie będę wredna, obiecałam sobie, że jeśli przeżyję pójdę do nich i pokażę, że żyję, że nic mi nie grozi…
Przerwałam swoje rozmyślania z chwilą, gdy do przedpokoju wszedł… Nathan. Zdążyłam złapać się poręczy w ostatniej chwili, inaczej wywinęłabym orła. Spojrzał na mnie tymi swoimi zielonymi i przenikliwymi oczami, zamarłam, tak samo jak on. Przez kilka chwil patrzyliśmy na siebie nie mrugając oczami.
- Nathan, idziesz? – rozległo się z kuchni czyjeś wołanie, a sekundę potem w holu pojawiła się również Michelle, co przerwało niezręczną ciszę.
- Tak, tak – oznajmił szybko Nath i zniknął w kuchni.
- Sorry – wyszeptała Michelle.
- Nie ma sprawy – odparłam i również poszłyśmy do kuchni.
Na stole stał już tort. Na wierzchu było napisane „Louise, Happy 18th Birthday!”.
- Co z Tomem? – zapytała od razu Kelsey.
- Z Tomem? – upewniłam się.
- Tak, słyszeliśmy jakieś krzyki – oznajmiła Jess.
- To nic poważnego…. – zaczęłam.
- Jestem! – krzyknął sam zainteresowany.
- Świetnie, są wszyscy. Teraz pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczki – poinformowała Kelsey obejmująca Toma.
Zanim zdmuchnęłam świeczki rozejrzałam się po twarzach wszystkich tu zebranych. Dłużej przyglądałam się Nathanowi, lecz ten patrzył w zupełnie innym kierunku.
„Niech wszyscy będą szczęśliwi” pomyślałam i zdmuchnęłam osiemnaście świeczek.
Rozległy się brawa, a potem dziewczyny pokroiły tort, a Max nalał szampana do kieliszków. Przyjaciele wznieśli toast i zaczęliśmy jeść słodkości. Towarzyszyły temu głośne rozmowy i czasami również pokrzykiwania. Jedynie ja, Nathan i Tom nic nie mówiliśmy, z nikim nie chcieliśmy rozmawiać.
Gdy zjadłam swoją porcję odstawiłam pusty talerz do zlewu.
- Przejdę się – oznajmiłam.
Nikt nie miał nic przeciwko, więc szybko wciągnęłam buty i kurtkę i wyszłam przed dom. Ruszyłam do ogrodu, zrobiłam wokół niego jedna rundkę, by w końcu oprzeć się o jedno z wielu drzew. Stałam tak nie myśląc o niczym, relaksowałam swój umysł. Ale nie trwało to długo. Tom moim bratem, Nathan nadal na mnie zły… te dwie myśli nie dawały mi spokoju. Dlaczego dzisiaj, dlaczego teraz tak wszystko się komplikuje?
Nie zauważyłam nawet kiedy Nathan również oparł się o drzewo po drugiej stronie. Milczał, nie wiedziałam, czy chcc coś powiedzieć tylko nie może, czy czeka aż ja zacznę.
- Nadal jesteś zły, tak? – zapytałam.
Nadal milczał, więc uznałam to jak potwierdzenie. No tak, czego ja oczekiwałam…
- Więc po co za mną przyszedłeś? – zapytałam ponownie.
Cisza. Dałam się już na spokój, skoro nie chce ze mną gadać to nie będę się wysilać.
- Wtedy, powiedziałem kilka słów za dużo – odezwał się po kilkunastu minutach.
Wzruszyłam ramionami.
- Źle to sformułowałem… Chodziło mi o to, że gdybym wiedział wcześniej inaczej bym to rozegrał…
- Nie prawda – oznajmiłam krótko – Nathan, ludzie pod wpływem impulsu mówią różne rzeczy ale nigdy nie kłamią. Powiedziałeś to, co chciałeś powiedzieć.
- Powiedziałem to, czego nie chciałem, czego teraz żałuję… - powiedział i stanął naprzeciw mnie – Chciałem Ci powiedzieć, że gdybym wiedział zachowałbym się inaczej, wszystko potoczyłoby się w lepszym kierunku. A zareagowałem tak, bo nie lubię gdy ktoś mnie okłamuje…
- Nie okłamałam Cię, zataiłam prawdę, a to różnica – przerwałam mu.
- Naprawdę, wielka mi różnica – oznajmił z ironią w głosie.
- A żebyś wiedział…
Nie pozwolił mi dokończyć, gdyż brutalnie wpił się w moje usta. Całował mnie namiętnie, zachłannie jednocześnie przyciskając do drzewa.
- Daj mi szansę – szepnął patrząc mi w oczy – Chcę się cieszyć Tobą, chcę z Tobą być… Chcę poczuć smak prawdziwej miłości.
Patrzyłam na niego, byłam w szoku. Słowa wypływające z jego ust były piękne, nieziemskie. Czułam, że mu ulegam, był to odruch bezwarunkowy, nic nie mogłam na to poradzić. Moje serce biło szybko, czułam jak obija się o żebra. Nie zważając na nic wtuliłam się w Nathana, objął mnie swoimi ramionami. Z moich oczu popłynęły łzy, przy nim czułam się bezpieczna, ufałam mu bezgranicznie, i co najważniejsze, kochałam bardziej niż własne życie.
- Kocham Cię. I nie ważne, co będzie potem, liczy się tylko teraźniejszość, my i nasza miłość – powiedział spokojnym tonem – Wystarczy jedno Twoje słowo, nie przyjmuję odmowy… .
- Tak… - szepnęłam po dłuższej chwili.
Usta Nathana wygięły się w uśmiech, a potem ponownie złączyliśmy się w pocałunku.
- Jeśli umrę… A Ty będziesz cierpiał… Nie wybaczę sobie tego, nie wybaczę tego, że pozwoliłam Ci się we mnie zakochać… - oznajmiłam przez łzy.
- Nie mów tak. Nie zakładaj od razu, że się nie uda… - próbował mnie pocieszyć.
- Chciałabym wierzyć, że wszystko się ułoży, lecz życie lubi płatać figla i nie zawsze jest takie kolorowe jakby się mogło wydawać. Próbuję wierzyć ale nie wychodzi mi to… Ale nie mówmy już o tym – poprosiłam – Okaże się, co czas przyniesie…
Skinął głową i pocałował w czoło. Objął mnie ramieniem i tak wróciliśmy do środka…


Kwestie Nathana nie były pisane przeze mnie ;D
I ten rozdział jest taki przewidywalny...
Tylko nie bijcie!! <333


sobota, 21 kwietnia 2012

Rozdział 12.


Obudziłam się następnego dnia już we własnym łóżku. Przeciągnęłam się i wstałam. Byłam w ubraniach z poprzedniego dnia, więc podeszłam do szafy i wybrałam czyste ciuchy. Były to ciemne dżinsy, niebieski t-shirt z nadrukiem i sweterek w ciemnym odcieniu szarości. Poszłam do łazienki wziąć prysznic. Uczesałam się, umalowałam i byłam gotowa. Zeszłam do kuchni, rodzice i Mike już tam byli i jedli śniadanie.
- Dzień dobry – przywitałam się – Zasnęłam wczoraj na kanapie czekając na Was. I co, udało się? – zapytałam szybko.
Wszyscy spojrzeli na mnie. Nic nie mogłam odczytać z ich wyrazów twarzy.
- Mike należy do naszej rodziny – oznajmił tata, a ja z radości podskoczyłam kilka razy i rzuciłam się każdemu w ramiona.
Byłam bardzo szczęśliwa, że Mike zostanie z nami. Gdy uspokoiłam trochę emocje zasiadłam przy stole i zabrałam się za śniadanie. Gdy całą rodziną skończyliśmy posiłek pomogłam mamie pozmywać, a potem poszłyśmy do salonu. Oglądaliśmy jak to w niedzielę jakiś film, gdy rodzice podnieśli się i poszli na górę. Wrócili po chwili niosąc wielkiego miśka w spodenkach i koszulce z moim imieniem.
- Wszystkiego najlepszego, kochanie! – zawołali razem.
No tak, dziś obchodziłam 18 rodziny, w pień zapomniałam. Wstałam i podeszłam do rodziców.
- Dziękuję – podziękowałam i przytuliłam ich bardzo mocno.
Mike również złożył mi życzenia, nic dla mnie nie miał, prezent nie był najważniejszy. Wystarczyło, że był z nami.
- Nie wiedzieliśmy co Ci kupić… - zaczęła mama.
- Sprawdź kieszenie – oznajmił tata.
Usiadłam z miśkiem na kolanach z powrotem na kanapie i przeszukałam kieszenie. W jednej znalazłam dowód, który prawnie oznaczał, że jestem już pełnoletnia. W drugiej znalazłam pieniądze, z kolei w trzeciej i ostatniej było zdjęcie. Wzięłam je w dłonie i przyjrzałam się. Fotografia była stara. W górnej części miała nierówne brzegi, jakby została przerwana. Przedstawiała dwoje małych dzieci trzymających się za dłonie i obejmowanych przez czyjeś ręce.
- To Ty, gdy byłaś mała – poinformowała mnie mama wskazując na dziewczynkę.
- A ten chłopiec obok? – zapytałam.
- Opiekunki w sierocińcu, a także i my domyślamy się, że mógł to być twój brat… - kontynuowała.
- Chcieliśmy dać Ci te zdjęcie wcześniej ale zapodziało się, znaleźliśmy je, gdy się przeprowadzaliśmy – rzekł tata.
- Nic nie szkodzi, to i tak nie ma teraz znaczenia… - oznajmiłam.
Ponownie spojrzałam na zdjęcie, na chłopca. No oko mógł być 3-5 lat starszy ode mnie, miał brązowe oczy, uśmiechał się. Widziałam małe podobieństwo między nami, a to oznaczało, że jednak miałam brata. Jednak miałam kochającą rodzinę. Ale dlaczego to się zepsuło, dlaczego trafiłam do sierocińca, dlaczego mnie nie odnaleźli… Nasuwały mi się tysiące pytań, na które nie znałam odpowiedzi. W moich oczach pojawiły się pojedyncze łzy, więc zamrugałam szybko, żeby rodzice nic nie zauważyli i schowałam fotografię do kieszeni dżinsów z postanowieniem, żeby się jej pozbyć.
Zapanowała chwilowa cisza, którą przerwał tata.
- Co byś powiedziała na wspólny rodzinny wypad na miasto? – rzucił propozycję tatuś.
- Świetny pomysł – ożywiłam się od razu.
- W takim razie za kilka minut wychodzimy – oznajmiła mama, a ja i Mike pognaliśmy na górę do swoich pokoi.
Miśka położyłam na łóżku, pieniądze i dowód włożyłam do portfela, a portfel wraz z komórką wrzuciłam do małej torby. Zeszłam na dół, by się ubrać. Założyłam skaty, kurtkę i byłam gotowa. Razem opuściliśmy dom i udaliśmy się do samochodu.
Pół godziny później tata zaparkował na podziemnym parkingu centrum handlowego. Ruszyliśmy na jego podbój. Łaziliśmy po sklepach do południa, w większości rodzice kupowali nowe ubrania Mike’owi, bo stare się nie nadawały. Ja też się załapałam na nową bejsbolówkę i adidasy. Wreszcie poszliśmy do restauracji na wyśmienity obiad, a na zakończenie odwiedziliśmy park.
Gdy tak sobie spacerowaliśmy i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym zadzwoniła moja komórka. Wyjęłam ją z torby i spojrzałam na wyświetlacz. Dzwoniła Jessica. Nacisnęłam na zieloną słuchawkę i rozpoczęłam rozmowę.
- Hej – przywitałam się.
- Siemka – usłyszałam po drugiej stronie – Dzwonię w sprawie twoich dzisiejszych urodzin – oznajmiła z radością.
- Skąd wiesz? – zapytałam zdezorientowana.
- Nie ważne. Chciałam Cię zabrać do domu chłopaków, bo zorganizowaliśmy takie małe przyjęcie, wiesz, tort i te sprawy. No i jeśli jesteś w domu, to po Ciebie przyjedziemy…
- Jess, dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Może nie miałam na to ochoty…. – zapytałam z wyrzutem.
- Jak bym Ci powiedziała nie zgodziłabyś się… - zaczęła blondynka.
- Masz rację, teraz też się nie zgadzam – oznajmiłam.
- Teraz to Ty nie masz innego wyjścia moja droga, mów gdzie jesteś, a zaraz po Ciebie przyjedziemy – upierała się przy swoim Jess.
Nie odpowiedziałam jej nic, bardziej martwiłam się, ze Nathan nie będzie zadowolony moją obecnością.
- Myślisz o Nathanie? – zapytała – Nie martw się, nie wrócił jeszcze z Gloucester, jest jeszcze strasznie wkurzony – poinformowała mnie.
- A to wszystko przeze mnie… No dobra, niech Ci będzie, jestem teraz w parku przy Royal Street.
- Ok, będziemy za 15 minut – oznajmiła Jessica i rozłączyła się.
Poinformowałam rodziców o moich planach, nie mieli nic przeciwko, żebym poszła na to przyjęcie. Pożegnaliśmy się i rodzice wraz z Mike’m wrócili do domu. Przyjaciele pojawili się równo po 15 minutach. Była to Jessica wraz z Jayem za kierownicą. Wsiadłam do auta i w ciszy zmierzaliśmy do domu chłopaków z The Wanted.
Gdy tylko przekroczyłam próg ich domu Nareesha, Michelle, Kelsey, Siva, Max, a także Jessica z Jayem rzucili się złożyć mi życzenia urodzinowe i wręczyć symboliczne prezenty. W całym tym towarzystwie brakowało mi jeszcze ciągle uśmiechniętego Toma.
- Tom jest w swoim pokoju i nie chce z niego wyjść, w ogóle ma dziś kiepski humor – oznajmiła jego dziewczyna, Kelsey.
- Może ja spróbuję i go przekonam? – rzuciłam niepewnie.
- Jak chcesz możesz spróbować, tylko szybko, tort czeka – rzekła Kels, a ja ruszyłam po schodach na górę, potem korytarzem do jego pokoju.
Delikatnie zapukałam w drzwi i nasłuchiwałam. Zapukałam ponownie.
- Proszę – usłyszałam zrezygnowany głos chłopaka.
Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Tom leżał na łóżku i patrzył w sufit.
- Cześć Tom – przywitałam się.
- Witaj – odpowiedział i podniósł się – I wszystkiego najlepszego – złożył mi życzenia i objął.
- Kelsey powiedziała, że jesteś nie w sosie – zaczęłam.
Chłopak westchnął i ponownie legł na swoim łóżku.
- Nie mam nastroju. I nie przejmuj się mną, baw się dobrze z resztą – oznajmił.
- Nie wyjdę bez Ciebie, impreza bez Ciebie to nie impreza – rzekłam – I nie licz, że sobie pójdę. Jak to Nath określił, jestem uparta tak samo jak Ty – powiedziałam z uśmiechem.
- No to sobie posiedzimy…
Tom ponownie zapatrzył się w sufit, a ja postanowiłam pooglądać sobie jego zdjęcia, które stały na biurku czy komodzie. Podeszłam właśnie do owej komody, gdy w moje oczy rzuciło się jedno ze zdjęć. Było ono w brązowej ramce. Zdjęcie było dość stare, na co wskazywały liczne zagniecenia. Fotografia przedstawiała kobietę i mężczyznę obejmujących się i uśmiechających. Wyglądali na bardzo szczęśliwe małżeństwo. Coś mnie podkusiło i wzięłam ramkę ze zdjęciem i usiadłam obok Toma.
- Tom, to twoi rodzice? – zapytałam z ciekawością.
Chłopak usiadł i spojrzał na ramkę.
- Tak, moi rodzice, miałem wtedy 8 lat – oznajmił – Tu byliśmy jeszcze szczęśliwą rodziną… Kilka miesięcy potem wszystko się posypało…
- Tom, możesz mi zaufać…
- Jechaliśmy samochodem. Rodzice, ja i moja młodsza siostra. Był wieczór, padał deszcz. Nie pamiętam zbyt wiele ale jedyne, o czym nie mogę zapomnieć to błysk świateł, a potem huk, krzyki… To był pijany kierowca, zasnął za kierownicą i uderzył w nasz samochód… - opowiadał chłopak, w jego oczach zaszkliły się łzy – W tym wypadku straciłem siostrę… Nie, nie umarła – dodał szybko widząc szok na mojej twarzy – Zaginęła… Szukaliśmy jej cały czas, bez skutku… Lata mijały, powoli oswoiliśmy się z myślą, że nie ma jej z nami. Najgorsze jest to, że nie wiemy, czy żyje… Tak chciałbym znowu ją zobaczyć! – ostatnie słowa wykrzyczał.
Na jego twarzy malował się wielki ból i cierpienie. Łzy spływały po jego policzkach, również się rozpłakałam. Cała ta historia była bardzo smutna…
- Właśnie to zdjęcie ucierpiało w wypadku – kontynuował po chwili – Ono nie jest całe, brakuje drugiej połówki, na której jestem ja z siostrą… – oznajmił i wskazał na dolną część.
Przyjrzałam się uważnie fotografii. Jakiś wewnętrzny głos kazał mi wyjąć z kieszeni zdjęcie, które dostałam dziś od rodziców. Niewiele myśląc sięgnęłam po nie i ostrożnie przyłożyłam do zdjęcia w ramce…


Rozdział dedykuję Monice, która oznajmiła mi, że moje komentarze pod każdym rozdziałem są zbędne i nie na miejscu ;*** Tak więc przestanę je pisać ;D

Przepraszam, że musieliście tyle czekać ale problemy....

sobota, 14 kwietnia 2012

Rozdział 11.

Powoli otworzyłam oczy. Leżałam we własnym łóżku, nadal odczuwałam zmęczenie ale nie aż tak duże jak poprzedniego wieczora. Kątem oka zauważyłam Nathana siedzącego na kanapie i chowającego twarz w dłoniach.
- Nath? – szepnęłam.
Chłopak automatycznie spojrzał w moim kierunku, a po chwili siedział obok mnie na łóżku. Przez kilka dobrych chwil przyglądał mi się uważnie.
- Jak się czujesz? – zapytał w końcu.
- Znacznie lepiej… - odpowiedziałam i dopiero teraz zobaczyłam jego zaczerwienione oczy – Nath, Ty płakałeś…
- Nie…
- Kłamiesz – przerwałam mu.
Patrzyliśmy sobie w oczy i Nathan w końcu odwrócił się ode mnie. Po jego policzku spłynęła samotna łza. Od razu usiadłam i położyłam rękę na jego ramieniu ale chłopak odsunął się. Zapanowała niezręczna cisza, którą przerwał Nath.
- Ja…  słyszałem rozmowę Jessici z twoją mamą… - gdy wypowiedział te słowa na jego i moich policzkach pojawiły się łzy wielkości ziarnek grochu – Dlaczego mi nie zaufałaś? – zapytał przez łzy, w jego głosie wyczuwałam pretensje.
- Myślałam, że tak będzie lepiej…
- Źle myślałaś! Gdybyś powiedziała na początku wszystko inaczej by się potoczyło!
- Masz rację! – również podniosłam głos – Przynajmniej miałabym pewność, że się we mnie nie zakochasz! Bo jaki sławny piosenkarz chciałaby chorą dziewczynę! – krzyczałam przez łzy – Szkoda twojego wysiłku! Nie chcę Cię znać, żałuję, że Cię poznałam! A teraz wynoś się!
Nie zwlekał długo, szybko wyszedł z mojego pokoju trzaskając drzwiami. Gdy zniknął wtuliłam twarz w poduszkę i płakałam. To była wszystko moja wina, zawaliłam po całej linii, zraniłam go… Jestem idiotką!
Nie wychodziłam z pokoju przez cały dzień, nic nie jadłam mimo usilnych próśb mamy, nie chciałam z nikim rozmawiać, nie odbierałam telefonów od Jess. Byłam załamana, miałam dość tego wszystkiego. Dlaczego to nie może się już skończyć, ile muszę jeszcze czekać?!
Pod wieczór postanowiłam iść na spacer, miałam nadzieję, że to pomoże mi uspokoić skołatane nerwy.
- Idę się przejść – poinformowałam rodziców, założyłam adidasy i kurtkę i wyszłam uprzednio sprawdzając, czy nie zapomniałam komórki i pieniędzy.
Na szczęście nie było ciemno. Ruszyłam do pobliskiego parku, gdzie bardzo długo spacerowałam. Nie obchodziło mnie ile czasu minęło. Delektowałam się ciszą i świeżym powietrzem. Po dwóch godzinach miałam wracać, żeby rodzice się nie denerwowali. Właśnie wychodziłam z parku, gdy ktoś na mnie wpadł przewracając mnie.
- Nic Ci nie jest? – usłyszałam zdenerwowany i zasapany męski głos.
Spojrzałam na nieznajomego. Ujrzałam przed sobą chłopca, na oko miał nie więcej niż 16 lat. Wyciągał do mnie rękę.
- Przepraszam, nie zauważyłem Cię – zaczął się tłumaczyć, gdy pomógł mi wstać.
- Nic się wielkiego nie stało – oznajmiłam i wymusiłam uśmiech.
Widziałam, że chłopiec był zdenerwowany. Raz po raz rozglądał się wokół, jakby czegoś się obawiał. Na ramieniu miał dużą torbę, a pod okiem limo.
- Jeszcze raz przepraszam – rzekł – A teraz musze już iść – oznajmił, odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie.
Nie wiem czemu ale miałam dziwne wrażenie, że coś jest nie tak, musiałam zareagować. Czułam, że ten chłopak jest mi bliski.
- Zaczekaj! – zawołałam i dogoniłam go – Co Ci się stało? – zapytałam od razu wskazując na jego policzek.
- Nic wielkiego – wyraźnie unikał odpowiedzi.
- Skąd dałeś nogę? – zadałam kolejne pytanie, po jego minie wnioskowałam, że trafiłam w sedno.
- Ehh, ale musisz mi obiecać, że mnie nie wydasz – poprosił zrezygnowany.
- Obiecuję ale najpierw usiądźmy – podeszliśmy do najbliższej ławki i zajęliśmy miejsce – Jestem Louise – przedstawiłam się.
- Mike – i uścisnęliśmy swoje dłonie.
-Więc? – zaczęłam.
- Dałem nogę z sierocińca – oznajmił krótko – Inne dzieciaki biły mnie, znęcały się nade mną i dziś uciekłem – opowiedział widząc moją zdziwioną minę.
- Też byłam w sierocińcu ale zostałam adoptowana – rzekłam, wiedziałam, że mogę mu zaufać.
- A twoi rodzice? – zapytał chłopak.
- Olali mnie, tak po prostu…
- Mamy nie znałem, zmarła przy porodzie, a tata umarł rok temu – opowiedział, jego oczy zaszkliły się.
- Nie znałam ich i szczerze mówiąc nie chcę znać. Nie chcę wiedzieć, co się z nimi dzieje. Nie obchodzi mnie, dlaczego mnie zostawili. Mam rodziców, kocham ich i to się liczy…
- Trochę nas łączy – rzekł wymuszając delikatny uśmiech.
- Trochę… A gdzie ty się teraz podziejesz?
- Nie wiem, na razie chcę uciec jak najdalej, żeby mnie nie znaleźli.
- Wiem, zabiorę Cię do siebie – oznajmiłam – Rodzice nie będą mieli nic przeciwko – sprostowałam szybko nie dając mu dojść do słowa – Nie pozwolę włóczyć Ci się po nocy po Londynie.
W końcu, po długich namowach zgodził się iść ze mną. Rodzice też nie mieli nic przeciwko, by zatrzymał się u nas na jakiś czas gdy dowiedzieli się o wszystkim. Po wspólnej kolacji zaprowadziłam Mike’a do pokoju gościnnego i pokazałam łazienkę. Gdy się wykąpałam poszłam do pokoju chłopaka. Chciałam z nim porozmawiać, poznać lepiej. Bez wahania opowiadałam mu o sobie, o swoim życiu w LA, jak i po przyjeździe do Anglii. Opowiedziałam również o problemach ze zdrowiem, o tym, ze niedługo umrę. Oczywiście nie obyło się bez płaczu. Potem Mike zaczął swoją opowieść, słuchałam go uważnie. Tak jak ja wiele w życiu przeszedł. Rozmawialiśmy do czwartej rano…
Gdy skończyły nam się tematy wróciłam do swojego pokoju i rzuciłam na łóżko. Dzięki niemu zapomniałam o sytuacji z Nathanem. Byłam pod wielkim wrażeniem Mike’a i tuż przed samym zaśnięciem postanowiłam zrobić wszystko, by móc nazwać go bratem. Był mi bardzo bliski, a po drugie nie chciałam, żeby rodzice zostali sami po mojej śmierci…
Przez kilka kolejnych dni rozmawiałam z rodzicami, gdy byliśmy sami, czy nie mogliby adoptować Mike’a. Doskonale wiedzieli, że robię to dla nich, żeby nadal tworzyli rodzinę z ta tylko różnicą, że to Mike zajmie moje miejsce. Z każdym kolejnym dniem rodzice coraz bardziej miękli i  w końcu po moich długich staraniach zgodzili się, by Mike dołączył do rodziny. Od razu przedstawili propozycję chłopakowi. Zgodził się, to była jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Wreszcie mogłam mieć brata, tylko teraz wszystko zależało od Sądu Rodzinnego, czy przyzna prawa do opieki moim rodzicom. Cały proces adopcji trwał długo, ponad tydzień. Cała ta papierkowa robota, testy, rozmowy, koszmar.
Sobota, dziś mieliśmy dowiedzieć się, czy Mike zostanie pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Rodzice i brat pojechali na rozprawę przed południem, a teraz nadchodził wieczór. Byłam sama w domu, zżerały mnie nerwy i ta niepewność. Nie wiedziałam co mam z sobą zrobić, bezczynnie chodziłam po domu nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Wreszcie zasiadłam na kanapie i włączyłam telewizor. Włączyłam pierwszy lepszy kanał muzyczny. Nie minęło dużo czasu jak na ekranie zobaczyłam… Nathana z resztą zespołu. Piosenka, którą śpiewali nosiła tytuł „Warzone” i była bardzo piękna. Przy niej od razu wróciło wspomnienie naszej kłótni. Tego samego dnia wieczorem Jessica napisała mi smsa, że Nath wrócił do domu, spakował się i pojechał do Gloucester. Moje oczy zaszkliły się. Zasnęłam na kanapie…



Ale zamuliłam...
Pisany przy Nickelback - Lullaby, kocham tą piosenkę <333

środa, 11 kwietnia 2012

Rozdział 10.

- Jess! - zawołał Nath, gdy tylko znaleźliśmy się w holu.
- Co wy robiliście, że jesteście cali w śniegu? – blondynka zapytała na nasz widok.
- Udam, że nie słyszałem tego pytania. Nie pogrążaj się Jess, i tak jesteś blondynką – zgasił siostrę Nathan.
- Świnia! – zawołała za nim, kiedy ten szedł już do salonu – A Ty chodź ze mną – oznajmiła Jess, więc zdjęłam buty i kurtkę, z której sypał się śnieg.
Przy stole w kuchni siedziały trzy bardzo ładne dziewczyny.
- Lou, poznaj dziewczyny chłopaków. Michelle, dziewczyna Maxa. Nareesha, dziewczyna Sivy oraz Kelsey, dziewczyna Toma – przedstawiła mi je kolejno Jessica.
- Witaj – przywitały się ze mną.
- Cześć, miło mi Was poznać – również się przywitałam.
- Dziewczyno, przecież Ty jesteś cała mokra – zaczęła Nareesha.
- Nathan wrzucił mnie w zaspę – oznajmiłam.
- Chodź, dam Ci swoje ciuchy, bo jeszcze się nam przeziębisz – zaproponowała Kelsey.
- Naprawdę, nie trzeba, zaraz wyschnę – próbowałam się wymigać.
Niestety, Kelsey zaciągnęła mnie na górę. Weszłyśmy do jakiegoś pokoju na końcu długiego korytarza.
- To pokój Toma ale mam tu swoje rzeczy – poinformowała mnie i otworzyła drzwi – A Ty co tu robisz? – zapytała kogoś, kto był już w pokoju.
Weszłam za nią do środka i zobaczyłam Natha grzebiącego w szafie Toma. Stał do nas tyłem i nie miał na sobie koszulki. Natomiast z nisko opuszczonych spodni wystawały mu bokserki.
- Szukam koszulki, swoją mam mokrą – mówiąc to odwrócił się do nas, a gdy mnie zobaczył uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo – Tak, Lou też się przebierz, bo chora będziesz.
- I będzie to wyłącznie twoja wina… - zaczęłam.
- Ale to ty pierwsza mnie popchnęłaś…
- Ale ty się na mnie rzuciłeś i zacząłeś mnie nacierać! – zawołałam.
- Bo sobie zasłużyłaś…
- Dosyć! – krzyknęła w końcu Kels – Zachowujecie się jak dzieci. Nath, jak już wybrałeś sobie tą koszulkę to spadaj.
- Ok, spokojnie, już mnie nie ma – oznajmił, wciągnął na siebie koszulkę Toma i opuścił pokój nadal uśmiechając się pod nosem.
- Ten to zawsze uchachany – rzekła Kels i zaczęła grzebać w swoich ciuchach.
- Mogą być dresy? A koszulkę dam Ci Toma, bo nie mam takiej, która by pasowała – rzekła.
- Jasne, nie mam nic przeciwko – odpowiedziałam szybko.
- Trzymaj, jak się przebierzesz to mokre ubrania powieś na grzejniku w łazience, drzwi na końcu korytarza i zejdź do nas – dziewczyna podała mi ubrania i wyszła z pokoju.
Najpierw zmieniłam spodnie, a potem ściągnęłam z siebie mokrą bluzę i bluzkę i założyłam t-shirt Toma. Jak mówiła Kels, poszłam do łazienki powiesić mokre ubrania, a gdy z niej wychodziłam wpadłam wprost w objęcia Natha.
- A tobie nadal mało? – zapytałam oschle próbując się wyswobodzić.
- Nie uciekaj, bo tym razem wrzucę Cię pod prysznic – ostrzegł mnie, a ja momentalnie się uspokoiłam – Ładnie wyglądasz w tych dresach i przy dużej koszulce…
- Nath, czego ty ode mnie chcesz? Powiedz mi to i zakończmy sprawę, bo nie wiem czy wiesz ale mecz miałeś oglądać… - zaczęłam ale Nathan mi przerwał całując mnie ponownie tego dnia.
- Pal licho mecz. Zrozum, jesteś piękna, udajesz niedostępną co mnie jeszcze bardziej do Ciebie przyciąga. Kocham Cię… - powiedział, gdy nasze czoła stykały się ze sobą.
- Znasz powiedzenie, co zakazane najlepiej smakuje? – zapytałam, przytaknął – Więc ja jestem tym zakazanym owocem, nie możesz mnie mieć, nie mogę z Tobą być. Ale nie mogę powiedzieć też, że Cię nie kocham, bo bym skłamała.
- Kocham Cię, Ty kochasz mnie, więc do cholery, w czym rzecz?! – widziałam jak wzbiera w nim złość.
Ale co miałam mu powiedzieć? Że mam chore serce, że w ciągu najbliższych dwóch miesięcy umrę? Po co to rozpowiadać, co się stało, już się nie odstanie…
- Zostaw mnie… - poprosiłam Natha łamiącym się głosem i osunęłam po ścianie chowając twarz w dłoniach.
- Nathan, daj jej spokój, idź na dół – zarządziła Jess, która pojawiła się ni stąd ni zowąd.
- Ty wiesz, powiedziała Ci… - zaczął, a Jessica przytaknęła – Fajnie, że zawsze mnie wszystko omija – powiedział wściekły i zbiegł po schodach.
Blondynka zdążyła do mnie podejść i mnie przytulić kiedy odezwała się moja komórka. Spojrzałam na wyświetlacz, dzwoniła mama. Z każdym kolejnym słowem mamy łzy znikały, a we mnie rodziła się nadzieja, nadzieja na nowe życie.
- Lou, co jest? – zapytała Jess zaskoczona tak szybką zmianą mojego nastroju.
- Zadzwoniła mama, powiedziała, ze ma dobrą wiadomość…
- Jaką? – dopytywała blondynka.
- Jest szansa, że będę mogła dalej żyć ale konieczny jest przeszczep serca… W dzisiejszych czasach trudno znaleźć organ, lecz rodzicom się udało…
- Louise, to świetna wiadomość!
- Nie ciesz się tak, zawsze może się okazać, że mój organizm mimo zgodności odrzuci przeszczep… A wtedy już nie będzie żadnego ratunku…
- Ale sama powiedziałaś, jest nadzieja.
- Ale nie można się jej usilnie trzymać, nieraz i nadzieja nie wystarcza i potem czeka Cię wielki zawód– zakończyłam – Nie rozmawiajmy już o tym, i tak miałam za dużo wrażeń dziś…
- Dlaczego do wszystkiego podchodzisz z takim dystansem?
- Życie mnie tego nauczyło.
Podniosłam się z podłogi i razem zeszłyśmy na dół do kuchni. Dziewczyn nie było.
- Pewnie siedzą z chłopakami – oświadczyła Jess i ruszyłyśmy do salonu, gdzie męska część towarzystwa oglądała w wielkim skupieniu mecz piłki nożnej, a Michelle, Kelsey i Nareesha siedziały obok swoich chłopaków i przytulały się do nich.
- Jay i Nath, który będzie tak miły i zrobi nam miejsce na kanapie? – zwróciła się do nich blondynka.
- Dobra, siadajcie ale potem mi nie mów, że nie jestem uprzejmy – oświadczył loczek.
- Jasne – pocałowała chłopaka w policzek – Nath, posuń się – Nathan przesunął się dla świętego spokoju – Siadaj Lou – Jessica zwróciła się do mnie, a gdy jej nie posłuchałam siłą wepchnęła mnie na miejsce obok Nathana uśmiechając się przy tym triumfalnie, sama usiadła obok mnie.
Siedzieliśmy w ciszy i wgapialiśmy się w telewizor. Ja nie widziałam w tym nic ciekawego, bezcelowe bieganie za piłką i tym bardziej bezcelowe oglądanie tego.
- Idę po picie – oznajmił Jay i poczłapał do kuchni.
Wrócił po chwili niosąc dziesięć butelek piwa. Każdemu po kolei wręczał po jednej.
- Nie dziś, będę wracać samochodem – podziękował Nath.
- Ja nie mogę pić – oznajmiłam, wszyscy spojrzeli na mnie – Problemy ze zdrowiem – oświadczyłam w wielkim skrócie.
Jay nie nalegał i dwie zbędne butelki postawił na ławie. Z kolei Nathan podniósł się z kanapy i poszedł do kuchni. Wrócił niosąc dwie puszki coli.
- Trzymaj – i podał mi jedną.
- Dzięki – podziękowałam i znów zaczęliśmy oglądać nudny mecz.
Szybko wypiłam colę, a pustą puszkę odstawiłam na ławę. Mecz był tak nieciekawy, że w końcu dopadła mnie senność. Nie wiedząc kiedy moje powieki opadły i zasnęłam…
Obudziły mnie głośne rozmowy towarzystwa. Gdy otworzyłam oczy spostrzegłam, że zasnęłam z głową opartą na ramieniu Natha, a nasze dłonie były ze sobą splecione.
- Jak się spało? – zaraz usłyszałam pytanie Sivy, jednak nie odpowiedziałam na nie.
Czułam się zbyt zmęczona, jakby wszystkie siły nagle ze mnie uszły. Byłam też trochę połamana i zdrętwiała, przede wszystkim bolał mnie kark.
- Z tego co widzę, kroi się mały romans między małolatami – oznajmił Tom wskazując na nasze dłonie.
Nie miałam siły nawet zabrać swojej ręki, a tym bardziej głowy, która usilnie z powrotem opadała na ramię Nathana.
- Lou? – szepnął Nathan.
- Efekt uboczny pobytu w szpitalu… - odpowiedziałam z trudem i ponownie moje powieki się zamknęły ale nie usnęłam.
- Jess, zbieraj się – usłyszałam jakby w oddali głos Natha, a po chwili ktoś wziął mnie na ręce.
Zostałam czymś otulona i ktoś wyniósł mnie z domu do samochodu. Będąc już w samochodzie uchyliłam powieki i zobaczyłam Natha przypinającego mnie pasem.
- Zaraz będziesz w domu – poinformował mnie i sam zajął miejsce kierowcy, jeszcze przez chwilę czekaliśmy na Jessicę. Gdy dziewczyna wsiadła do auta ja tym razem totalnie odpłynęłam.
- Zanieś ją do pokoju – po jakimś czasie usłyszałam głos mamy.
Reszty nie pamiętałam...




 Pisałam go z łzawiącymi oczami, bólem głowy i gorączką...