sobota, 31 marca 2012

Rozdział 4.

Następnego dnia obudziłam się z krzykiem oraz z szybko bijącym sercem. Na czole czułam krople potu. Spojrzałam na drugą część mojego łóżka. Nikogo nie było obok mnie, a to oznaczało…
- Uff, to był tylko sen – próbowałam się uspokoić.
Nie spotkałam żadnego Nathana, żadnego Zayna, z którym jakimś cudem prawie się przespałam. Ani tym bardziej nie zakochałam się w żadnym. To tylko moja chora wyobraźnia podsuwa mi nierealne obrazy. Lekko drżącą rękę sięgnęłam po komórkę. Środa, godzina – prawie 6. No tak, dziś miałam iść do nowej szkoły... Na samą myśl przeszły mnie nieprzyjemne ciarki. Odłożyłam urządzenie na miejsce i chciałam jeszcze poleżeć ale nerwy mi na to nie pozwalały. Wsunęłam bose stopy w kapcie i poszłam do łazienki wziąć prysznic, który orzeźwił moje ciało i umysł. Owinięta w ręczniki wróciłam do pokoju wybrać ciuchy. Dziś zajęło mi to stanowczo mniej czasu niż zwykle. Zdecydowanym ruchem wyjęłam z szafy jeansy, białą koszulkę oraz biało-granatową bejsbolówke z naszytą literą L. Wróciłam do łazienki, uczesałam włosy w kucyk, delikatny makijaż i byłam gotowa. Wychodząc z niej spotkałam mamę.
- Nie śpisz już? – zapytała mnie.
- Miałam głupi sen, a teraz nerwy mnie zżerają – oznajmiłam.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze, znajdziesz nowych przyjaciół…
- Może będzie, się okaże – rzekłam i zeszłam do salonu, gdzie usiadłam na kanapie. Mimo tak wczesnej pory włączyłam telewizor i zaczęłam skakać po kanałach, zatrzymałam się na jakimś muzycznym, gdyż właśnie leciała jedna z moich ulubionych piosenek „Wanna feel you know” Matta Pokory i Patrici Kazadi.
Usłyszałam wołanie mamy.
- Lou, śniadanie gotowe – zawołała.
Powłóczyłam do kuchni, gdzie na stole czekał na mnie omlet. Usiadłam na stołku i spojrzałam na niego z niechęcią. Nie byłam głodna, mój żołądek odmawiał posłuszeństwa. Lecz mama nie dała się ubłagać, wręcz siłą wepchnęła go we mnie. Wypiłam herbatę, ulubiony napój Brytyjczyków i pozostało mi tylko czekać aż tata podwiezie mnie do szkoły. Międzyczasie z pokoju zniosłam swoją torbę. Założyłam skaty, kurtkę, rękawiczki i opatuliłam się szczelnie szalikiem. Niecałe 10 minut później zajechaliśmy pod szkołę. Pożegnałam się z tatą i powoli wysiadłam z samochodu. Przeszłam przez ulicę i zmierzałam w stronę okazałego budynku. Weszłam głównym wejściem i, jak kazał mi tata, poszłam wprost do gabinetu dyrektora zameldować się. Mężczyzna był bardzo miły, pocieszał mnie na każdym kroku, zapewniał, że mi się spodoba. Dał mi plan zajęć i postanowił oprowadzić po szkole, na szczęście lekcje już się zaczęły. Zaczęliśmy od szatni, gdzie też zostawiłam swoją kurtkę. Przemierzaliśmy puste korytarze. W końcu dyrektor zatrzymał się przed jakimiś drzwiami.
- Tu jest twoja klasa. Wejdź, przywitaj się, a potem pójdzie z górki – uśmiechnął się i poszedł we własnym kierunku.
- Super – powiedziałam pod nosem i drżącą dłoń położyłam na metalowej klamce naciskając ją powoli.
Mówi się trudno. Zrobiłam wdech i wydech i weszłam do klasy.
- Dzień dobry – przywitałam się z nauczycielem – Jestem nową uczennicą, nazywam się Louise White – oznajmiłam.
- Witaj – rzekł mężczyzna – Cisza – zwrócił się do klasy – Przywitajcie nową koleżankę, Louise.
Rozejrzałam się po klasie, wszystkie oczy były wpatrzone we mnie.
- Możecie na mnie też mówić Lou, jak wolicie – zaproponowałam.
Postanowiłam nie być nieśmiałą i jak najlepiej się zaprezentować.
- Może jakieś pytanie? – wtrącił nauczyciel.
Kilka rąk powędrowało w górę. Byłam zaskoczona taką reakcją i mimowolnie uśmiechnęłam się.
- Skąd jesteś? – pierwsze pytanie zadała jakaś dziewczyna o długich blond włosach i mocno wytapetowanej twarzy. Na pierwszy rzut oka nie wydawała się zbyt miła ale może tylko mi się zdawało.
- Przeprowadziłam się z Los Angeles… - odpowiedziałam, a w klasie rozległy się szepty zdziwienia. Też nadal dziwiłam się, co ja tu robię.
- Twoje hobby? – tym razem zapytał chłopak siedzący za blondynką.
- Jeżdżę na desce – oznajmiłam.
- Nieźle…
Odpowiadałam na pytania do końca lekcji. Chyba każdy zadał mi co najmniej jedno pytanie oprócz innej blondynki siedzącej w ławce w kącie klasy. Zauważyłam, że była raczej cicha i nieśmiała. W każdym bądź razie wykazywała najmniejsze zainteresowanie całą tą sytuacją. Pod koniec każdy z uczniów przedstawił się. Zapamiętałam, że blondynka, która pierwsza się do mnie odezwała miała na imię Eve, chłopak James, z kolei druga tajemnicza blondynka miała na imię Jessica. Było także kilka bardzo różnych imion.
Po dzwonku wyszliśmy z klasy. Na kolejną lekcję poszłam za nową klasą, mimo pomocy dyrektora jeszcze nie wszystko zapamiętałam. Przez kilka kolejnych przerw to właśnie Eve i James nie odstępowali mnie na krok. Z początku mi to nie przeszkadzało ale a czasem zadawali dziwne pytania, co mnie bardzo irytowało. Po kilku lekcjach nadeszła pora lunchu. Nowi znajomi zaprowadzili mnie na stołówkę i razem stanęliśmy w kolejce. Nadal nie miałam ochoty nic jeść, więc wzięłam tylko sok. James z Eve poszli do stolika, gdzie zapewne siedziała ich paczka. Chciałam iść za nimi, bo mnie zaprosili ale dostałam smsa. Był od Madison. Przyjaciółka napisała mi, że ma dla mnie złą wiadomość. Nie wiedziałam o co chodziło ale przestraszyłam się nie na żarty. Chciałam być sama, wzrokiem znalazłam pusty stolik i poszłam przy nim usiąść. Sączyłam sok, gdy obok mnie pojawiła się Jessica.
- Nie siedzisz z nimi? – zapytała mnie jednocześnie wskazując brodą grupę Eve i Jamesa.
- Nie, czekam na wiadomość od przyjaciółki – odpowiedziałam i w tym samym czasie dostałam smsa.
Kątem oka widziałam, że blondynka siada obok mnie ale bardziej interesowała mnie treść owego smsa.
„Widziałam Jasona liżącego się z jakąś panną…” brzmiała wiadomość.
„Mad, ja tu się zastanawiam, co się złego stało, a Ty z taką błahostką do mnie piszesz. Mówiłam Ci tyle razy, nie tworzyłam z Jasonem pary, więc on może robić co chce. Nie interesuje mnie jego życie” odpisałam. Tym razem nie dostałam już odpowiedzi. To, że od czasu do czasu całowałam się z Jasonem nie oznaczało, że jesteśmy razem. Nasz układ był raczej wolnym związkiem, w którym każdy robił co chciał i nie miał pretensji do partnera. Mój wyjazd z Los Angeles jednocześnie zakończył wszystko. On nadal był moim przyjacielem i tego się trzymałam…
- Co ona tu robi? – usłyszałam podniesiony ton męskiego głosu, który wyrwał mnie z zadumy.
Nade mną stał niezbyt wysoki chłopak z grzywką opadającą mu na czoło i patrzył na Jessicę. Po jego minie wnioskowałam, że nie jest przyjaźnie nastawiony.
- Nath, uspokój się, to nowa koleżanka z mojej klasy… - tłumaczyła Jess.
- Ale co ona tu robi? – zapytał ponownie chłopak.
- Siedzę – odezwałam się niezbyt miłym tonem – Mógłbyś być miły i nie udawać, że mnie tu nie ma – posłałam mu gardzące spojrzenie.
- Lou, on nie ma dziś dobrego humoru… - zaczęła niepewnie Jess.
- Ale to nie oznacza, że może się wyżywać na kim popadnie…
- Nie wyżywam się – przerwał mi – Sorry ale to nasze miejsce, usiądź gdzie indziej.
- Ach, jaśnie wielmożny pan wybaczy. Tylko wybrańcy mogą tutaj siedzieć ale jak widzę, coś ich mało. Zresztą, kto by chciał siedzieć z takim gburem – powiedziałam z ironią.
Wstałam, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę stolika Eve i Jamesa, którzy machali do mnie zachęcająco. Idąc przez stołówkę widziałam, jak ludzie na mnie patrzyli. No tak, jestem nowa, a już narobiłam hałasu. Grupa zrobiła mi miejsce przy swoim stoliku i każdy mi się przedstawił. Mimo początkowej niechęci do Eve w ostateczności ją polubiłam, tak samo resztę. Byli wyluzowani, zawsze uśmiechnięci, i co najważniejsze mocno trzymali się razem. Odczuwałam to po panującej między nimi atmosferze. Przez moment nawet czułam, jakbym ja też należała od bardzo dawna do ich paczki.
- Hm, mogę zapytać, kiedy masz urodziny? – zapytała niespodziewanie brunetka, Alex.
- Za dwa tygodnie – odpowiedziałam szybko.
Zauważyłam, że niektórzy wybałuszyli oczy, a James zgromił ich wzrokiem, na co oni spuścili głowy w dół. Co to miało znaczyć? Nic nie rozumiałam…
Rozległ się dzwonek informujący uczniów, że za pięć minut zacznie się kolejna lekcja. Odeszłam od stolika zostawiając grupę samą. Eve powiedziała, że spotkamy się w klasie. Jak tam sobie chcą. Szłam korytarzem szukając klasy, gdy usłyszałam za sobą wołanie.
- Lou! Poczekaj – odwróciłam się i zobaczyłam Jessicę biegnącą za mną.
Przystanęłam na moment, by dziewczyna mogła mnie dogonić.
- Chciałam Cię przeprosić za mojego brata, Nathan zwykle taki nie jest. Dziś mu trochę odbiło…
Dalej już nie słyszałam słów Jess. Skądś znałam to imię…. Przypomniałam sobie jego twarz i doznałam olśnienia. Ten Nathan to chłopak z mojego snu! – krzyczały moje myśli. Szkoda tylko, że nie był taki miły jak w tym śnie właśnie. Trudno, to w końcu była tylko moja wyobraźnia. Postanowiłam się już więcej nad tym nie rozczulać. Szłyśmy dalej korytarzem.
- Lou… – Jess zaczęła niepewnie – Nie chcę się wtrącać, lecz grupa Eve i Jamesa nie cieszy się w szkole zbyt dużą sympatią…
- Jak mam to rozumieć? – dopytałam.
- Otóż uważani są w szkole za palaczy, alkoholików i ćpunów…
- Ja tak nie uważam. Zresztą, przebywałam z nimi 30 minut i nie wyczułam żadnych fajek – oznajmiłam.
- Ja chciałam Cię tylko poinformować – broniła się Jess myśląc, że jestem na nią zła.
- Ok, dzięki za ostrzeżenie – uśmiechnęłam się do niej, odwzajemniła uśmiech.
Resztę lekcji spędziłam w jej towarzystwie. Po bliższym poznaniu mogłam stwierdzić, że dziewczyna jest naprawdę miła, opowiadała mi dużo ciekawych historii, była bardzo wygadana. Miałam teraz dowód, że ludzi nie ocenia się po wyglądzie czy pierwszym wrażeniu.
Po lekcjach wyszłam ze szkoły i poszłam na parking, gdzie czekał już na mnie tata. Wsiadając do auta kątem oka zobaczyłam Nathana i Jess przy ich samochodzie, dziewczyna mi pomachała, a chłopak nawet nie spojrzał w tą stronę.
- Lou, znalazłem halę, gdzie mogłabyś pojeździć na desce – zaczął tata przerywając panującą w samochodzie ciszę – Chciałabyś się tam wieczorem wybrać?
- Tato, jeszcze się pytasz? Jasne! – byłam szczęśliwa, wreszcie będę mogła odreagować.
Gdy weszliśmy do domu obiad już był gotowy. Potem pomogłam mamie pozmywać, a gdy skończyłyśmy pobiegłam na górę odrobić lekcje. Międzyczasie odwiedziłam portale społecznościowe, na facebooku miałam kilka zaproszeń, wszystkie od ludzi z paczki Eve i Jamesa. Właśnie chowałam książki do biurka, gdy do pokoju weszła mama.
- Kochanie, zejdź do salonu, chcemy porozmawiać – poprosiła i uśmiechnęła się.
- Już idę – oznajmiłam i zeszłam na dół.
Usiadłam na kanapie i czekałam, o czym rodzice chcą ze mną rozmawiać.
- Za dwa tygodnie kończysz 18 lat i chcieliśmy zapytać, czy chcesz coś zorganizować z tej okazji – zaczął tata.
- To znaczy, poznałam dziś kilka fajnych osób i myślę, że jeśli miałabym coś zorganizować to byłoby to spotkanie w małym gronie i odbyłoby się w weekend. Ale jeszcze się nad tym zastanowię – rzekłam.
- Dobrze, jak zdecydujesz, powiedz – powiedziała mama.
- To w takim razie, jedziemy? – przypomniał mi tata.
- Tak, tak! Już idę po deskę.
Przytuliłam mamę i tatę i pobiegłam do pokoju po swoją deskę. Gdy schodziłam rodzice byli już prawie ubrani. Szybko wciągnęłam buty, kurtkę, szalikiem owinęłam szyję. Z deską pod ręką wyszłam z domu i wsiedliśmy do samochodu. Po drodze na halę tata podwiózł mamę do centrum handlowego.
Zaparkowaliśmy przed dużym budynkiem. Weszliśmy do środka. Kurtkę zostawiłam w szatni i weszłam drzwiami na salę, a tata poszedł na trybuny. Gdy zamknęłam za sobą drzwi zaparło mi dech w piersi. Pomimo wielu ramp i innych rzeczy nadal wszędzie było bardzo dużo przestrzeni. Jak też i ludzi, przeważnie chłopaków. Ta hala była największą jaką widziałam do tej pory.
Wskoczyłam na deskę i ruszyłam na zwiady. Kilka ramp było naprawdę świetnych. Przetestowałam wszystkie z wyjątkiem jednej, na której właśnie stałam przygotowując się do zjazdu. Ustałam na desce i delikatnie przechyliłam się do przodu. Po kilku sekundach czułam powiew powietrza na twarzy i we włosach. Chciałam ten zjazd zakończyć w wielkim stylu, lecz nie było mi to dane. Ni stąd, ni zowąd na mojej drodze pojawiła się inna postać na deskorolce.
- Uwaga! – krzyknęłam ale było już za późno.
Z zamkniętymi oczami wpadłam na nieznaną postać. Czułam jak się przewracamy, a potem turlamy po ziemi. Zatrzymaliśmy się wreszcie.
- Nic Ci nie jest? – usłyszałam męski głos gdzieś pod sobą i czyjeś dłonie na swoich ramionach.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że leżę na nieznajomym chłopaku. Nie widziałam dobrze twarzy chłopaka, gdyż część jej zasłaniała czapka.
- Nie, a Tobie? – zapytałam i zsunęłam czapkę z jego twarzy.
Uśmiechał się ale gdy spojrzeliśmy sobie w oczy, uśmiech zniknął z jego twarzy.
- To Ty? – zapytaliśmy jednocześnie.
To był Nathan, ten sam chłopak z mojego snu i ten sam chłopak, który naskoczył na mnie na szkolnej stołówce. Szybko zeszłam z niego i usiadłam obok. Złapałam swoją deskę zobaczyć, czy jest cała. Niestety, była złamana. Nathan podniósł się i też obejrzał swoją deskę, po czym podszedł do mnie i wyciągnął rękę, by pomóc mi wstać.
- Sorry, to moja wina. Nie zauważyłem Cię – tłumaczył się.
- Nie pierwszy raz dziś – oznajmiłam z ironią i chwyciłam wyciągniętą dłoń.
Stanęliśmy naprzeciw siebie.
- Nadal się wściekasz? – dopytywał.
- Bingo! – zawołałam zła – Już nic tu po mnie, spadam – rzekłam. Odwróciłam się i odeszłam od niego.
Poczułam, że łapie mnie za rękę.
- Czego? – zapytałam.
- Jeszcze raz przepraszam za to – powiedział wskazując na moją deskę.
Nic nie odpowiedziałam i zabrałam swoją dłoń. Gdy odeszłam kilka kroków usłyszałam jeszcze jego wołanie.
- I za to na stołówce też przepraszam!
Nie odwróciłam się i nic nie powiedziałam, lecz na moich ustach zawitał uśmiech. Opuściłam halę. Tata już na mnie czekał.
- Nic Ci nie jest? – zapytał. Czyli widział mój upadek.
- Nie, tylko deska się złamała – oznajmiłam ubierając się – Wracajmy już.




Nie skomentuję tego ;/

wtorek, 27 marca 2012

Rozdział 3.

Obudziłam się z wielkim bólem głowy, niczym kac po imprezie. Nie otwierając oczu wiedziałam, ze w pokoju jest ciemno. Po omacku sięgnęłam po komórkę. Według niej dochodziła godzina 20.
- Przespałam całe popołudnie – jęknęłam próbując podnieść się z łóżka, lecz z powrotem na nie padłam. Wszystko mnie bolało, czułam ból każdego mięśnia.
Jednak zwlokłam się z łóżka i powoli człapiąc się wyszłam z pokoju. Zeszłam po schodach do salonu kurczowo trzymając się barierki. Gdy mama mnie zobaczyła od razu do mnie podbiegła. Przyłożyła mi dłoń do czoła i policzków.
- Dziecko, Ty masz gorączkę – oznajmiła – Chodź do kuchni – powiedziała stanowczo.
Usiadłam na stołku przy blacie. Mama podała mi termometr, który trzymałam pod pachą 15 minut. Po tym czasie oddałam go jej, gdyż sama nie widziałam cyferek.
- Masz 39,6oC. Gdzieś się tak załatwiła? – spytała z niedowierzaniem.
- Wpadłam w zaspę – opowiedziałam jej wszystko, zachowując dla siebie uczestnictwo Nathan, na którego myśl od razu się uśmiechnęłam.
Kochana mama zrobiła mi herbatę, którą musiałam od razu wypić przy okazji łykając jakieś tabletki, podobno na zbicie temperatury.
- A teraz marsz do łóżka – nakazała – Jeśli do rana temperatura nie spadnie jedziemy do lekarza.
Super, do szczęścia nie potrzebny mi facet osłuchujący mnie prawie nagą w gabinecie lekarskim. Tak, gadałam głupoty ale to przez tą temperaturę. Weszłam do pokoju. Z szafy wyjęłam dresy, koszulkę i bluzę. Przebrałam się w ciepłe ubrania i wgramoliłam do łóżka. Nigdy nie byłam chora ale podobno w czasie choroby, najlepiej w nocy jest się wypocić. Jakkolwiek miałoby mi to pomóc ale niech będzie. Zgasiłam lampkę i, gdy tylko przytuliłam głowę do poduszki zasnęłam.
- Lou… - usłyszałam ciche wołanie – Obudź się, śniadanie czeka na stole – to była moja mama, jak zwykle zresztą. Nie było dnia, żeby to ona mnie nie budziła. Tata mnie budzi ale już wtedy, gdy wychodzi z domu, a ja nie zdążę się wyszykować i z buta muszę dymać do szkoły. - Trzeba było wstać wcześniej – powiada zawsze.
Mama stała nade mną jak kat dopóki nie wyszłam z łóżka. Zeszłyśmy do kuchni, gdzie zasiadłam do stołu. Znowu dostałam termometr, a międzyczasie kubek z białym płynem. Wydawało mi się, że to mleko, więc chętnie chciałam je wypić. Jednak, gdy poczułam jak cuchnie szybko odsunęłam kubek od warg.
- Co to jest? – zapytałam z krzywą miną.
- Mleko z czosnkiem – odpowiedziała mama.
Wytrzeszczyłam oczy. To było świństwo.
- Nie wypiję tego – oznajmiłam.
- Jak nie wypijesz dostaniesz szlaban na komórkę, laptopa, deskę.
Deskę? Chyba żartowała.
- Nie zrobisz mi tego.
Mama tylko wzruszyła ramionami. Czyli jednak byłaby do tego zdolna. Spojrzałam na obrzydliwy płyn i powoli, zatykając uprzednio nos, wypiłam to coś. Myślałam, że puszczę pawia, więc szybko wepchnęłam do ust kromkę chleba. Pomogło. Zjadłam jajecznicę, połknęłam kolejną porcję leków.
- Temperatura już jest niższa niż wczoraj ale i tak zostajesz w domu – oznajmiła – Zostaniesz sama, bo ja musze zrobić zakupy, będziemy mieli gości wieczorem – ciągnęła – Znajomy taty przychodzi z rodziną.
- Fajnie, zapowiada się miły wieczór – burknęłam pod nosem.
- Idę, tylko nie wychodź z domu, pamiętaj. I zamknij za mną drzwi – pouczała mnie mama.
Gdy wyszła postanowiłam wziąć szybki prysznic, a potem ponownie poszłam spać. Choroba przyprawiała mnie o stan ciągłego zmęczenia i poczucia beznadziejności.
Ponownie zostałam obudzona przez mamę. Czy ta kobieta nie da mi się w końcu wyspać? Spałam tak twardo, że nawet nie słyszałam, gdy wróciła z zakupami i, jak trzaskała garnkami w kuchni.
- Masz gościa – oznajmiła, kiedy otworzyłam zaspane oczy.
Popatrzyłam na nią pytająco. Ja mam gościa? Coś tu nie grało.
- Przedstawił się jako Nathan – na jej słowa mało nie spadłam z łóżka – To idziesz, czy mam mu powiedzieć, że jesteś chora?
- Nic nie mów! – krzyknęłam – Już schodzę – rzekłam już znacznie ciszej, a moja mama tylko się uśmiechnęła.
- Lubisz go. W sumie, przystojny chłopak – i szybko opuściła pokój. Popatrzyłam jeszcze na drzwi z wytrzeszczem oczu. A niech sobie gada, co chce. Galopem ogarnęłam się, żeby nie było po mnie widać przeziębienia i zeszłam na dół. Czekał w salonie.
- Cześć – przywitałam się, na co on wstał z kanapy z uśmiechem na twarzy. Niech on przestanie być taki szarmancki, poprosiłam w myślach.
- Hej. Jak się czujesz? – zapytał uprzedzając moje pytanie, a ja zarumieniłam się. Już wiedział, moja mama ma za długi język.
- Już lepiej, dzięki – usiadłam na fotelu, a po mnie Nath.
- Nie martw się, każdy przynajmniej raz w roku choruję, to norma – pocieszał mnie, a jedną ręką odgarnął kosmyk włosów z mojej twarzy, na co ja spaliłam jeszcze większego buraka…
- Uhm… Dzieci, napijecie się czegoś? – przerwała mama, na pewno wszystko widziała.
Wtopa. Teraz to już w ogóle chciałam się zapaść pod ziemię.
- Sorry na moment – przeprosiłam Natha i wyszłam z salonu.
Znowu, gdy wstawałam, on również. Przynajmniej wiedziałam, że maniery ma w jednym palcu. W kuchni nalałam do dwóch szklanek soku pomarańczowego i wróciłam do chłopaka.
- Chodźmy do mnie – zaproponowałam i poszliśmy na górę, do mojego pokoju.
Na szczęście nie miałam burdelu w swoim pokoju. Gdy zobaczył moją deskę jego oczy zabłysły i od razu zaczął wywiad.
- Jeździsz?
- Jasne, kocham to – uśmiechnęłam się.
- Przynajmniej mamy wspólne zainteresowanie.
- Serio? – zapytałam, kiwnął głową potakująco.
Nasza rozmowa zaczęła się kręcić najpierw wokół jeździe na desce. Opowiadaliśmy sobie o swoich „osiągnięciach”, umiejętnościach.
- Jak wyzdrowiejesz zaproszę Cię na halę – oznajmił.
- Nie odmówię – powiedziałam wniebowzięta.
Potem rozmawialiśmy już o wszystkim, o nas, naszych rodzinach, o życiu, marzeniach. Nathan miał w sobie coś, co pozwalało mi mu w pełni zaufać. Słuchał mnie uważnie, nie przerywał, odpłacałam mu się tym samym. Podczas tej rozmowy niepostrzeżenie próbowałam się do niego zbliżyć. Udało mi się, gdyż w pewnym momencie mogłam poczuć ciepło emanujące z jego osoby.
Zadzwoniła komórka, jego komórka.
- To Jess – oznajmił i odebrał – Musze już wracać – powiedział smutno – Jess już opuściła kozę..
- Znowu? – niedowierzałam, jak ta drobna i miła dziewczyna tak często psoci.
- Nie dziwię się jej – rzekł i podniósł się.
- Odprowadzę Cię – rzuciłam hasło.
Zeszliśmy do przedpokoju, Nathan ubrał się, a gdy moja mama nie widziała pocałował mnie w policzek i najnormalniej w świecie wyszedł. Zamknęłam za nim drzwi i oparłam się o nie. Myślałam, że serce wyskoczy mi z klatki piersiowej, a z drugiej strony nie wierzyłam w swoje szczęście.
- Lou, chodź. Popilnujesz garnków, muszę iść jeszcze raz do sklepu, zapomniałam o przyprawie – moje myśli brutalnie przerwała mama.
- Też Cię kocham mamo – zawołałam do niej – Ale nie zostanę prz garach, mowy nie ma. Ja pójdę do sklepu – zakomenderowałam.
Mama nie chciała się zgodzić ale w końcu udało się, ja szłam do sklepu. Przed wyjściem przez ponad 15 minut tłumaczyła mi jak dojść do osiedlowego sklepiku, który był podobno 100 metrów dalej. Miałam kupić jakąś przyprawę, której nazwę potrafiła wymówić tylko moja mama. Co ja będę mówić, jest mistrzynią kuchni. Już nieraz zaskoczyła mnie i tatę swoimi zdolnościami. Chciałabym mieć w genach choć część takiego talentu co ona. Ale nie mam na co liczyć, zostałam adoptowana. Nie przeszkadza mi to, przynajmniej mam rodziców, którzy mnie kochają i nigdy nie zostawią. Nie to co w porównaniu z moimi biologicznymi rodzicami. Ale zmieńmy temat.
Założyłam kurtkę i opatulona szalikiem pod same oczy wymaszerowałam z domu. Szłam zgodnie ze wskazówkami mamy, najpierw w lewo, potem znowu w lewo aż wreszcie zobaczyłam ten sklep.
- Poproszę…. to coś – nie mogąc wymówić nazwy podałam ekspedientce kartkę.
Z zakupem w kieszeni wróciłam szybkim krokiem do domu. Na podjeździe zobaczyłam dwa samochody. Jeden był taty, drugi pewnie należał do tego kolegi. Modliłam się w duchu, żeby nie mieli małych dzieci, którymi musiałabym się zająć. Weszłam do domu wieszając kurtkę na wieszak. Dałam mamie saszetkę.
- Pójdę się tak szybko ogarnąć – poinformowałam mamę i pognałam do pokoju.
Wzięłam kolejny prysznic tego dnia, umyłam włosy, umalowałam się delikatnie. Wciągnęłam jeansy, top z nadrukiem, a na to bejsbolówkę, swoją, nie Natha.
- Kurczę, zapomniałam mu ją oddać… - dopiero teraz przypomniałam sobie, że na fotelu nadal leży jego bluza.
Ostatni raz przejrzałam się w lustrze i zeszłam do jadalni, gdzie już wszyscy siedzieli przy stole.
- Dobry wieczór – przywitałam się z gośćmi.
- To nasza córka, Louise – przedstawił mnie tata – Lou, to mój przyjaciel Marcus, jego żona Julie, i syn Zayn – dopiero teraz zauważyłam chłopaka w czarnych włosach siedzącego na końcu stołu.
Chłopak podniósł głowę na dźwięk swojego imienia i zaczął świdrować mnie wzrokiem. Zajęłam jedyne wolne miejsce przy stole, naprzeciwko niego. Zaczęliśmy jeść, dorośli rozmawiali o różnych sprawach nie zwracając zbytniej uwagi ani na mnie, ani na bruneta, który raz po razie odpisywał na przychodzące smsy. Przez te kilka chwil, podczas których wgapiał się w telefon zlustrowałam go wzrokiem. Zayn miał czarne włosy ułożone z wielką precyzją, ciemną skórę, brązowe oczy. Mały zarost na jego twarzy dodawał mu zadziorności. W uszach miał kolczyki, na szyi jakieś wisiorki. Ubrany był w jeansy, czarny t-shirt i bluzę tego samego koloru, która była rozpięta. Jednak w czasie posiłku chłopak ją zdjął, pewnie było mu za gorąco. Zauważyłam jak koszulka opina się na jego umięśnionym torsie i ramionach, co jeszcze bardziej podniosło temperaturę mojego ciała. Na prawej ręce miał tatuaż, a na lewej duży, srebrny zegarek.
I wtedy ktoś pod stołem mnie kopnął. To był on. Bezczelnie uświadomił mi, że się na niego patrzyłam pochłonięta własnymi myślami. No ładnie, po raz drugi tego dnia zarumieniłam się, i to ponownie przy chłopaku. Spuściłam głowę i zaczęłam bawić się widelcem.
Wreszcie kolacja dobiegła końca. Dorośli opuścili swoje miejsca i poszli do salonu. Ja też miałam się właśnie podnieść, gdy wokół moich nóg przebiegł jakiś zwierzak. Od razu kichnęłam, raz, drugi, trzeci.
- Co to – kichnięcie – za zwierzak? – zapytałam mulata, gdyż tylko on został.
- Pies – powiedział obojętnie.
- Co on tu robi?
- Przyjechał z nami.
- Mógłbyś to jakoś lepiej wytłumaczyć do cholery? – wściekałam się.
- Przecież odpowiadam na pytania, o co Ci chodzi? – oburzył się.
- Zabieraj go stąd – oznajmiłam i kichnęłam – Mam alergię na sierść i nie chcę widzieć tego kundla.
- To nie jest kundel, jest rasowy…
- Zamilcz – przerwałam mu – Kundel czy rasowy, to pies, i ma sierść, kapujesz? Ma zniknąć.
Zayn patrzył na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Nie zważając na niego zebrałam talerze ze stołu i poszłam zmywać. Nasza znajomość nie rozpoczęła się w zbyt miły sposób ale tak wyszło. Wszystko przez tego psa, po czym kichnęłam. Co za utrapienie ta alergia…
Po skończonej pracy postanowiłam iść prosto do swojego pokoju. W salonie nie miałam nic do roboty, gdyż wiedziałam, że towarzystwo raczy się w najlepsze trunkami. Byłam w przedpokoju, gdy ujrzałam siedzącego na schodach Zayna.
- Nie martw się, pies jest w salonie – zastrzegł od razu – Sorry, nie wiedziałem, że tak wyjdzie, inaczej bym go nie przywoził. Zgoda? – zaproponował i wyciągnął rękę.
Z jego twarzy nadal nie mogłam odczytać żadnych emocji, kompletnie nic. Jakby ukrywał się pod maską.
- No ok, zgoda – uścisnęłam jego dłoń – Jak chcesz to chodź na górę – rzuciłam obojętnie.
- Dzięki ale najpierw coś załatwię – oznajmił i wyszedł.
Wzruszyłam tylko ramionami i weszłam na piętro. Na wszelki wypadek zostawiłam otwarte drzwi do swojego pokoju. Z laptopem na kolanach zasiadłam na łóżku. Odwiedziłam portale społecznościowe i pocztę. Wszędzie miałam zawalone skrzynki, głównie pisali moi znajomi ze szkoły, którzy nagle zaczęli za mną tęsknić, dobry żart. Odpisałam tylko Madison i Jasonowi ale krótko, bo nie chciało mi się wszystkiego opisywać.
Właśnie kliknęłam ostatni raz wyślij i w drzwiach do mojego pokoju stanął Zayn z torbą na ramieniu.
- Wchodź – zaprosiłam go.
Brunet zrobił, co powiedziałam. Wszedł i zamknął za sobą drzwi, na klucz.
- Co robisz? – zapytałam zdezorientowana.
- Chyba nie chcesz, żeby rodzice nakryli Cię z butelką piwa w ręku? – odpowiedział pytaniem na pytanie jednocześnie wyjmując z torby szklane butelki.
- Ty chcesz mnie upić, a potem wykorzystać, tak?
- Ciebie? Nigdy – oznajmił i wreszcie się uśmiechnął.
- I tak Ci nie ufam, więc bez żadnych numerów – ostrzegłam go.
- Jasne – obiecał.
Otworzył dwie butelki i podał mi jedną, po czym usiadł na kanapie. Z początku rozmowa nam nie szła ale z czasem było coraz lepiej. Gdy dowiedział się, że jestem z L.A. zaczął pytać jak tam jest, jacy ludzie. Powiedziałam szczerze, że wszyscy gonią za kasą, dziewczyny są łatwe.
- Ty też? – zapytał, a ja mało nie zadławiłam się piwem.
Bez zastanowienia złapałam pierwszą lepszą poduszkę i posłałam ją w jego kierunku. Pech chciał, że zdążył ją złapać. A chwilę potem szczerzył się w uśmiechu.
- Ogar – zawołałam do niego.
Potem przy włączonej muzyce opróżniliśmy kolejne dwie butelki. Zayn chciał mnie uraczyć jeszcze trzecią ale spasowałam, więc dwie pozostałe schował na jutro. Wolałam być czujna i zadbać o swoje bezpieczeństwo. Było późno, gdy przyszła moja mama zostawiając Zaynowi czysty ręcznik.
- Że co proszę? – zapytałam mamę.
- Zostajemy na noc – rzekł brunet – I będę tu spał – po czym wskazał na kanapę, na której siedział.
- Chyba zgłupiałeś, nie będziesz spał w moim pokoju…
- Nie masz tu nic do gadania – przerwał mi – A teraz pójdę się umyć – oznajmił zabierając torbę z rzeczami.
- Nie tak szybko! Ja idę pierwsza! Zayn! – wydarłam się, gdy mnie nie słuchał.
- Dobra, już dobra.
Szybko wzięłam z szafy jakieś ciuchy do spania i pognałam do łazienki. Szybki prysznic i wolnym krokiem wracałam do pokoju. Do snu założyłam szorty, top i na razie bluzę, żeby nie eksponować swojego ciała. W końcu nie znałam mulata i nie wiedziałam, do czego może być zdolny. Gdy weszłam do pokoju wiedziałam, że chłopak przygląda się moim nogom, to było krępujące. Wreszcie poszedł się umyć, a ja w tym czasie przygotowałam mu posłanie. Nie minęło 20 minut, a Zayn wrócił na legalu w dresowych spodniach ale… bez koszulki. Na jego widok komórka wyślizgnęła mi się z dłoni. Miał boskie ciało, na klacie mięśnie tworzyły idealny kaloryfer. Jeszcze większego uroku dodawał tatuaż znajdujący się nad prawą piersią. Znów gapiłam się na niego jak wariatka.
- Tak, popatrz sobie, więcej może nie być takiej okazji – wyrwał mnie z zamyślenia jego miły i delikatny głos.
- Pff – wydałam z siebie dziwny dźwięk.
- I jeszcze się wypiera – zachichotał.
- Spać! – krzyknęłam w końcu.
Kurde, niestety miał rację. Ale nie znosiłam faktu, gdy to właśnie facet miał rację. Podobało mi się jego ciało, bardzo podobało. Ten widok rozpalał we mnie dziwne pragnienia i emocje. Zanim się położyłam ściągnęłam z siebie bluzę. Zayn zgasił światło i zapanowała głucha cisza.
Nie mogłam zasnąć, bo gdy zamykałam oczy widziałam ciągle jego nagie ciało. Leżałam tak może pół godziny i wsłuchiwałam się w jego równomierny i spokojny oddech. Postanowiłam iść się napić. Po cichu, żeby go czasami nie obudzić opuściłam pokój. W całym domu panowała grobowa cisza. Po omacku zeszłam po schodach. W kuchni zapaliłam małą lampkę i z lodówki napiłam się zimnego soku. Postałam przy blacie jeszcze chwilę i wróciłam do pokoju.
Weszłam do pokoju, zamknęłam za sobą drzwi i właśnie miałam dać krok w stronę łóżka ale zostałam popchnięta i uderzyłam plecami o drzwi. Chciałam krzyknąć, lecz ktoś, dokładnie Zayn wpił się w moje usta. Pocałunek był brutalny ale jakże namiętny, sparaliżował mnie. Nie chciałam się z nim całować ale nie byłam w stanie go odepchnąć. Chłopak działał jak magnes, przyciągał mnie do siebie. W jednej chwili zjechał ustami na moją szyję, co jeszcze bardziej pobudziło moje pożądanie. Moje niesprawne dotąd ręce powędrowały po jego torsie na kark, by w końcu zatopić się w jego bujnej czuprynie. Nie wiem, co się ze mną działo ale takie pieszczoty sprawiały mi nie lada przyjemność. Jakimś cudem wskoczyłam na chłopaka i oplotłam jego biodra swoimi nogami. Poszedł w stronę łóżka i położył mnie na nim. Przeszły mnie ciarki, gdy poczułam na rozpalonej skórze zimno satynowej pościeli. Usiadł na mnie okrakiem i powrócił do przerwanych czynności. Nie wiem jak on to robił, że gotowa byłam się z nim przespać. Ale w gruncie rzeczy postanowiłam tego nie robić. Zayn był brutalny, lecz nie przeszkadzało mi to. Całował moją szyję, ramiona, dekolt, bez oporów wsuwał ręce pod mój top oraz błądził po moich pośladkach, od czasu do czasu dotykając także nóg. Nie mogłam inaczej wytłumaczyć jego zdolności niż to, że albo miał wiele dziewczyn albo był naprawdę dobry w te klocki. Nie obchodziło mnie, ile czasu sprawiał mi rozkosz ale dla mnie była to wieczność. Widziałam jego zmęczenie, lecz chłopak nie przestawał.
Wreszcie ledwo dysząc opadł na łóżko obok mnie. Spojrzał na mnie, jego oczy błyszczały, a na twarzy gościł uśmiech. Był taki piękny, niczym bóg zesłany z mitycznego Olimpu. Nie chcąc zostać dłużną przekręciłam się na bok i wtuliłam w jego ciało, natomiast jego prawa ręka znalazła się na moim pośladku. Zaczęłam od pocałowania go w usta, potem szyja, międzyczasie przygryzłam też jego ucho na co on zaśmiał się cicho. Całowałam jego tors, delektowałam się tą chwilą…"





Ufff, jest ;)
Zdjęcia dodaję, abyście mogły mniej więcej to sobie wyobrazić ;D


sobota, 24 marca 2012

Rozdział 2.

Ujrzałam chłopaka niezbyt wyższego ode mnie. Miał krótkie włosy, jedynie na jego twarz delikatnie opadała grzywka, która przysłaniała w pewnej części jego oczy.  Nieznajomy chłopak przyglądał mi się, przez co czułam się niezręcznie. Pragnęłam spojrzeć w jego oczy, więc powoli przesuwałam swój wzrok z jego ramion coraz wyżej. Chłopak jakby wiedział co zamierzam, potrząsnął głową w celu odgarnięcia grzywki. Nasze oczy się spotkały, a ja czułam jakby czas się zatrzymał. Bezczelnie patrzyłam się w te jego zielono-niebieskie oczy. Po dłuższej chwili usłyszałam za sobą głos Jessici.
- Lou, to właśnie mój starszy brat, Nathan – blondynka przedstawiła go.
Uśmiechnął się, a ja automatycznie spojrzałam na jego usta. Nogi się pode mną ugięły, za co skarciłam się w myślach. Nie znałam go, a już mdlałam na jego sam jego widok. Również wygięłam swoje usta w delikatnym uśmiechu.
- Louise, miło mi Cię poznać – zagadnęłam i wyciągnęłam rękę w jego stronę.
- Nathan, mi również miło – odpowiedział i uścisnął moją dłoń, a wzdłuż mojego kręgosłupa przeszły miłe dreszcze.
Jego skóra była taka ciepła, delikatna. Mogłabym jej dotykać na okrągło, jednak chłopak rozluźnił uścisk. Zrobiłam to samo, żeby sobie czegoś nie pomyślał.
- Lou jest nową uczennicą i jest ze mną w klasie – oznajmiła Jess.
- Wydaje mi się, czy nie jesteś tutejsza? – zwrócił się do mnie chłopak. Nadal się uśmiechał.
- To prawda, przeprowadziłam się z Los Angeles – odpowiedziałam.
- Serio? To co robisz w Londynie? – zapytała w lekkim szoku Jess.
- Tata dostał lepszą pracę, nie miałam innego wyjścia – odpowiedziałam obojętnym głosem.
- To przynajmniej wiem już, że nie przywykłaś jeszcze do zimna – rzekła.
Po jej słowach olśniło mnie, że nadal stoimy na zewnątrz. I dopiero wtedy poczułam przypływ mroźnego powietrza ogarniający moje ciało. Ponownie tego dnia zaczęłam lekko dygotać. Zdawałam sobie sprawę, że to przez całą sytuację z Nathanem zapomniałam o tym, że stoimy na dworzu. Przeraziłam się faktem, jak ten chłopak na mnie działał, jakie emocje i pragnienia we mnie wyzwalał, o których wiedziałam tylko ja.
- Lou, słyszysz mnie? – moje rozmyślania przerwał niecierpliwy głos Jessici.
- Sorry, zamyśliłam się – przeprosiłam, nadal dygotałam ale teraz znacznie bardziej – Chodźmy do środka – poprosiłam.
Spojrzałam niepewnie na chłopaka. Przyglądał mi się uważnie ale już nie uśmiechał. Odwróciłam się do niego plecami i ruszyłam za Jessicą. Czułam na swoim karku jego przenikliwy wzrok.
Wreszcie znalazłyśmy się w szatni z resztą dziewczyn z naszej klasy oraz dziewczynami z klasy Natha. Chłopcy czekali za drzwiami, bo była tylko jedna wspólna szatnia. Ledwo zdążyły się przebrać drzwi otworzyły się na oścież i mimo naszych protestów chłopcy weszli do środka i zaczęli bez żadnych oporów ściągać z siebie ubrania. Wkrótce potem większość z nich paradowała z gołymi klatami. Starałam się nie patrzeć w ich stronę, szczególnie w stronę Natha. Jednak ciekawość była silniejsza ode mnie. Zanim się spostrzegłam już się gapiłam na jego nagi tors. Podchwycił mój wzrok i posłał mi uśmiech, na co ja zarumieniłam się i speszona odwróciłam głowę.
- Lou, opanuj się – skarciłam się w myślach – Widzisz go po raz pierwszy w życiu, a już za nim szalejesz…
Pod ciężarem jego wzroku wraz z Jessicą opuściłam szatnię.
- Dobrze, że był w spodniach, inaczej patrzyłabyś nie tylko na jego tors – zaśmiała się blondynka.
- Czy Ty coś sugerujesz? – zapytałam lekko poirytowana. Czyli jednak zauważyła moje dziwne zachowanie.
- Nie, wcale się nie śliniłaś na jego widok – Jess ciągnęła ten niepotrzebny dialog.
- Daruj sobie. Nie wiem, co się ze mną dzieje – ups, powiedziałam o kilka słów za dużo.
- Większość dziewczyn tak na niego reaguje – oznajmiła Jessica z wielkim uśmiechem – Zresztą, nie tylko on wpadł Ci w oko – rzekła tajemniczo – Myślę, że działa to w obydwie strony.
- Idź już lepiej ćwiczyć, może te pomysły wypadną Ci z głowy – powiedziałam, a ona zaśmiała się tylko.
Nie ćwiczyłam, bo nie przewidziałam, że akurat dziś będę miała wf i nie wzięłam stroju. Najpierw była rozgrzewka wspólna dla dziewczyn i chłopaków. Potem obaj nauczyciele zarządzili, że na pierwszej godzinie zagramy w siatkówkę, dziewczyny kontra chłopcy. Wybrano składy. W jednej drużynie dziewczyn brakowało zawodniczki, gdyż reszta wykruszyła się.
- Ja mogę zagrać – zawołałam z trybun do nauczyciela, a ten się zgodził. Zdjęłam bluzę rzucając ją na krzesło i weszłam na jedno z dwóch boisk. Na obu miały rozegrać się mecze.
Byłam w drużynie z Jessicą i kilkoma innymi dziewczynami, których jeszcze nie znałam. Natomiast po drugiej stronie siatki stał jak na złość… Nathan ze swoimi kolegami. Pokręciłam z niezadowolenia głową i rozpoczął się mecz. Po kilku kolejnych przejściach znalazłam się pod siatką na miejscu wystawiającego. Z początku nie obchodziło mnie kto stoi po drugiej stronie. Jednak gdy się odwróciłam ponownie zobaczyłam jego twarz szczerzącą się w uśmiechu.
- Co to ma być?! – wkurzałam się w myślach, gdy moje ciało zareagowało identycznie, jak podczas spotkania na zewnątrz.
Przez to nie mogłam się skupić na piłce, która raz po raz leciała w moją stronę. Walka była zacięta, obie drużyny dawały z siebie wszystko. Podczas gry poczułam zapach, zapach męskich perfum. Był tak intensywny, że aż zawirowało mi w głowie. Przez te chwilowe roztargnienie w końcu przepuściłam piłkę tym samym dając punkt przeciwnej drużynie.
- Dzięki – szepnął do mnie Nath.
Tego było już za wiele. Skupiłam swoje myśli, a po chwili ogarnęła mnie fala wściekłości. Musiałyśmy wygrać, tylko to się liczyło. Zacięcie grałyśmy dalej, by w końcu wygrać z przewagą 5 punktów. Chłopcy nie byli zadowoleni, odzywała się ich męska duma. Przez pierwszą lekcję rozegraliśmy tylko po dwa mecze. Drugi wygrali chłopcy ku ogólnej ich uciesze. Przynajmniej był remis i nikt nie był poszkodowany. Lekcja się skończyła i wszyscy ruszyli do szatni odpocząć oprócz mnie, gdyż ja zostałam na trybunach. Oparłam plecy o oparcie, odchyliłam głowę do tyłu zamykając przy tym oczy. Cieszyłam się samotnością, która niestety nie trwała zbyt długo. Usłyszałam odbijanie piłki o podłogę, co kompletnie nie pozwalało mi skupić moich myśli. Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego wściekłym wzrokiem. On jakby nigdy nic biegał sobie z piłką do koszykówki.
- Możesz nie robić tyle hałasu? – powiedziałam ostrym tonem, który przypominał warczenie.
- To nie słuchaj – odpowiedział mi obojętnie.
- Egoista – powiedziałam już bardziej do siebie.
Patrzyłam na niego i tylko czekałam na moment, gdy piłka odbije się od kosza i poturla w moją stronę. Kilka minut później się doczekałam. Okrągła rzecz znalazła się w połowie drogi pomiędzy mną a nim. Spojrzeliśmy na siebie, a chwilę potem oboje biegliśmy by zgarnąć piłkę przeciwnikowi. Nie byłam jakoś bardzo szybka ale w dziwny sposób pierwsza złapałam przedmiot. Nathan zatrzymał się przede mną.
- Dawaj – zaczął i wyciągnął do mnie rękę.
- Chyba śnisz – oznajmiłam i zrobiłam kilka kroków do tyłu – Mogłeś być grzeczny – na moje słowa zaśmiał się głośno.
- Jestem grzeczny. Tylko zastanawiam się, czy Ty jesteś grzeczna – oznajmił z chytrym uśmieszkiem.
- Jasne, że jestem grzeczna.
- Wątpię. Aż strach pomyśleć, co dzieje się w twojej głowie, gdy jestem w pobliżu – rzekł, na co ja zrobiłam facepalm’a.
- Twoja pewność siebie kiedyś Cię zgubi – oznajmiłam.
- Mnie czy nas? – po jego słowach przeszły mnie ciarki, zresztą niepierwsze tego dnia.
- Nawet jeśli masz rację to zrobię wszystko, żeby tylko jak najdłużej utrzymać Cię z dala ode mnie – powiedziałam.
Wszyscy wrócili na salę, kiedy rozległ się dzwonek oznajmiający początek kolejnej lekcji. Tym razem chłopcy grali w nogę, a dziewczyny w ręczną. Więc przez całą godzinę nie miałam z Nathem jakiegokolwiek kontaktu.
Wreszcie 45 minut później nauczyciele oznajmili koniec zajęć. Wszyscy ponownie poszli do szatni się przebrać. Ja weszłam do środka tylko na chwilę. Zabrałam swoją torbę.
- Poczekam za drzwiami – oznajmiłam Jessice i wyszłam, by czasami znowu nie spojrzeć na Nathana bez koszulki, albo co gorsza bez spodni. Blondynka wyszła 5 minut później.
- Teraz jest długa przerwa, idziemy na lunch – zarządziła Jess, a ja poszłam za nią.
Ponownie znalazłyśmy się na oblodzonym chodniku. Szłam powoli mimo iż trzęsłam się z zimna. Z naprzeciwka szło dwóch wysokich chłopaków. Obaj patrzyli na nas pożądliwym wzrokiem. Gdy byli stosunkowo blisko zagrodzili nam drogę.
- Hej laski – zawołał jeden z nich, blondyn.
- Hej mała, my się chyba nie znamy – tym razem drugi chłopak, brunet zwrócił się do mnie.
- Mała to jest twoja pała, a teraz spływaj – zasyczałam i spróbowałam ich ominąć.
- Nie tak prędko – zatrzymał mnie brunet.
Złapał mnie za ręce i przyciągnął do siebie. Chwilę patrzył na mnie, by zacząć przybliżać swoje wargi do moich. Kątem oka widziała jak blondyn robi to samo z Jessicą. Poczułam obrzydzenie do nich, ogromną wściekłość, wręcz furię. Jednym szarpnięciem uwolniłam się z jego uścisku. Bez chwili wahania zacisnęłam prawą dłoń w pięść i walnęłam go z całej siły w twarz. W efekcie chłopak zatoczył się i upadł na chodnik z rozciętą wargą, z której cienką strużką popłynęła szkarłatna krew.
- Lou, wszystko w porządku? – usłyszałam cichy głos Jessici, która położyła swoją dłoń na moim ramieniu.
- Tak – szepnęłam.
Spojrzałam na Jess, za nią stał Nath i bacznie mi się przypatrywał, jakby chciał mnie prześwietlić i wszystkiego się o mnie dowiedzieć.
- Chodźmy na stołówkę – oznajmiła Jess i ruszyła przodem. Poszłam za nią, a Nath mnie dogonił i szedł ze mną ramię w ramię. 
Byłam tak pochłonięta swoimi myślami, że w końcu się poślizgnęłam podcinając przy tym Nathana i wylądowałam w zaspie. Z kolei on poleciał na mnie ale zdążył podeprzeć się na dłoniach po obu stronach mojej głowy.
- Wszystko ok? – zapytałam bez wahania.
- Jasne, a tobie nic nie jest? – również zapytał i uśmiechnął się delikatnie.
- Nie, a teraz złaź ze mnie – zarządziłam – Wszędzie mam śnieg.
Kiwnął głową i wstał ze mnie ale zrobił to bardzo niechętnie. Po czym podał mi rękę i pomógł wstać. Ten mały gest automatycznie poprawił mi humor. Otrzepałam ubrania ze śniegu ale i tak czułam go za koszulką, która w wyniku topnienia śniegu stała się mokra, tak samo bluza. Zaczęłam lekko szczękać zębami.
Wreszcie poszliśmy do stołówki. Stanęliśmy w kolejce za Jessicą. Przez cały czas czekania chłopak przyglądał się mi albo patrzył w oczy.
Wybraliśmy coś do jedzenia i zajęliśmy wolny stolik przy oknie. Od razu przytuliłam się do grzejnika ale nie był wystarczająco ciepły.
- Zimno Ci? – zapytał.
- Też by Ci było zimno, gdybyś miał śnieg za koszulką – odpowiedziałam mu, po czym kichnęłam.
Nathan zdjął swoją bluzę i podał mi ją.
- Masz, bo się jeszcze rozchorujesz – uśmiechnął się ciepło.
- Dzięki – podziękowałam.
Zdjęłam swoją bluzę i założyłam jego. Od razu do moich nozdrzy wdarł się zapach jego perfum. Zaczęliśmy jeść. Jessici z nami nie było, bo siedziała z jakimiś dziewczynami trochę dalej. Po jej minie wnioskowałam, że nie jest z tego zadowolona. Lewą rękę miałam wyciagnięta na stole, gdy w pewnej chwili Nathan swoimi placmi zaczął błądzić po mojej dłoni. Po wpływem jego dotyku i zaskoczenia cofnęłam dłoń. SPojrzeliśmy na siebie.
- Sorry - wyszeptał zmieszany, nie odpowiedziałam mu i nastała cisza, którą przerwał dzwonek kończący porę lunchu. Chciałam mu oddać bluzę.
- Przy okazji – rzekł i poszedł w swoim kierunku.
Poczekałam na Jess i poszłyśmy do klasy. Zostały nam jeszcze dwie godziny.
Po lekcjach chciałam razem z Jessicą opuścić budynek szkoły, lecz ta miała inne plany.
- Muszę zostać po lekcjach – oznajmiła mi – Ten kretyn na mnie naskarżył, że go pobiłam.
Dokładnie wiedziałam, o kogo jej chodziło. Tylko czemu ten drugi na mnie nie naskarżył, zastanawiałam się.
- Ok. To do jutra – pożegnałam się.
- Cześć – odpowiedziała i ruszyła korytarzem.
Wyszłam przed szkołę i popatrzyłam na ulicę przypominając sobie, którędy jechałam rano razem z tatą. Ruszyłam ulicą po mojej lewej stronie. Przechodziłam przy parkingu, gdy usłyszałam wołanie Nathana.
- Louise, gdzie Jess? – zapytał.
- Musiała zostać po lekcjach – odpowiedziałam mu.
- Rozumiem, to nie będę na nią czekać. Może Cię podwieźć? – zaproponował.
- Nie, przejdę się – chciałam się wymigać.
- Nie marudź, tylko wsiadaj. Chyba, że wolisz, abym użył siły?
- Jesteś uparty – rzekłam i wsiadłam do jego samochodu.
Podałam mu adres i ruszył. Nie rozmawialiśmy podczas jazdy. Po kilku minutach chłopak zatrzymał się przed moim domem.
- Dziękuję – oznajmiłam.
- To ja dziękuję – powiedział i wyszczerzył w uśmiechu.
Wysiadłam z auta i poszłam w stronę domu. Będąc przed drzwiami odwróciłam się jeszcze na chwilę. Samochód nadal stał przy chodniku. Uśmiechnęłam się, pomachałam mu i zniknęłam za drzwiami. Dopiero teraz odjechał. Był gentelmanem.
Z kuchni zawołała mnie na obiad mama.
- Nie jestem głodna – odparłam i pobiegłam do swojego pokoju.
Torbę rzuciłam na fotel, a sama padłam plackiem na łóżko. Myśląc tylko o Nathanie i jego uśmiechu zasnęłam….





Rozdział dodałam jeszcze raz wprowadzając wcześniej poprawki ;)

środa, 21 marca 2012

Rozdział 1.

Już od ponad dwóch godzin siedzę z rodzicami w samolocie, prywatnym samolocie, którego użyczyła nam firma taty. Lecimy do Anglii, do Londynu, gdzie zamieszkamy. Tam też czeka na nas nowy dom. Rodzice twierdzą, że mi się spodoba. Ja i tak jestem załamana. Już na samą myśl chce mi się płakać…
Moje ostatnie dwa tygodnie pobytu w Los Angeles minęły jak z bicza strzelił. Zanim się spostrzegłam byłam już spakowana i z wielką niechęcią odliczałam dni do mojego odlotu. Przez te czternaście dni rodzice zdążyli sprzedać dom, co oznaczało, że już tu nie wrócimy oraz wypisać mnie z mojej dotychczasowej szkoły i przesłać papiery do jakiegoś college w Londynie. Było mi naprawdę wszystko jedno, jaka będzie moja nowa szkoła. Natomiast Jason i Madison nie opuszczali mnie ani na krok. Dzięki nim zapominałam często o przeprowadzce, byli dla mnie oparciem w trudnych chwilach. Widziałam się z nimi dwie godziny temu na lotnisku ale już za nimi tęsknię. Nie mogłam ogarnąć faktu, że szybko się z nimi nie zobaczę… Może to się wydać dziwne ale rozpłakałam się. Po moich policzkach spływały łzy wielkości ziarna grochu. Mama na przemian z tatą próbowali mnie pocieszyć, lecz nie wychodziło im to zbyt dobrze. Z tego wszystkiego rozbolała mnie głowa. Nie mogłam znieść uczucia, że moja głowa pulsuje, więc połknęłam tabletkę przeciwbólową i nie wiedząc kiedy zasnęłam.
- Lu – usłyszałam ciepły ton mamy – Zaraz wylądujemy.
Kiwnęłam głową i podniosłam się z pozycji leżącej do pozycji siedzącej. Wyjrzałam przez małe okienko i w dole zobaczyłam, mogłoby się wydawać, małe miasto. Jednak w rzeczywistości Londyn był ogromy, łatwo można się w nim zgubić, a już nie wspomnę o całkiem innych przepisach ruchu drogowego…
Kilkanaście minut później opuściliśmy samolot. Musieliśmy tylko poczekać aż wszystkie nasze rzeczy zostaną przepakowane do dużego samochodu, który miał je zawieźć do nowego domu. Opuściliśmy terminal wychodząc na zewnątrz. Był to styczeń, na chodnikach i ulicy leżał śnieg. Biały puch pokrywał także samochody.
- Kurwa… - wymknęło mi się, gdy wyszłam i stanęłam jak wryta. Nie zdawałam sobie sprawy, że może być aż tak zimno. Zaczęłam się trząść i szczękać zębami. A gdy podjechał samochód szybko do niego wskoczyłam. Przez całą drogę do nowego domu przez okno oglądałam Londyn. Momentami byłam zauroczona ale jak tylko przypomniałam sobie o pogodzie urok pryskał.
Wreszcie, po kilkunastu minutach i półgodzinnym staniu w korku dojechaliśmy przed piękny, duży dom. Dom był biały z wielkim ogrodem, w którym wzdłuż płotów było sporo drzew i krzewów. To był jedyny plus, uwielbiam takie ogrody. Już sobie wyobraziłam wiosnę, kiedy to wraz z mamą będziemy sadzić kwiatki jeszcze bardziej upiększając ogród. Weszliśmy do środka. W każdym pomieszczeniu stały już meble. Dom wyszykowany był modnie i gustownie. Dało się też zauważyć, że wszędzie przeważały wolne przestrzenie. Poprzez duże okna wpadało więcej światła. Podczas, gdy my zwiedzaliśmy dom ekipa wnosiła nasze rzeczy. Rodzice mieli rację, nasz nowy dom bardzo mi się spodobał.
Mój pokój był na piętrze, drzwi na końcu małego korytarza. Gdy weszłam do mojego „królestwa” kopara mi opadła. Nowy pokój był idealny. Większy niż poprzedni, ściany były w kolorach brązu. Pod jedną ze ścian stało ogromne dwuosobowe łóżko, a na nim leżała satynowa pościel. Z kolei pod ścianą za drzwiami stały meble – dwie szafy, komody, jedna z półkami, druga z szufladami oraz szafa ze szklaną witryną. Natomiast pod oknem stało biurko. Miałam także swój prywatny balkon.
Gdy tylko ekipa się zwinęła zaczęliśmy się rozpakowywać. Międzyczasie mama zamówiła nam pizzę, gdyż w lodówce nie było żadnego żarcia. Byliśmy zajęci do późnego wieczora, kiedy to zmęczeni poszliśmy spać. Rano obudziła mnie mama zganiając mnie z łóżka, żebym pomogła jej rozpakować resztę rzeczy,  bo tata pojechał do pracy.
- Jak to pojechał? – zapytałam zwlekając się z łóżka.
- No samochodem – usłyszałam w odpowiedzi.
- A skąd my mamy samochód?
- Firma kupiła, a ojciec go spłaci. Pospiesz się, musimy zdążyć do obiadu, bo potem jedziemy na wielkie zakupy – poganiała mnie mama.
Ubrałam się w pierwsze lepsze dresy i zbiegłam na dół, do kuchni, gdzie czekały na mnie kanapki. Szybko je zjadłam, wypiłam herbatę i wzięłam się do roboty. Opróżniając kolejne pudła trafiłam ja jedno z moimi deskorolkami. Znaczy, była w nim jedna cała deska, a reszta to były deski w kawałkach lub bez kółek. Szybko zabrałam to pudło do swojego pokoju w obawie, żeby mama mi tego nie wyrzuciła. To był mój skarb.
Wreszcie wszystko było rozpakowane. Właśnie wynosiłam kartony do kosza, gdy tata wjechał na podjazd przed garażem. Razem weszliśmy do domu, zjedliśmy obiad i, jak powiedziała mama pojechaliśmy na zakupy. Najpierw pojechaliśmy do supermarketu, by zapełnić szafki w kuchni i lodówkę. Potem wybraliśmy się do centrum handlowego kupić sobie cieplejsze ubrania i buty, gdyż każde z nas miało ich mało.
Wracając do domu tata przerwał ciszę.
- Jutro idziesz do nowej szkoły – oznajmił, a ja wybałuszyłam oczy ze zdziwienia.
- Tak szybko? – zapytałam.
- Tak, dwa dni temu rozpoczął się nowy semestr i idziesz od jutra, żeby nie narobić sobie zaległości.
- Super – jęknęłam niezbyt szczęśliwa.
- Na pewno Ci się spodoba – jak zwykle pocieszała mnie mama.
Nic już więcej nie powiedziałam. A gdy tylko wróciłam do domu od razu uruchomiłam swojego laptopa. Na Skype’ie nie było ani Madison, ani Jasona. A tak chciałam z nimi porozmawiać. No trudno, może innym razem się uda... 
"Następnego dnia punktualnie o 6:30 obudził mnie budzik. Automatycznie go wyłączyłam. Poleżałam jeszcze chwile, a potem wstałam. Poprawiłam pościel i podeszłam do szafy, z której wyjęłam dżinsy.
- A co do tego? – zastanawiałam się na głos przeglądając bluzki.
Nie chciałam się pierwszego dnia jakoś specjalnie wyróżniać, więc postawiłam na czerwony top i czarną bluzę z kapturem. Następnie poszłam do łazienki. Ułożyłam włosy, zrobiłam delikatny makijaż. Z nerwów nie zjadłam śniadania, wypiłam tylko sok. W holu założyłam skaty z Nike’i, kurtkę, rękawiczki i opatuliłam się szalikiem. Torbę przewiesiłam przez ramię i wyszłam z domu. W samochodzie czekał na mnie już tata. Dotarcie do szkoły zajęło na niecałe dziesięć minut.
Zajechaliśmy na parking obok budynku szkoły. Wysiadając z auta starałam się nie poślizgnąć na oblodzonej powierzchni. Jednak i tak moje starania poszły na marne. Właśnie zamknęłam drzwi i chciałam dać krok do przodu, gdy moje nogi rozjechały się delikatnie. W ostatniej chwili tata mnie przytrzymał.
- Uważaj – oznajmił jakbym nie wiedziała.
Podreptałam za nim do budynku, a potem do gabinetu dyrektora, gdzie dostałam plan lekcji. Dyrektor coś tam jeszcze truł ale go nie słuchałam. Kilka minut później pożegnał się z moim tatą, a mnie zaprowadził do nowej klasy. Na szczęście korytarze były już puste, wszyscy byli na lekcjach inaczej bym się ze wstydu spaliła. Wreszcie otworzył drzwi do klasy. Puścił mnie przodem, przywitał się z nauczycielem i klasą.
- Przedstawiam Wam nową koleżankę, Louise White. Mam nadzieję, że ciepło ją przyjmiecie – oznajmił.
Panowała cisza. Niepewnie rozejrzałam się po klasie. Po ich minach wnioskowałam, że nie są zachwyceni moją obecnością.
- Może ktoś na przerwie oprowadzi koleżankę po szkole? – zapytał uczniów.
Nikt nie podnosił ręki, nawet na to nie liczyłam. Jednak zgłosiła się jedna dziewczyna. Była to blondynka o długich włosach, niebieskich oczach i jasnej karnacji. Uśmiechała się.
- Jessica? – upewnił się.
- Tak, chętnie pomogę – odpowiedziała.
- Dobrze, więc zajmij swoje miejsce – zwrócił się do mnie i opuścił klasę.
Jessica od razu pomachała do mnie. Poszłam w jej stronę. Czułam na sobie wzrok wszystkich obecnych.
- Cześć – przywitałam się.
- Siadaj za mną – poprosiła, zresztą i tak było to jedyne wolne miejsce.
Zajęłam miejsce i próbowałam słuchać nauczyciela, który właśnie wykładał historię Anglii. Lecz nie mogłam się skupić. Przejrzałam swój plan. Dziś miałam mieć 6 lekcji w tym dwa wf-y, z których byłam najbardziej zadowolona. Niecierpliwie czekałam na 3 i 4 godzinę. Do tego czasu musiałam znosić pogardliwe spojrzenia koleżanek z klasy. Chłopcy byli raczej zadowoleni, byłam kolejnym obiektem ich westchnień. Jedyną przyjazną osobą była Jess, która podczas przerw opowiadała mi o szkole, nauczycielach i uczniach. Wreszcie zadzwonił dzwonek kończący drugą lekcję.
- Chodź za mną – powiedziała Jess – Żeby iść na salę musimy przejść do drugiego budynku. Jest zimno ale można się przyzwyczaić.
I wtedy przed sobą zobaczyłam oszklone drzwi, a za nimi zapewne chodnik, tyle, że pod warstwą śniegu.
- Co?! – zapytałam podniesionym głosem.
- Chodź, przebiegniemy i nic nie poczujesz – powiedziała Jess i otworzyła drzwi.
Ja natomiast stałam jak wryta. Zamarzam, gdy mam na sobie kurtkę, a co pomyśleć bez kurtki. I to jeszcze biec.
- Chyba sobie żartujesz… - zaczęłam, lecz nie pozwoliła mi dokończyć tylko pociągnęła mnie za rękę.
Gdy znalazłyśmy się na zewnątrz moje ciało i kości przeszyło straszne zimno.
- Lu, biegnij! – zawołała do mnie Jess.
- Żebym wylądowała w zaspie? Chyba śnisz – odpowiedziałam jej, na co ona wybuchła śmiechem.
Ostrożnie stawiałam kroki, żeby czasami nie wywinąć orła. Już byłam prawie w drugim budynku, gdy kilku chłopaków przebiegło przy mnie i w wyniku czego straciłam równowagę. Jednak zanim się spostrzegłam znów stałam równo na nogach z tą tylko różnicą, że ktoś trzymał mnie za ramiona.
- Uważaj – usłyszałam za sobą męski głos. Głos, którego mogłabym słuchać na okrągło.
Nieznajomy puścił mnie. Odwróciłam się, bo chciałam zobaczyć, kto wybawił mnie z opresji i mu podziękować. Ujrzałam…


Wiem, nudy ;(  Tylko mówcie szczerze ;)
W kolejnym rozdziale moge obiecać, że będzie ciekawiej ;D

poniedziałek, 19 marca 2012

Prolog.

- Louise! Wstawaj! Czas od szkoły – usłyszałam za drzwiami wołanie mamy.
- Hmm… - mruknęłam bardziej do siebie niż do mamy.
Wsunęłam rękę pod poduszkę, gdzie zawsze chowałam telefon. Spojrzałam na wyświetlacz, który poinformował mnie o dniu i godzinie.
- Poniedziałek, jak ja nie lubię poniedziałków… – jęknęłam.
Nadal odczuwałam zmęczenie po sobotniej 18-tkowej imprezie. Choć całą niedzielę przespałam. Sama się sobie dziwiłam jak poprzedniego dnia na własnych nogach wróciłam do domu nie budząc przy tym rodziców. Z tego co zapamiętałam, nie szczędziłam sobie alkoholu, a potem zapewne urwał mi się film.
- W szkole się wszystkiego dowiem – pomyślałam i uśmiechnęłam pod nosem.
Dochodziła 7, kiedy ociągając się zwlekłam się z łóżka. Najpierw poszłam prosto do własnej łazienki. Wzięłam zimny prysznic, który orzeźwił mój umysł i ciało. Mimo tak wczesnej pory termometry w Los Angeles wskazywały trochę poniżej 20oC. Dla mnie taka pogoda była idealna. Nie wyobrażałam sobie nawet, że mogłabym mieszkać w Anglii czy innym kraju, gdzie całym rokiem jest marna pogoda. Lubiłam, gdy ciepłe promienie słońca muskały moją, już i tak opaloną skórę.
Po prysznicu umalowałam się delikatnie, by makijaż nie spływał po mojej twarzy. Włosy spięłam w kok. Następnym krokiem był ubiór. Podeszłam do szafy i otworzyłam ją niechętnie. Strój był moim odwiecznym problemem. Po dłuższym zastanowieniu i bezsensownym wgapianiu się w szafę wybrałam czarne szorty, biały top, do tego niebieską koszulę w kratę wiązaną pod biustem. Brakowało mi jeszcze butów. Ich wybór zajął mi znacznie mniej czasu – wyjęłam z szafki białe Nike’i. Już miałam je zakładać, gdy o czymś sobie przypomniałam.
- Skarpetki. O czym ja myślę? – zapytałam siebie, po czym z szuflady wyjęłam białe stópki również z logiem Nike.
- Nie, to było złe pytanie – po chwili ponownie rozmawiałam sama ze sobą – A może o Jasonie… - rozmarzyłam się.
Tak naprawdę Jason jest moim przyjacielem, przystojnym przyjacielem – blondyn, ciemne niebieskie oczy, wysportowany. Mogę to sobie wmawiać 1000 razy dziennie ale i tak ludzie ze szkoły mówią, że między nami jest jakaś chemia skoro się całujemy. Tak, całujemy jeśli tylko mamy na to ochotę ale nie jesteśmy parą, nic z tych rzeczy. Razem doszliśmy do wniosku, że taki układ będzie lepszy. Nikt nie będzie zazdrosny, nie będzie sprawdzał drugiej osoby.
Z myśli wyrwał mnie krzyk, tym razem tata mnie wołał.
- Lu! Jak się nie pośpieszysz to Cię nie podwiozę – usłyszałam z dołu.
To była dobra motywacja, abym szybko zebrała się do szkoły. Z fotela zabrałam torbę z książkami i zbiegłam po schodach. Będąc w kuchni zabrałam z talerza tylko jedną kanapkę, wypiłam sok. Pocałowałam mamę w policzek i już miałam wychodzić, gdy mnie zatrzymała.
- Louise, po lekcjach przyjdź od razu do domu. Chcemy z tatą z Tobą porozmawiać – poinformowała mnie.
- Mówisz to tak, że zaczynam się bać – zrobiłam „kwaśną” minę.
- Nie masz czego – pocieszyła mnie – Pamiętaj, po lekcjach od razu do domu.
- Jasne mamo – przytuliłam ją i pognałam do samochodu, jeszcze by tego brakowało, żebym musiała pieszo śmigać do szkoły.
Kilkanaście minut później tata zatrzymał się przed szkołą. Jego również ucałowałam w policzek, zresztą jak codziennie rano i opuściłam auto. Przed szkołą czekał już na mnie Jason, na widok którego automatycznie załączył mi się uśmiech oraz Madison, moja najlepsza przyjaciółka. Gdy do nich podeszłam chłopak od razu objął mnie ramieniem i musnął moje wargi. Nie wiem czym było to spowodowane ale kolana się pode mną ugięły. Ale nie, nie kocham go.
- Dosyć tych czułości – upomniała nas Madison – Spójrz tylko na te dziewczyny, wyglądają jakby chciały Cię zabić samym spojrzeniem – zwróciła się do mnie i zaśmiała.
Rozejrzałam się wokół. Miała rację. Ot tak całuję się z najprzystojniejszym facetem w szkole, nie, to wcale nie jest dziwne i wcale mi nie zazdroszczą. Uśmiechnęłam się do przyjaciół. Właśnie w tym momencie rozległ się dzwonek oznajmiający początek zajęć. Z nietęgimi minami rozeszliśmy się do klas. Jason poszedł w innym kierunku, gdyż był rok starszy. Spojrzałam za nim tęsknym wzrokiem ale Mad pociągnęła mnie za rękę i weszłyśmy do klasy zajmując swoje miejsca na końcu.
Lekcje dłużyły mi się niemiłosiernie. Bądź co bądź musiałam przetrwać w szkole 7 godzin. Dobrze się uczę ale za samym budynkiem i plastikami, które uczęszczają do tego collegu nie specjalnie przepadam. Z kolei inne dziewczyny równie dobrze mogłyby mnie także nazwać plastikową lalką. Mam same drogie ciuchy, dbam o wygląd, bawię się facetami. Ale nie do przesady. Skoro już mowa o moich cechach. Skromnością też nie grzeszę. Jestem wyjątkowa w porównaniu z większością dziewczyn w Los Angeles. Uprawiam sport wyczynowy, czyli jazdę na desce. Inne panny prędzej by się zapłakały bojąc się o swoje paznokcie, makijaż czy też włosy niż by miały chociażby wejść na salę gimnastyczną. Po prostu żenada. Jestem Amerykanką jak wszyscy tutaj ale rodzice inaczej mnie wychowali. I to im zawdzięczam to, kim jestem. Tak, zdarza mi się ostro zabalować. Zdarza mi się być wredną suką, jeśli nie chcę, aby ktoś wszedł mi na głowę, czy mną dyrygował.
Siedziałam tak na każdej lekcji i myślałam, jak pieniądze mogą zawrócić w głowach. Oczywiście nie tyczyło się to wszystkich. Wreszcie moje rozmyślania przerwał dzwonek oznajmiający koniec lekcji.
- Wreszcie… - usłyszałam ulgę w głosie Madison – Wpadniesz do mnie teraz? – zapytała mnie, gdy wychodziłyśmy ze szkoły.
- Nie mogę, mama prosiła, żebym od razu przyszła do domu. Rodzice mają sprawę – oznajmiłam, a chwilę potem poczułam na karku delikatne wargi. Przeszły mnie miłe dreszcze.
- Tyle razy Wam mówiłam, że bylibyście idealną parą ale kto mnie słucha – Mad udała obrażoną, pomachała mi i Jasonowi i poszła do domu.
- To jak, idziemy do mnie? – szepnął mi do ucha blondyn.
- Miałam już taką propozycję – postanowiłam się z nim trochę podroczyć.
- I?
- Odmówiłam…
- Nie mogło być inaczej – wyszczerzył się w uśmiechu.
- Ale szczerze, muszę wracać do domu. Rodzice mają sprawę – powiedziałam wreszcie, a on zrobił smutną minę – Uśmiechnij się – poprosiłam i pocałowałam go namiętnie.
Pozwolił mi odejść ale pod warunkiem, że wieczorem się odezwę. Pożegnaliśmy się i każde poszło w swoją stronę.
Szybko wróciłam do domu. Rodzice już na mnie czekali. Zasiedliśmy do stołu. Podczas obiadu nikt nic nie mówił. Taka był zasada w naszym domu. Potem zaoferowałam się, że pozmywam naczynia, więc poszłam do kuchni i zaczęłam swoją pracę. Kilka minut później siedziałam już z mamą i tatą w salonie.
- O czym chcieliście ze mną porozmawiać? – zapytałam.
W ich oczach widziałam niepokój, czyli miałam się czegoś obawiać, tyle, że nie wiedziałam czego.
- Wiesz, że tata ma świetną pracę, której jest w zupełności oddany. Jest najlepszym pracownikiem, więc szef postanowił dać mu awans – zaczęła moja mama.
Mówiła tak poważnym tonem, że się bałam, naprawdę się bałam.
- Zmuszeni jesteśmy opuścić Los Angeles i udać się do Londynu. Przeprowadzamy się za dwa tygodnie – wypalił bez zastanowienia tata i spojrzał na mnie czekając na moją reakcję.
- Co?! – zapytałam z niedowierzaniem i podniesionym głosem – Jak do Londynu? Jedziemy tam, gdzie całym rokiem jest okropna pogoda? – byłam bliska załamania nerwowego – Zrozumiałabym, gdy byłaby to Hiszpania, czy jakiś inny ciepły kraj ale żeby od razu Anglia?
- Kochanie, wiemy, że Ci ciężko ale to dla taty jedyna taka okazja. Popatrz na to w pozytywny sposób. Potraktuj to jako kolejną podróż za granicę. Będziesz miała szansę poznać nowe obyczaje, nowych ludzi – próbowała pocieszyć mnie mama.
- Idę do pokoju… - szepnęłam.
Powoli pokonałam stopnie na piętro i zamknęłam się w swoim pokoju.
- Ja nie chcę… - powiedziałam do siebie – Zostawię przyjaciół… I gdzie ja będę jeździć na desce? – po czym rozpłakałam się.
Nie byłam przeciwniczką przeprowadzek ale, żeby od razu Anglia… Nie mogłam tego przeboleć.
Od tej chwili moje uporządkowane i spokojne życie miało ulec gwałtownym zmianom. Jednak jak się potem okazało nie były to tylko zmiany, moje życie uległo wywróceniu do góry nogami…


Prolog dedykuję Weer, gdyż już sama jej obecność na gadu bardzo mnie motywowała ;)
Dziękuję Kochana ;****

Jest prolog, jak może zauważyliście, zmieniłam sposób pisania.
Mam nadzieję, że się spodoba ;)

niedziela, 18 marca 2012

Bohaterzy.

Louise White, Lu, lat 18
Urodziła sie w Los Angeles, w USA. Uczęszcza do II klasy najlepszego collegu w Los Angeles. Ma bogatych rodziców, choć tak naprawdę została adoptowana. Zawsze najlepiej i modnie ubrana ale nie jest rozwydrzona, jak większość dziewczyn w jej wieku. Rodzice pozwalaja jej na dużo rzeczy ale nie wykorzystuje tego faktu. Jest raczej spokojna i dobrze wychowana, lecz przed rodzicami ukrywa drugą twarz. Uwielbia dobrą zabawę, jej hobbym jest jazda na deskorolce. Niestety fakt, że jest dziewczyną nie pozwala jej brać udziału w miejskich zawodach. Jest śmiertelnie chora...





John i Alice White, 39 i 38 lat
Rodzice Louise, adoptowali ją, gdy dziewczynka miała 2 latka. Nie mogli mieć własnych dzieci. Bardzo kochają Louise. Pragną jej szczęścia, dlatego kupują jej wszystko i pozwalają na dużo rzeczy. Są bogaci, mają piękną willę na obrzeżach Los Angeles. Próbują uratować córkę za wszelką cenę...


Jessica Sykes, Jess, 18 lat
Pochodzi z Gloucester ale wraz z bratem i rodzicami mieszka w Londynie, gdzie też chodzi do II klasy collegu. W szkole nie ma przyjaciół, koleżanki są dla niej miłe tylko wtedy, gdy chcą umówić się z jej bratem. Jest ładna, co koledzy próbują często wykorzystać. Miła, spokojna i dobrze wychowana dziewczyna.

Nathan Sykes, Nath, 19 lat
Brat Jessici. Uczęszcza do III klasy collegu w Londynie. Jest piosenkarzem, wraz z czwórką przyjaciół tworzy zespół. Rodzice postawili mu warunek. Dopóki nie skończy szkoły nie będzie mógł należeć do zespołu. Jazda na desce jest jego drugim hobbym zaraz po śpiewie. Kocha swoją siostrę i stara sią ją chronić na każdym kroku. W szkole nie ma ani chwilu spokoju od natrętnych dziewczyn.



The Wanted
Siva, Tom, Max - wszyscy lat 24, Jay lat 22, Nathan
Piątka najlepszych przyjaciół. Ich zespół dopiero staje się rozpoznawalny ale i tak ma już sporą grupę fanek. Lubią dobrą zabawę, nie stronią od alkoholu.