czwartek, 24 maja 2012

Info.

Zawieszam bloga. Nie pytajcie dlaczego, tak po prostu. Może dla Was to źle ale myślę, że gdybym usunęła/zamknęła opowiadanie byłoby gorzej. Tak więc, nie mam pojęcia kiedy wrócę (o ile wrócę), więc jeśli chcecie czekajcie cierpliwie na następny rozdział.....

czwartek, 10 maja 2012

Rozdział 15.


Po lekcjach w piątek wraz z Jessicą udałyśmy się do biblioteki. Musiałyśmy poszukać starych legend dotyczących Wielkiej Brytanii, a potem w jak najciekawszy sposób zaprezentować jedną z nich. Po długich poszukiwaniach i naradach wybrałyśmy legendę o potworze z Loch Ness. Gdy opuściłyśmy bibliotekę wokół już było ciemno, był wieczór. Czasami ulicą przejechał jakiś samochód, natomiast chodnikiem nie spacerował żaden człowiek.
- Jess, zadzwoń po któregoś chłopaka – poprosiłam – Nie uśmiecha mi się wracać o tej porze pieszo.
- Wyluzuj, nie ma czego się bać – zapewniała mnie Jess – Jeszcze nie ma 19, a poza tym spacer dobrze nam zrobi.
- Ok, niech będzie – niechętnie przystałam na jej propozycję i ruszyłyśmy z buta do domu chłopaków.
Podczas spaceru rozmawiałyśmy, żartowałyśmy. Byłyśmy już prawie na osiedlu, gdy minął nas czarny samochód z przyciemnianymi szybami i zatrzymał się kilka metrów przed nami. Nie wiem jak Jessicę ale dopadło mnie wrażenie, że coś jest nie tak, że wydarzy się coś złego.
- Jess, może pójdziemy inną drogą? – zapytałam cicho tym samym zwalniając kroku.
- Czyli nie tylko mi nie podoba się ten samochód? – zapytała niepewnie blondynka, przytaknęłam.
Ale zanim zdążyłyśmy cokolwiek zrobić drzwi auta otworzyły się i wyskoczyło z niego dwóch mężczyzn, byli napakowani. Podbiegli do nas.
- Zajmiesz się blondyną – usłyszałam rozkaz wyższego mężczyzny.
Boże, oni chcieli porwać Jessicę! Wyższy facet złapał mnie za nadgarstki odciągając od przyjaciółki, kiedy niższy próbował ją obezwładnić i wciągnąć do samochodu. Nie mogłam na to pozwolić! Zaczęłam się wyrywać, krzyczeć ale szybko tego pożałowałam. Facet ów bardzo mocno mnie spoliczkował. Na chwilę zamroczyło mnie to, a gdy odzyskałam świadomość ujrzałam Jess siedzącą już w aucie.
- Szefie! – zawołał drugi facet.
Mój napastnik puścił mnie i popchnął na ziemię, po czym ruszył szybkim krokiem do auta. Za wszelką cenę musiałam pomóc Jessice. Pomimo zawrotów głowy i bólu serca podniosłam się, albo ją uratuję albo umrę. Pobiegłam za mężczyzną i podcięłam go. Legł jak długi na ziemi. Nie wahając się ani chwili usiadłam mu na plecach i zaczęłam okładać go pięściami po głowie. Jednak drugi widząc co się dzieje podbiegł do mnie i zepchnął mnie ze swojego szefa i przytrzymał za ręce. Tamten podniósł się. Spojrzał na mnie pogardliwie, widziałam jak zaciska pięści, a chwilę potem ponownie mnie uderzył raz i drugi.
- Myślałaś, że sama dasz sobie ze mną radę? – zakpił.
Nic nie powiedziałam, w głowie czułam tylko mocny, pulsujący ból i krew spływającą mi po policzku i z nosa. Już nie wspomnę o okropnym bólu serca…
Mężczyźnie widocznie było jeszcze mało, bo zanim się zorientowałam uderzyłam plecami o drzewo. Usłyszałam jeszcze trzaskanie drzwiami i odgłos silnika. Byłam bliska omdlenia i chętnie bym to zrobiła ale Jess, nie mogłam jej tak zostawić na pastwę losu porywaczom. Ostrożnie podniosłam głowę i spojrzałam w stronę auta. Nadal stało w miejscu, przez szybę widziałam, jak Jessica próbuje stawić im opór. Rozejrzałam się wokół w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby ewentualnie mi się przydać. Mój wzrok padł na przedmiot leżący w miejscu, gdzie jeszcze kilka minut temu leżał mój oprawca. Powoli podczołgałam się do tego miejsca. Wtem moim oczom ukazał się pistolet. Lecz mimo wszystko nie strzelę do człowieka, nie będę morderczynią. Gdy mój mózg pracował intensywnie myśląc, co z tym zrobić samochód wreszcie ruszył. Spanikowałam, jeśli odjadą… Nawet nie chciałam dopuszczać do siebie żadnego scenariusza.
I w tej chwili zadziałał impuls, który kazał mi strzelać do kół auta. Niewiele myśląc wzięłam w dłoń metalowy przedmiot i wycelowałam. Nacisnęłam na spust i po okolicy rozległ się donośny huk. Chwilę potem dało się słyszeć pisko opon. Trafiłam! Potem były już ułamki sekund, auto wpadło w poślizg i uderzyło w latarnię. Z silnika buchnęły kłęby dymu. Teraz albo nigdy. Ostatkiem sił podniosłam się i chwiejnym krokiem ruszyłam w tamtym kierunku. Widziałam, że jeden z nich stracił przytomność w wyniku zderzenia samochodu z latarnią. Natomiast drugi, kierowca próbował wysiąść z auta. Podeszłam od strony kierowcy, otworzyłam drzwi i wcześniej zabranym kamieniem uderzyłam go w kark, zemdlał. Pomogłam wysiąść Jess i razem odeszłyśmy na chodnik.
- Obiecaj mi tylko, że nie pozwolisz zabrać mnie do szpitala… - wydusiłam z siebie i odpłynęłam.
Ocknęłam się. Nadal w całym ciele czułam silny, przeszywający ból, czułam jak każdy nerw jest spięty. Powoli otworzyłam oczy, lecz szybko je zamknęłam, gdyż ujrzałam wokół czerwono-niebieskie migające światło. Policja, pomyślałam.
- Lou? Lou, proszę, ocknij się! – usłyszałam płaczliwy głos Jessici.
- Jess… - szepnęłam.
- Musimy zabrać ją do szpitala – usłyszałam nad sobą inny głos.
- Nie, nie możecie – zaczęła Jess – Poleży chwilę i jej przejdzie, to silna dziewczyna.
Leżałam na ziemi jakieś pół godziny zanim zdecydowałam się wstać. W głowie mi szumiało, a przed oczami obrazy wirowały.
- Muszę zabrać Was na komisariat – oświadczył jeden z funkcjonariuszy – Złożycie zeznania.
Cóż, nie protestowałyśmy i wsiadłyśmy do policyjnego wozu. Czułam się jakbym to ja popełniła przestępstwo…
W komisariacie spędziłyśmy około dwóch godzin… Te wszystkie procedury, pytania, jednym słowem koszmar. Moja komórka nie przestawała dzwonić. W szczególności imiona Nathana i Toma pojawiały się na moim wyświetlaczu, nie odebrałam żadnego połączenia, a wreszcie wyłączyłam komórkę dla świętego spokoju. Wiem, że się martwili, już dawno powinnyśmy być z nimi ale wyszło jak wyszło. Musiałam nas ratować. A wszystko przez Jessicę, zachciało jej się spaceru po nocy… Ale nie będę jej obwiniać, w końcu skąd miałyśmy wiedzieć, że ktoś spróbuje ją porwać.
Wreszcie policjanci dali nam na dzisiaj spokój. Teraz pragnęłam tylko położyć się do łóżka, zapomnieć o tym wieczorze. Chciałam również, aby moje serce wreszcie przestało mnie boleć, by się uspokoiło.
- Dlaczego nie chciałaś jechać do szpitala? – zapytała cicho Jessica, gdy odeszłyśmy troche od posterunku policji.
- Gdybym się tam znalazła od razu wzięli by mnie pod nóż. Chcieliby przeprowadzić operację, a dla mnie oznaczałoby to koniec, definitywny koniec… - odpowiedziałam.
Jessica na te słowa przytuliła mnie.
- Zadzwonię po Jaya, żeby po nas przyjechał – oznajmiła.
Ja w tym czasie, gdy blondynka szukała komórki rozejrzałam się wokół. Za jednym z drzew coś mi przemknęło. Przeczuwałam kolejne kłopoty. Jeszcze raz spojrzałam w tamta stronę. Teraz byłam już pewna, ktoś tam stoi i nas obserwuje. Jessica właśnie rozmawiała z Jayem.
- Nie ma czasu na rozmowy – przerwałam jej i zakończyłam połączenie – Nie zwracaj na nic uwagi i kiedy Ci powiem masz jak najszybciej biec do domu chłopaków, zrozumiano? – ostrzegłam ją drżącym głosem.
- Ale o co chodzi? – zapytała również przestraszona.
Po raz ostatni zwróciłam wzrok w stronę drzewa. Powoli zaczęła wyłaniać się zza niego wysoka postać.
- Myślałyście, że tak łatwo Wam to ujdzie? – zadrwił mężczyzna.
 Zaraz za nim pojawił się następny. Co to miało być? O co im chodzi? Chcą porwać Jess dla okupu? Czy może chodzi im o zemstę? Nie ważne, ważne było to, że musiałyśmy znowu walczyć o wolność. Powoli zaczęłyśmy się cofać.
- Biegnij ile sił i nie zatrzymuj się, nawet jeśli będę Cię o to prosić, jasne? Będę biegła za Tobą, musisz nas zaprowadzić do domu – zapytałam szeptem ale nie czekałam na odpowiedź – Teraz! – krzyknęłam.
Jessica pędem ruszyła przed siebie, a ja za nią. Słyszałam kroki za sobą, biegli za nami. Moje myśli krzyczały nad okropieństwem tego wieczoru. Co ja zrobiłam, że teraz muszę uciekać przed jakimiś psycholami? Czym zawiniłam? Jakbym jeszcze miała za mało zmartwień…
Wnet poczułam, że jeden z nich łapie mnie za nadgarstek i ciągnie do tyłu…



OMG, przesadziłam z tym rozdziałem...


piątek, 4 maja 2012

Rozdział 14.


Gdy odwiesiliśmy kurtki na wieszaki i zdjęliśmy buty Nathan wprowadził mnie za rękę do salonu. Oczy wszystkich tam zgromadzonych zwróciły się w naszą stronę. Staliśmy tak w progu nie wiedząc co zrobić.
- Jesteście razem? – wypaliła Jessica przerywając ciszę.
Przytaknęliśmy.
- Gratulacje – rozległy się głosy dziewczyn i chłopaków, oprócz Toma.
- Nathan, nie zasługujesz na Louise – odezwał się Tom poważnym głosem.
Tym razem wszyscy spojrzeli na niego.
- Zamknij się Tom, to nie Twoja sprawa – zaczęłam.
- Właśnie, że moja – kontynuował Tom.
- Zachowujesz się jak nadopiekuńczy brat – oznajmiła Nareesha.
- Nie chcę potem widzieć, że Lou cierpi przez Nathana – chłopak obstawał przy swoim.
- Jedyną cierpiącą osobą tutaj będzie Nathan – wtrąciła Jess.
- I to już niedługo – dodałam.
Nastała niezręczna cisza. Nikt oprócz mnie, Jessici i Nathana nic nie wiedział o mojej chorobie. Postanowiłam, że nikomu więcej tego nie powiem ale zmieniłam zdanie widząc ich pytające miny.
- Posłuchajcie mnie uważnie – oznajmiłam zajmując miejsce na kanapie i zaczęłam swoją opowieść.
Przez cały ten czas patrzyłam w podłogę. Bałam się ich reakcji, ich smutnych oczu. Gdy skończyłam mówić niepewnie podniosłam wzrok i przyjrzałam się wszystkim. Dziewczyny wraz z Tomem zalewały się łzami, to było do przewidzenia. Max, Siva i Jay byli smutni, a zarazem w szoku. Z kolei twarz Nathana nie wyrażała nic, żadnych emocji.
- Przepraszam, że chciałem Was rozdzielić – zwrócił się do mnie i Natha Tom – Nie wiedziałem, że tak się mają sprawy…
- Spokojnie, nie gniewam się – rzekłam – Rozumiem Twoje obawy.
- A ja nie – wtrącił Nathan.
Więc czas wyjawić kolejną tajemnicę.
- Tom jest moim bratem – powiedziałam.
- Co? – dało się słyszeć pytania innych.
Tom pobiegł na górę, zapewne po fotografię, a gdy wrócił od razu zaczął opowiadać międzyczasie również i mi dając prawo głosu.
- I co zamierzacie teraz zrobić? – zapytała niepewnie Michelle.
- Nic, wszystko zostanie po staremu – odpowiedziałam.
- A Twoi biologiczni rodzice? Nie powiesz im? – dopytywała Kelsey.
- Nie teraz, nie chcę burzyć ich spokoju. Poza tym nie jestem na to gotowa… Tom, mam nadzieję, że na razie nic im nie powiesz? – zapytałam brata, jak to dziwnie brzmi.
- Nie pochwalam tego ale ok, niech i tak będzie… - odrzekł.
Potem już nikomu nie było do śmiechu, nikt nie żartował, nikt się nie śmiał. Wszyscy siedzieliśmy posępni i wgapialiśmy się w jakiś nudny film w telewizorze.
- Nathan, odwieziesz mnie do domu? – szepnęłam mu na ucho, gdy siedziałam wtulona w niego.
- Tak – odparł.
Podnieśliśmy się z kanapy. Pożegnałam się z przyjaciółmi, podziękowałam za tort i prezenty i opuściłam dom. W ciszy przemierzaliśmy ulice Londynu. Wreszcie Nathan zatrzymał się przed moim domem.
- Dziękuję – powiedziałam i uśmiechnęłam się delikatnie.
Natomiast Nath przyciągnął mnie do siebie i pocałował.
- Do zobaczenia jutro w szkole – pożegnałam się i wysiadłam z samochodu.
Weszłam do domu, dopiero Nathan odjechał. Oznajmiłam rodzicom, ze już jestem i pognałam do pokoju, gdzie od razu rzuciłam się na łóżko. Poleżałam chwilę analizując dzisiejszy dzień. Mam chłopaka, którego kocham. Odnalazłam brata, właśnie, powiedzieć rodzicom, czy nie? Oto pytanie… Jednak im powiem, żeby potem nie było niespodzianki. Poszłam do łazienki wziąć prysznic i, gdy tylko przyłożyłam głowę do poduszki zasnęłam.
Nazajutrz, po powrocie ze szkoły usiadłam z rodzicami w salonie i opowiedziałam im o moim odkryciu. Słuchali mnie uważnie. Czułam, że w ten sposób sprawiam im ból ale nie mogę ich okłamywać. Na koniec tata oznajmił, ze zrobię jak będę uważała, bo jestem dorosła i mogę już sama decydować. Zapewniłam ich, że to z nimi chcę być do końca, że nic się nie zmieni.
Przez kilka kolejnych dni nic ciekawego się nie wydarzyło. Codziennie wstawałam rano do szkoły, potem wracałam do domu, odrabiałam lekcje, czasami Nathan gdzieś mnie zabrał. A to na London Eye, spacer po parku bądź też do siebie, do domu na kolację. Zawsze towarzyszyła tym spotkaniom romantyczna atmosfera, wiele razy Nathan powtarzał mi, jak bardzo mnie kocha i, że zawsze tak będzie, że nic tego nie zmieni. Zawsze słuchałam go z uwagą, uczyłam się na pamięć tych słów. Były dla mnie jak eliksir życia, dla niego byłam gotowa na wszystko. Zaczęłam nawet wierzyć, że wszystko wróci do normy, że przeszczep się uda, i będę szczęśliwa z Nathanem. Ehhh, marzenia….
Tak minął mi czas do piątku. Tego feralnego piątku, kiedy wraz z Jessicą musiałyśmy walczyć o życie i wolność……



Dwie sprawy:
1. Przepraszam, że rozdział taki krótki i taki nieciekawy... Następny będzie lepszy ;) Ale dodam go za.... dość długi czas, może nawet w porywach do miesiąca... ;( ale to w drugim punkcie.
2. Nieuchronnie to opowiadanie zbliża się do końca. Jak wiecie piszę też trzecie opowiadanie, ale czuję, ha, jestem pewna, że gdybym najpierw zakończyłe te, do tamtego bym nie wróciła. Poprostu, jestem zadowolona z tego bloga, jest mi bardzo bliskie, zawsze staram sie przelewać w nie jak najwięcej uczuć, emocji. Nie mogę ot tak sobie, zwyczajnie go zakończyć. Więc postanowiłam wstrzymać się z pisaniem tutaj, dopóki nie zakończę tamtego... Mogę się tylko domyślać, co na mnie szykujecie ;)
Wrócę tu, obiecuję to Wam, i zakończę swoją "karierę pisarską" może nie w wielkim, ale w dobrym stylu. Mam nadzieję, że zrozumiecie...


A tymczasem, do zobaczenia na trzecim blogu!!! ;***